sobota, 14 marca 2015

30 ton demokracji

Furia (Fury)
USA, Chiny, Wielka Brytania 2014
reż. David Ayer
gatunek: dramat, wojenny
zdjęcia: Roman Vasyanov
muzyka: Steven Price

Pewnie nie będę mylił się z prawdą jeśli powiem, że w pewnym wieku każdy chłopiec (a teraz, w czasie diabelskiej ideologii gender także i dużo dziewczynek) chciał jeździć w czołgu. Jednych zainspirowały losy dzielnych bohaterów Czterech pancernych i psa, innych skusił ten fach dzięki graniu w gry pokroju Battlefielda lub Company of Heroes, jeszcze inni chcieli przeżyć przygody pokazane w grze na telefony komórkowe - Czołgistka Lidka: Walenie w terenie. Podstarzałego Brada Pitta natomiast przekonał do wejścia do czołgu czek opiewający na wiele milionów dolarów.


Fabuła jest prosta jak budowa cepa. Mamy kwiecień 1945 roku, czyli kilka tygodni przed końcem wojny. Niemcy wycofują się wgłąb kraju szczuci z każdej strony przez armie aliantów. Hitler mobilizuje do wojska nawet dzieci, by te stawiały opór najeźdźcą. W takich realiach poznajemy załogę amerykańskiego czołgu dowodzoną przez Dona Colliera (Brad Pitt). Wraz z nim wewnątrz czołgu gotują się dość uznani aktorzy, tacy jak Shia LaBeouf, i Jon Bernthal, Towarzyszy im także Michael Peña. W początkowej scenie czołg opuszcza nogami do przodu niejaki Rick i dowództwo wyznacza na jego miejsce młodego Normana (Logan Lerman). Dupowaty Norman musi przyzwyczaić się do trudów wojny, jednak oczywiście nie przyjdzie mu to łatwo. Tymczasem dzielna załoga dalej nieustannie prze na wschód. 


