sobota, 9 maja 2015

Odkrywanie Ameryki

Nebraska
USA 2013
reż. Alexander Payne
gatunek: dramat, przygodowy

Długo zabierałem się za obejrzenie tego filmu. Zaintrygował mnie w nim fakt, że z jednej strony został on przecież mocno doceniony w postaci sześciu nominacji do Oscara, pięciu do Złotych Globów, trzech nominacji do BAFTA, dwóch do Złotych Palm w Cannes czy sześciu do Critic's Choice, a przy tym jednocześnie równie mocno przegrany zgarniając tylko jedną statuetkę - Złotą Palmę dla Bruce'a Derna. Jaki więc jest ten film?


Fabuła filmu Payne'a jest prosta jak budowa cepa. Podstarzały alkoholik Woody Grant (Bruce Dern) otrzymuje zawiadomienie o wygranej miliona dolarów. Choć wszyscy próbują go przekonać, że padł on ofiarą marketingowego oszustwa staruszek za wszelką cenę chce przemierzyć dwa stany i odebrać swą nagrodę. Pomóc mu w tym decyduje się jego syn, poczciwy David (Will Forte), który nie bacząc na słowa zgyźliwej matki, Kate (June Squibb) wyrusza wraz z ojcem w podróż. Podróż w czasie której przemierzą szmat drogi, w rodzinnym mieście Woody'ego napotkają galerię ciekawych postaci, a David dowie się wiele o przeszłości swej rodziny...


Mamy do czynienia z filmem dość nietypowym i raczej mocno niedzisiejszym. I to nie tylko ze względu na rzadko już obecnie stosowaną czarno - białą kliszę. Jeśli można określić film jednym słowem, to ten nazwałbym nostalgicznym. Jest to piękny i ujmujący film drogi, w którym nie należy się spodziewać wizualnych fajerwerków czy szalonych twistów fabularnych. Linia fabularna snuje się tu swoim własnym rytmem. Powiedzieć, że powolnym to tak, jakby nazwać Billa Gates'a dość zamożnym. Nie każdemu może się spodobać wolne tempo tej produkcji, ale w sumie na tym polega między innymi siła tego filmu. Nie każdemu się spodoba, ale jeśli zaakceptujemy ten rodzaj narracji będziemy bardzo usatysfakcjonowani. 
Aktorzy w filmie wypadają bardzo przekonująco i naturalnie. Nie zobaczymy tutaj wielkich nazwisk i hollywoodzko pięknych twarzy, jednak wszyscy odgrywają swe role na odpowiednio dobrym poziomie. Bardzo przypadła mi do gustu para aktorska grająca główne małżeństwo. Dern i Squibb wypadają wręcz wspaniale. Cieszy fakt, że aktorzy - seniorzy nie są pomijani i wciąż jest dla nich miejsce w odpowiedniej klasy produkcjach. Przy czym i ten przypadek, jak i na przykład świetna rola Robeta Duvall'a w filmie Sędzia pokazują, że starzejący się aktorzy wcale nie są skazani na granie parodii samych siebie w filmach pokroju Niezniszczalnych.
Świetnie pokazane są też realia peryferyjnej Ameryki. Nie mamy tu do czynienia z eksploatowanym szeroko w tamtejszym przemyśle filmowym Nowego Jorku, słonecznej Kalifornii, tudzież deszczowego Seattle czy Chicago. Za to widzimy tą brzydszą część kraju. Która stanowi przecież większość. Prowizoryczne chałpy, melinowate bary i przepite rednecki stanowią dużą część tego kraju. 
Film ten pokazuje też w nieskomplikowany, prosty ale przy tym bardzo szczery sposób alienację ludzi starszych i schorowanych. Woody Grant powoli zaczyna tracić kontakt ze światem, żyje w cieniu apodyktycznej żony, która wyżywa się na nim za pomocą niezbyt stosownych inwektyw i nieustannie grożąc wysłaniem do domu starców, a synowie mają go wyłącznie za starego pijaka. Na podstawie jego historii autorzy pokazują, że w ludziach starszych też tkwi jakaś historia, często chwalebna, a nie zawsze byli tylko tymi, jakimi są dzisiaj. 
Nie jest to może kino, które zapamięta się na długie lata, będzie do niego wracać corocznie jak na bożonarodzeniowego Kevina. Jednak wcale też nie musi taki być. Warto obejrzeć go raz i wryć sobie pewien przekaz, jaki płynie z seansu. Ja osobiście jak najbardziej polecam każdemu fanowi dobrego kina. Choć wiem, że dla jednych będzie to film o niczym, mimo że jest to po prostu film o życiu. I nie udaje niczego innego.