Trzeba powiedzieć na początku, że film Ayera nie wnosi nic nowego. To wszystko już było. W amerykańskim postspilbergowym kinie drugowojennym ciągle kopiuje się pewne znane od wielu lat standardy. Także jeśli ktoś widział kilka filmów o tej tematyce made in USA to wie czego się spodziewać. Dla jednych to plus, dla innych pewnie największy minus. 
M4 Sherman z bohaterami w środku mknie przez błoto wprowadzać demokrację w III Rzeszy, mijając (lub tworząc) przeróżne zgliszcza. Cała scenografia jest jak najbardziej na plus, lokalizacja wygląda odpowiednio przygnębiająco, aż człowiek chce powiedzieć - tak! to musiało tak właśnie wyglądać. Niestety tylko do oddania pierwszego strzału. Wtedy na ekranie widzimy masę różnokolorowych pocisków-laserów, jakby żywcem wyjętych z Gwiezdnych Wojen. To burzy bardzo dobre odczucie odnośnie scenografii. 
Ogólnie bałem się, że w produkcji zobaczymy za dużo patosu i tak zwanej epickości. Oczywiście to jest film o wojnie. I co gorsze to amerykański film o wojnie. Amerykański film o wojnie wyprodukowany przez tzw. Hollywood (tylko co tam robią w produkcji Chińczycy?!). Tak więc tego patosu jest bardzo dużo i tak. Na szczęście są sceny, gdy on jest widoczny lub bardzo widoczny (jakaś ponad połowa filmu), i sceny gdzie jest widoczny dużo mniej. Pokazano też kilka scen, w których Jankesi nie jawią się tylko jako niosący bratnią pomoc wyzwoliciele, tylko banda niezbyt okrzesanych ludzi, którzy to jeńców nie biorą, a i mogą im strzelić w plecy. Nie mamy tu chyba nikogo specjalnie szlachetnego. Nawet Brad Pitt w wielu miejscach jest tutaj antybohaterem. Najbliżej do ucieleśnienia dobroci jest tutaj ciamajdowatemu Normanowi ale w trakcie filmu wojna zmienia i jego. Ogólnie aktor go grający - Logan Lerman ma u mnie ale widocznie i u producentów  pewną łatkę ciotowatego kolesia. Tutaj taki jest, w sumie w najnowszych Muszkieterach utrwalił to rolą D'artagnan. Jednak kogo by nie zagrał widzę w nim wciąż pedała Charliego z filmu o takim samym tytule. Ogólnie jednak główna obsada aktorska daje radę i to też jest plusem produkcji. 
Jakby nie patrzeć mamy do czynienia z filmem, który dobrze się ogląda. Mimo wielu denerwujących rzeczy, próby moralizowania etc. widz siedzi i czeka na to co będzie dalej. I byłoby do końca co najmniej dobrze, gdyby nie ostatnia scena, w której osamotniony czołg - tytułowa Furia, uziemiony pod wpływem usterek musi zmierzyć się z batalionem SS. taka jednostka liczy co najmniej 300 żołnierzy. Na pięciu dzielnych wojaków z USA. Ogólnie ta elitarna grupa niemieckiej armii oczywiście jest na tyle głupia, by stosować taktykę Indian rodem z amerykańskich westernów (kojarzycie pewnie sceny, gdzie przeważający liczebnie Indianie jeżdżą na swych koniach wokół mieszczącego dwóch kowboi i paniusie dyliżansu piszcząc coś i nieustannie pudłując, samemu dając się zwalić z konia każdym następnym strzałem pasażerów pojazdu). Także sama ostatnia bitwa jest dość dziwnie zrealizowana. Zaczyna się w dzień, by po kilku strzałach nastała ciemna, głęboka noc. 
Ogólnie nie jest to film, o którym będzie się pamiętało latami. Był potencjał, by wyszło z tego coś o wiele lepszego ale pewne błędy logiczne i historyczne (które przy Bękartach wojny mogły przejść) są strasznie rażące. Mimo tego mamy ciągle do czynienia z samo oglądającym się męskim kinem. Jest Brad Pitt, jest wojna, jest krew i okrucieństwo, jest czołg. Czyli wszystko to, co tygrysy lubią najbardziej.A że czasem nie ma sensu? Nie zawsze musi być on w filmach widocznie. Akceptując jego wady i niedociągnięcia (chociaż dla szukających heroicznego opowiadania to nie są żadne wady wtedy) można się na tej produkcji dobrze bawić.





piątek, 13 marca 2015

Między nami psychopatami

7 psychopatów
Wielka Brytania 2012
reż. Martin McDonagh
gatunek: komedia kryminalna 
zdjęcia: Ben Davis
muzyka: Carter Burwell

Kilkanaście dni temu, przy okazji opisywania anglojęzycznego debiutu irańskiej reżyserki Marjane Satrapi - filmu Głosy przeróżni psychopaci są jednym z głównych tematów wykorzystywanych w filmach. Czasem ich historie opisywane są w filmach gore, czasem w dramatach psychologicznych, filmach akcji, często w mrocznych thrillerach czy horrorach, a raz na jakiś czas maniacy przydają się do fabuły komedii. I tak jest akurat w tym przypadku.


Ciężko jest chociaż w kilku zdaniach opisać fabułę, jaka rozgrywa się w filmie. Dzieje się tak, gdyż śledząc losy hollywoodzkiego scenarzysty Martiego (Colin Farrell), który jednak cierpi na brak weny twórczej i oprócz tytułu przyszłego scenariusza do filmu nie wymyślił nic więcej. Z czasem mamy do czynienia z filmem w filmie, gdzie realne wydarzenia będą przeplatały się z powstającymi w głowie filmowca i jego przyjaciół wizjami przyszłej fabuły tworzonej przez niego produkcji. W realnym świecie Martiemu będą chcieli pomóc Billy (Sam Rockwell) oraz Hans (Christopher Walken). Obaj panowie zajmują się porywaniem psów, by później za sowite znaleźne oddawać je właścicielom. Traf chce, że pewnego dnia Billy porywa pieska należącego do psychopatycznego bossa lokalnego gangu (Woody Harrelson). Ten oczywiście zamierza odzyskać swojego zwierzaka...