wtorek, 5 maja 2015

Strasząc szpetotą

Silent Hill: Apokalipsa (Silent Hill: Revelation)
USA, Kanada 2012
reż. Michael J. Bassett
gatunek: horror

Silent Hill jest uznaną marką komputerowo - konsolowych horrorów. Co prawda najlepsze, początkowe części cyklu są już dawno za nami i w ostatnich latach trwa w najlepsze odcinanie kuponów po Piramidogłowym i przyjaciołach to wciąż Ciche Wzgórza uchodzą za synonim dobrej (i strasznej) horrorowej wirtualnej zabawy. W 2006 roku popełniono ekranizację serii, nawiązując trochę fabularnie do pierwszej części gry. O dziwo film ten i jako eGRAnizacja jak i straszak prezentował się dobrze i miał kilka naprawdę niezłych, klimatycznych momentów. Dlatego z dużym oczekiwaniem zasiałem przy drugiej filmowej opowieści z Silent Hill. Niestety.


Poznajemy losy nastolatki Heather (Adelaide Clemens), która wraz z ojcem (Sean Bean) tuła się od miasta do miasta. Dziewczynę nawiedzają koszmary, w których wciąż powtarza się nazwa miejscowości Silent Hill. Ojciec jednak przestrzega ją przed odwiedzinami tego miejsca. W nowej szkole dziewczyna poznaje Vincenta (Kit Harington znany lepiej jako Jon Snow). Chłopak przejawia duże zainteresowanie Heather. Gdy tajemnicze siły porywają jej ojca postanawia odszukać go przy pomocy Vincenta w tytułowym mieście. Tam dowiaduje się o sobie wiele ciekawych rzeczy...


Fabularnie film w pewnym sensie bazuje na bohaterce trzeciej części gry. Filmowa Heather wygląda podobnie do Heather growej oraz nawet podobnie się ubiera. Fabuła tego filmu jest. Jest i...jest głupia. To najwłaściwsze określenie. Nie ma potrzeby nawet się rozpisywać nad tym tematem. W porno zdarzają się lepsze scenariusze. Serio.
Także gra aktorska jest często drewniana i sztywna niczym pielęgniarki ze szpitala w Silent Hill. A wydawałoby się, że obsada aktorska jest niczego sobie. Niektóre teksty głównej bohaterki są tak drętwe, że swym poziomem dorównują podstawówkowym jasełkom. 
Sam horror w tym filmie ogranicza się do prezentowania wszelkiej obleśności i szkaradności. Jest to szpetne,ale nie wiem czy specjalnie straszne. Raczej nie. 
Sam film może nie jest 1/10, ale jednak nie warto się tym zajmować. Są o wiele lepsze filmy gatunku. Ewentualnie zagrać w Silent Hill 3.







niedziela, 3 maja 2015

Ranking Miesiąca 4

Kolejny miesiąc, kolejny ranking. Tym razem z ostatnich pięciu tygodni. Cały kwiecień plus dwa filmy z maja dodane tu, by zamknąć ostatni ranking tygodnia. Było trochę bardzo dobrych produkcji, kilka filmów dobrych tak więc mimo wszystko było w czym wybierać. 































Ranking Tygodnia 20

Jubileuszowy, dwudziesty ranking tygodnia. Pięć filmów, tak więc całkiem przyzwoicie. Jednak sam ich poziom raczej średni. Na szczęście także bez większych niewypałów.













Herkules: Reaktywacja

Hercules
USA 2014
reż. Brett Ratner
gatunek: przygodowy 

Filmowy Herkules dla mnie ma wciąż twarz Kevina Sorbo. Serial Herkules powstawał w latach 1995-99 i obejmował sześć sezonów. W latach dziewięćdziesiątych był on dla mnie codziennym obowiązkiem serwowanym przez Polsat. Po latach obejrzenie choć jednego odcinka tej produkcji boli, a efekty specjalne doprowadzają do ataku spazmatycznego śmiechu. Jednak pomimo wielu Herkulesów w różnych filmach (i grach - wszak nawet w God of War 3 zmagaliśmy się z Herkulesem, nomen omen o głosie Kevina Sorbo) to wciąż jedynym, kanonicznym Herkulesem jest dla mnie ten serialowy. A jak w takim razie radzi sobie z tą postacią Dwayne Johnson?


Poznajemy Herkulesa (Dwayne Johnson), który po wykonaniu 12 prac zleconych przez bogów jako najemnik podróżuje po świecie wraz z ekipą składającą się z Amfiaraosa (Ian McShane), Autolykosa (Rufus Sewell), Tydeusa (Aksel Hennie), Atalanty (Ingrid Bolsø Berdal) oraz swego siostrzeńca Jolaosa (Reece Ritchie) oferując swe usługi władcą różnych krain. Los wiedzie ich do Tracji, gdazie Herkules decyduje się pomóc tamtejszemu watażce, Kotysowi (John Hurt) w wyszkoleniu armii i pokonaniu zagrażającego jego miastu Resosa. 


Oglądając tę produkcję reżysera m.in. Czerwonego smoka należy zadać sobie pytanie 'Ile jest Herkulesa w Herkulesie?'. I odpowiedź będzie taka, że mało. Oprócz historii jego narodzin i wielokrotnie powtarzanej frazy o 12 pracach mamy raczej dość niekanoniczną wersję mitologicznego Heraklesa (bo w greckiej mitologii to przecież Herakles, Herkulesem stał się dopiero u Rzymian). Równie dobrze mógłby to być jakikolwiek inny heros mitologiczny lub wymyślona od nowa postać. W sumie nawet znany z PlayStation Kratos. Sam Johnosn aktorsko jest dość drewniany ale nie od dzisiaj wiadomo, że aktorską furtkę otwiera sobie przed wszystkim gabarytami. Sama historia nie jest zbyt porywająca i w sumie ogranicza się do tego, co widzieliśmy już wiele razy, z wyróżniającym scenariusz jednym, dość ważnym twistem fabularnym. 
Na plus można zaliczyć natomiast bardzo ładne widoki. Film kręcono wszak w urokliwej Chorwacji, i częściowo na Węgrzech. Stroje całkiem nieźle wyglądają (chociaż oczywiście pomijając ich hmm historyczność czy też mitologiczność), lokacje miast także wyszły twórcom nieźle. 
Mamy do czynienia w dużej mierze z filmową sieczką, gdzie superbohaterzy wyrżną w pień tabuny wrogów przy okazji nawet nie odnosząc skaleczenia. A że w gronie najemników będzie feministyczna półnaga Amazonka jest czasem na co popatrzeć. Co do walki trochę nie rozumiem dlaczego przyszło im stoczyć bitwę z wytatuowanymi dzikusami uzbrojonymi w sierpy no ale widocznie taki był zamysł twórców. Bitwa ogólnie przedstawiona jest całkiem dobrze, jednak za mało tu brudu, kurzu, krwi i innych nieodłącznych dla tego wydarzenia detali. 
Nie jest to zbyt ambitne kino. Posiada wiele niedoróbek i błędów, także aktorstwo nie wybija się na większe wyżyny. Dostajemy jednak całkiem sprawnie zrealizowany film klasy B, na poziomie nowego Conana. Oglądanie nie boli, jest kilka fajnych scen, a przecież nigdy ten film na aspirował do czegoś więcej, Solidny średniak, który można obejrzeć w wolnym czasie.










sobota, 2 maja 2015

Polskie Gówno

Dom zły
Polska 2009
reż. Wojciech Smarzowski
gatunek: dramat, kryminał

W sześć lat od premiery wreszcie dobrałem się do filmu Smarzowskiego Dom zły. Po licznych rekomendacjach i naprawdę dobrych ocenach oczekiwałem od tej produkcji naprawdę dużo. A czy to dostałem? O tym poniżej. Krótko, bo pewnie i tak każdy kto chciał już ten film widział przede mną.