Film nie posiada swojej w pełni spójnej linii fabularnej. Akcja toczy się od przypadku do przypadku żonglując wydarzeniami realnymi, jak i tymi z powstającego scenariusza filmowego. Mamy tutaj do czynienia ze schematem znanym z filmów porno - jakaś miałka fabuła jest obowiązkowym przerywnikiem między poszczególnymi właściwymi akcjami. 
Z czasem, gdy poznajemy kolejnych pojawiających się w filmie tytułowych psychopatów zaczynamy dostrzegać, że ich losy dziwnie splatają się z losami głównych bohaterów występujących w realnej części filmu. Strasznie to wszystko pomieszane i nie mające zbyt wielkiego ani sensu, ani wytłumaczenia. Kilka krwawych scen jest zrobionych strasznie nienaturalnie. Eksplodujące głowy, wybuchy etc. - nie wygląda to zbyt przekonująco. 
Mamy też polski akcent w produkcji. Grany przez Walkena przyjaciel Martina jest Polakiem. Niestety oprócz tego, że ma czarną żonę to nosi typowo polskie imię Hans.
Ogólne złe wrażenia z filmu próbuje ratować dobra gra aktorska wymienianego już Walkena oraz świetnego Harrelsona. Na plus zaliczyć mogę też nawiązać początkowe nawiązanie do Zakazanego Imperium, z aktorami występującymi w tej produkcji. Ale jednak oczekiwałem czegoś więcej, od kilku miesięcy zabierałem się za tę produkcję i jednak to co widziałem nie dało zbyt wielkiej satysfakcji. 

 



środa, 11 marca 2015

Mniejsze zło

Druga szansa (En chance til)
Dania 2014
reż. Susanne Bier
gatunek: dramat, thriller, psychologiczny
zdjęcia: Michael Snyman
muzyka: Johan Söderqvist

Wiele filmów, które trafiają obecnie do dystrybucji kinowej to przeładowane akcją i efektami specjalnymi wydmuszki bez większego sensu. Najważniejsze żeby było kolorowo i spektakularnie. Są to produkcje, nie przeczę widowiskowe i wręcz samo się oglądające. Wystarczy mieć oczy, mózg dla współczesnego widza przeważnie nie jest obowiązkowy. O takich filmach szybko się jednak zapomina mając co najwyżej w pamięci kilka kadrów z co bardziej widowiskowymi akcjami lub kultowymi wypowiedziami bohaterów. Są też filmy, które mimo wybuchów, efekciarstwa i milionów wydanych w produkcję potrafią skłonić widza do refleksji, a to co się przed chwilą obejrzało zostaje w nim na długo. Do tego rodzajów filmów zaliczyć mogę najnowszą produkcję pani Bier.


Fabuła koncentruje się na losach policjanta Andreasa (znany przede wszystkim z roli Królobójcy w Grze o Tron Nikolaj Coster-Waldau). Wraz ze swym zawodowym partnerem Simonem (Ulrich Thomsen) udaje się na miejsce zgłoszenia przemocy domowej.  W zapuszczonej melinie spotyka awanturującego się agresywnego frustrata - narkomana Tristana (w tej roli kolejny znany skandynawski aktor Nikolaj Lie Kaas, m.in. Kobieta w klatce czy Zupełnie inne love story), którego Andreas kilka lat temu posadził w więzieniu. W obskurnym mieszkaniu znajdują też pobitą konkubinę mężczyzny (May Andersen), ale także ku swemu zdziwieniu strasznie zaniedbane kilkutygodniowe dziecko tej patologicznej pary. Zamknięte w szafie. Jak się później okaże dziecko nie zostało nigdzie zarejestrowane, jednak nie zabrano go od dysfunkcyjnych rodziców. Andreas oprócz pracę łączy z byciem świeżo upieczonym ojcem. Wraz z żoną Anną (Maria Bonnevie). Pewnej nocy dochodzi do tragedii - dziecko policjanta umiera. Andreas postanawia podmienić swojego martwego syna z dzieckiem Tristana.,,