Film dzieje się w dwóch płaszczyznach. Mamy rok 1982, trwa akurat zima stulecia. Poznajemy porucznika Mroza (Bartłomiej Topa), który wraz ze swą ekipą oraz prokuratorem Tomalą (Robert Więckiewicz) przeprowadza wizję lokalną w ruinach spalonego domu gdzieś na bieszczadzkich pustkowiach, Towarzyszy im oskarżony o mord gospodarzy oraz podpalenie ich mienia Edward Środoń. W jego relacjach cofamy się do wydarzeń feralnej nocy, w czasie której zawitał on do domu Zdzisława (Marian Dziędziel) i Bożeny (Kinga Preis) Dziabasów. 


W sumie wystarczy zobaczyć jeden film Smarzowskiego, by wiedzieć o czym mogą być pozostałe. Zmieniają się ustroje, zmieniają się scenografie i zmienia się lokalizacja lecz aktorzy i zakrapiany alkoholem motyw przewodni pozostaje. Topa, Jakubik, Więckiewicz, Lubos, Dziędziel czy Więckiewicz i czasem kilku innych są nieodłącznym elementem krajobrazu w filmach tego reżysera. Także znakiem rozpoznawczym jest nieodłączne pijaństwo. Nie inaczej jest tutaj. Wódkę, nieważne czy z kieliszka, szklanki czy po prostu z gwinta piją tu wszyscy, od milicjantów i prokuratora po Dziabasów i Środonia. Ciężko znaleść tu kogoś trzeźwego. W tym pokazie degrengolady społecznej właściwej naszemu narodowi trudno też odszukać kogoś, kogo możemy nazwać pozytywnym bohaterem. Każdy ma swoje grzeszki, machlojki, knucia i występki. Domem złym nie jest tylko tytułowe miejsce akcji lecz praktycznie cała Polska, naród, który jest na drodze do zatracenia. Bardzo klimatycznie autorzy nakreślili obraz tej nędzy i rozpaczy, aktorzy mimo że cholernie wtórni w swych rolach w filmach tegoż reżysera są autentyczni, a klimat zapuszczonego domo i całej osady na krańcu świata jest jednym z plusów produkcji. Za to jak dla mnie kuleje wątek kryminalny, który jest jednak tylko tłem do pokazania obrazu naszego społeczeństwa, które jak zobaczymy w innych dziełach twórcy nie zmieniło się przez te wszystkie lata. Oczekiwałem czegoś innego, jednak myślę, że warto zobaczyć i trochę zastanowić się nad sobą. Bo obserwując poczynania Środonia, Dziędzielów czy milicjantów tak naprawdę obserwujemy siebie.




    





piątek, 1 maja 2015

Angelika i dziad

Markiza Angelika (Angélique)
Francja, 2013
reż. Ariel Zeïtoun
gatunek: przygodowy, kostiumowy

Od końca lat pięćdziesiątych do połowy lat osiemdziesiątych poprzedniego wieku Anna i Serge (po jego śmierci kontynuowała go sama Anna) Golon stworzyli cykl trzynastu powieści płaszcza i szpady opowiadających o losach pięknej markiza Angelika de Sancé de Monteloup.  Rozgrywająca się w czasach panowania Ludwika XIV - Króla Słońce historia zyskała popularność i szybko nakręcono bardzo udany cykl filmów o losach Angeliki. W latach 1964 do 1968 powstało aż pięć filmów na podstawie powieści. Po pół wieku producenci filmowi postanowili odnowić serię i po raz kolejny zabrali się za tę historię od początku. Czy słusznie? I co ciekawsze: czy udanie?