Autorzy serwują nam tutaj zderzenie światów. Mamy poukładany, otoczony miłością i dostatkiem dom Andreasa oraz obskurną melinę, w której żyje agresywny Tristan wraz ze swoją kochanką Sanne. Gdy w rodzinie Andreasa praktykuje się wspólne spacery i przejażdżki po urokliwych terenach Danii, głównym sposobem spędzania wolnego czasu Tristana i Sanne jest odurzanie się alkoholem i narkotykami. Gdy syn Andreasa zaczyna płakać jest niezwłocznie uspokajany, natomiast za to samo przewinienie biedne dziecko Tristana może co najwyżej trafić do szafy. Reżyserka wraz ze scenarzystą w czasie seansu stawiają pytanie czy można wyrokować, kto okaże się lepszym rodzicem, czy to z jakiego środowiska się pochodzi ma wpływ na dziecko? 
Gdy Andreas podmienia w końcu swojego zmarłego syna na żywego lecz zaniedbanego chłopca bałem się, że autorzy pójdą złą drogą, w której mężczyzna będzie udawał, że to ciągle to samo dziecko, a jego najbliżsi nie zauważą różnicy (wszak wszystkie małe dzieci są podobne do Ryszarda Kalisza, ale jednak jedno do drugiego już mniej). Na szczęście tak się nie dzieje, a dzięki kilku zabiegom fabularnym wszystko niemal idealnie trzyma się kupy.
Mamy do czynienia ze błędnym kołem, w których każda decyzja głównego bohatera powoduje kolejne wydarzenie i efekt domina. Sytuacja niemal jak z greckiej tragedii. 
Słowo należy się też realizacji. Bardzo spodobały mi się zdjęcia do filmu. Niemal każdy kadr po zatrzymaniu mógłby być wycięty i przerobiony na bardzo ładne zdjęcie, które zdobiłoby czyjś pokój. Do tego bardzo dobrze dobrane plenery, a całość dopełniona przez muzykę, której prawie w filmie nie ma, jednak gdy już się pojawia to jest taka, jaka powinna być. Dodając grę aktorską, w której uświadczymy jednych z najlepszych europejskich aktorów naszych czasów daje to razem bardzo dobry rezultat. 
Film ma pewne błędy, scenariusz czasem nie jest spójny jednak polecam każdemu obejrzenie tego filmu. Mnie autorzy kupili swoją produkcją. Duże brawa, bo historia Andreasa zostanie w pamięci na dłużej (co w natłoku oglądanych filmów nie jest wcale takie łatwe).




wtorek, 10 marca 2015

Wojna futbolowa

Okolofutbola
Rosja 2013
reż. Anton Bormatov
gatunek: dramat
zdjęcia: Igor Grinyakin
muzyka: Kirill Gorokhov

 Z czym normalnemu człowiekowi kojarzy się piłka nożna? Z emocjami sportowymi, 22 (plus sędziowie) spoconymi facetami biegającymi za piłką oraz coraz częściej z wielką komercją i jeszcze większymi pieniędzmi. Jednak istnieje też druga, mniej przyjemna strona. Kibole i chuligani, dla których rozgrywki sportowe są tylko pretekstem do rozrób i dawania sobie po mordach. I właśnie o nich jest ten film.


Nie mamy w produkcji Bormatova do czynienia ze zbyt złożoną fabułą. Poznajemy kilku sympatyków Spartaka Moskwa, którzy to oprócz wspierania zespołu poprzez doping na meczu rozwiązują spory o supremację w kibolskim półświatku za pomocą walki w ustawkach. Mimo, że pochodzą z różnych środowisk to potrafią się też odnajdywać w brutalnym świecie chuliganerii. Główne rolę odgrywają tu mający masę pieniędzy Mazor (Pavel Erlikov), wykładający historię na uniwersytecie Ticzer (Aleksandr Ratnikov) oraz mechanik Jary (Ivan Fominov) i didżej Brzytwa (Grigory Ivanets). Panowie łączą sobie czas między swoimi sprawami zawodowymi oraz wspólnymi bijatykami z kibolami innych drużyn. Taką stabilną egzystencję przerywają im jednak funkcjonariusze OMONu (Mobilny Oddział Specjalnego Przeznaczenia). Bohaterowie przeczuwają, że któryś z nich donosi na policję. Co gorsze Mazor wysyła do Ticzera swoją dziewczynę (bardzo miła dla oka Darya Mingazetdinova), w celu korepetycji z historii. Na nieszczęście ta zakochuje się w swym nauczycielu...


Filmowa chuliganerka została przedstawiona w sposób dość wiarygodny. Bez zbędnego moralizowania, bez prób tłumaczenia pobudek, dla których ludzie uczestniczą w leśnych burdach. Większość seansu widz spędzi oglądając sposoby ustawiania się na walkę, sam akt mordobicia i ewentualnego kontaktu ze służbami prawa. Równolegle do tego pokazane jest też życie głównych bohaterów w aspektach, ujmijmy to pozasportowych. Wtedy to oddają się piciu wódki, spędzaniu czasu w klubach nocnych i zażywaniu narkotyków. Autorzy nie silili się zagłębiać zbyt mocno w psychikę bohaterów. Owszem, bohater A ma pewne wyrzuty sumienia donosząc na policję, bohater B niby nie chce dziewczyny przyjaciela, ale w sumie nie odmawia zbyt przekonująco. Fabuła jest mocno sztampowa i przypomina tę w pornosach. Dialogi są tylko przerywnikami między tym co tygrysy lubią najbardziej - mordobiciem. Na pewno można wynieść jakiś sens z tego co przeżywają bohaterowie, jednak nie są to zbyt ambitne historie, w sumie ich wtórność jest strasznie oczywista i ktoś, kto obejrzał w życiu więcej niż dziesięć filmów będzie mógł spodziewać się tego, co zrobi poszczególny bohater filmu. Jednak nie oszukując się - film nie powstał przecież dla wysublimowanej fabuły, którą będzie się rozpamiętywać przez kilka dni po seansie. Tutaj chodzi o coś zupełnie innego. A sceny przemocy zostały zrealizowane całkiem poprawnie. I jest ich dużo. Dla fanów bijatyk więc to na pewno duży plus. A fabularna otoczka jakoś spełnia swoje zadanie w tle. Szkoda tylko, że wątek z dziewczyną został trochę ucięty. Spodziewałem się mocniejszej reakcji.
Nie można też się przyczepić do gry aktorskiej, którą oceniam na dobrą. Do tego można zwiedzić spory kawałek Moskwy, która w obecnych czasach jest dość egzotycznym dla Polaków miejscem. Fani akcji, kibolstwa i wszelakiego mordobicia mogą łykać ten film w ciemno. Innym ani nie polecam ani nie odradzam. 90 minut zleci szybko, ale szybko też się o czasie spędzonym z tą produkcją zapomni. Jednak jeśli ktoś chce zobaczyć jak wygląda wschodnioeuropejska wersja Hooligans czy Football Factory to już wie gdzie ma sięgnąć.


poniedziałek, 9 marca 2015

Ranking Tygodnia 12

Jako, że równo o północy udało mi się obejrzeć ostatni zeszłotygodniowy film lista obejrzanych w tym tygodniu produkcji wynosi całkiem przyzwoitą liczbę sześciu filmów. Ich poziom był wysoki i poprzeczka nawet najsłabszej tutaj według mnie tajlandzkiej produkcji zawieszona została całkiem wysoko. Ostatnie miejsce obecnie mogłoby śmiało ulokować się w górnej części tabeli poprzedniego zestawienia. Mogę z czystym sercem polecić każdy z wymienionych tutaj filmów. Tak więc czas na suche fakty :

                                           1. Pogorzelisko (Francja, Kanada, 2010) 













Jaka piękna katastrofa!