Francja drugiej połowy XVII wieku. Młoda Angelika (Nora Arnezeder) zostaje sprzedana przez ojca za dość dużą kwotę hrabiemu de Peyrac (Gérard Lanvin). Dziewczyna nie jest zbyt zadowolona ze swego uprzedmiotowienia i zmuszenia jej do poślubienia 40 lat starszego, kulawego i oszpeconego na twarzy bogacza. Jednak po jakimś czasie oddaje się małżeńskim obowiązkom i rodzi hrabiemu dzieci. Gdy król Francji (David Kross) pod wpływem doradców wrzuca pod zarzutem czarnoksięstwa de Peyraca do lochów Bastylii i konfiskuje jego majątek Angelika postanawia ratować czekającego na wyrok męża. W tym celu zatrudnia adwokata Desgreza (Simon Abkarian). Markizie pomaga też jej kuzyn, Philippe de Plessis-Bellière (Tomer Sisley).


Fabularnie wszystko toczy się tak jak w najlepszych powieściach i książkach tego gatunku. Biorąc pod uwagę fakt, że mamy do czynienia z adaptacją solidnej książki to nie powinno zaskakiwać. Także fani Trzech Muszkieterów i tego typu produkcji będą zadowoleni. Jednak wiele rzeczy kuleje w innych sferach. Weźmy na przykład postać hrabiego de Peyraca. W powieści był on mężczyzną przed czterdziestką, owszem kulawym i z blizna na twarzy, jednak wciąż w pełni sił witalnych. Tutaj młodej Angelice za męża dano dziada o czterdzieści lat starszego od niej. Istna pedofilia. Na ich sceny łóżkowe patrzy się z olbrzymim niesmakiem, przypominają bowiem wnuczkę i dziadka. Także postać adwokata jest tutaj całkiem nietrafiona. Nie mam akurat nic do gry aktorskiej Abkariana w tym filmie, pasuje całkiem dobrze, jednak jeśli przenosi się wdzięczny obraz książki to to razi. Tam Desgrez był całkiem innym typem człowieka, tutaj wygląda jak menel i to też dość stary. W porównaniu do filmu sprzed 50 lat postaci te są żałosnymi karykaturami samych siebie. Także sama Angelika mimo, że urody nie można jej odmówić jest tutaj inna niż przed pół wieku. Nora Arnezeer jest całkiem różna od Michele Mercier, która wcielała się w tą postać przed laty. O ile urodą by się jeszcze obroniła to jej gra aktorska woła o pomstę do nieba. Fragment, gdy wygłasza do dzieci przemowę na temat króla Ludwika jest jednym z bardziej drętwych monologów w historii kina. Aż miałem Mroczki przed oczami. Ogólnie aktorzy specjalnie nie stanęli na wysokości zadania. Zresztą nie wystarczy przebrać ludzi w kostiumy z epoki żeby oddać klimat czasów. Porównajcie sobie chociaż żebraków z Dziedzińca Cudów w obu wersjach filmu, żeby zobaczyć o czym mówię. Film spotkał się z pewną, dość znaczną krytyką we Francji, choć sama sędziwa autorka cyklu podobno przyjęła go z radością. Jestem ciekaw czy pojawią się kolejne części, gdyż pod koniec wyraźnie napisano 'Koniec części pierwszej'. Sam film, gdyby był oryginalną fabułą oceniłbym o dwa punkty wyżej, gdyby nie fakt, że jest nieudolną wersją o wiele lepiej zrealizowanego filmu sprzed lat to przynajmniej o punkt wyżej, a tak to mamy do czynienia z tylko (lub aż) średniakiem, jakich wiele. Ale jeśli ktoś lubi filmy spod znaku płaszcza i szpady to oczywiście może obejrzeć. Chyba że jakimś cudem nie oglądał pierwotnego filmu, który jest lepszy. Wtedy niech wybierze wersje z 1964.