Dzikie historie (Relatos salvajes)
Argentyna, Hiszpania 2014
reż. Damián Szifrón
gatunek: czarna komedia
zdjęcia: Javier Julia
muzyka: Gustavo Santaolalla

Chyba wszyscy widzieli kultowy obecnie komediodramat Marka Koterskiego Dzień świra. Tytułowy świr, czyli grany przez Marka Kondrata Adam Miauczyński nie był nim przez całe życie, ani nie stał się też świrem nagle. Był to proces długotrwały, motywowana przeróżnymi przesłankami frustracja rosła nim z dnia na dzień aż do osiągnięcia apogeum. Tak samo tutaj sześciu bohaterów jest doprowadzanych do ostateczności poprzez szereg różnych nieprzychylnych czynników. A widz patrząc na sytuacje jakie ich spotykają nie wie czy ma się z tego śmiać czy raczej płakać.


Tytułowe dzikie historie to podzielone na segmenty, niepołączone ze sobą opowiadania o losie sześciu osób. Ciężko tutaj opisywać fabułę poszczególnych scen, jednak wszystkie mają wspólny mianownik. W każdej z sytuacji coś idzie nie tak, a bohaterowie, który nie może znieść niepowodzeń puszczają nerwy. Wszystko to przedstawione jest w około kilkunastominutowej sekwencji. I tak chronologicznie mamy historię wzgardzonego muzyka Pasternaka (którego nawet z ważnych przyczyn nie widzimy), pewnej kelnerki z ciężka przeszłością (Julieta Zylberberg), jadącego do Buenos Aires biznesmena (Leonardo Sbaraglia), walczącego z biurokracją specjalistę od wybuchów (Ricardo Darín), próbującego uratować przed więzieniem syna milionera (Oscar Martínez) oraz pannę młodą, która na weselu dowiaduje się o pewnej nieprzyjemnej sprawie (Erica Rivas). Każdy z bohaterów zostaje inaczej doświadczony przez los co nie pozwala widzowi na ani chwilę nudy.


Firmowany przez samego Pedro Almodóvara film nie jest ani czystą komedią, ani dramatem. W produkcji Szifróna mamy dużą łatwość do identyfikowania się z postaciami, z jakimi zapoznajemy się na ekranie. Można wtedy zadać sobie pytanie - a co ja bym zrobił w jego/jej miejscu? Czy nie postąpiłbym podobnie? Przypadek każdego z bohaterów jest inny. U jednego frustracja musiała wzbierać przez długi czas, inny po prostu jest bezsilny w walce z niewrażliwymi na błędy proceduralne urzędnikami, innemu zaś w spokojnej podróży przeszkadza bezimienny psychopata. Tragizm każdej z sytuacji wynika z innych pobudek. Ogólnie mamy do czynienia z festiwalem absurdu i często też groteski i przesady. A wszystko to przyciąga widza i nie pozwala oderwać się od ekranu. Poza tym mamy tutaj pokazane boskie Buenos Aires i tereny przylegające. Lokalizacje zostały bardzo dobrze wybrane i zachęcają widza do wybrania się w te tereny. Gra aktorska także nie pozostawia wiele do życzenia. 
Ciężko jest dużo pisać o tym filmie. Trudno zdradzić fabułę, gdyż jest to sześć kilkunastominutowych segmentów. Opisać resztę można w kilku zdaniach. To po prostu trzeba obejrzeć samemu. Zapewne dobrze się przy tym bawiąc. Jest to bardzo dobry przykład zacnego filmu, który wychodzi spoza Ameryki Północnej. Filmu, który pokazuje, że istnieje też życie filmowe poza Hollywood i ma się ono bardzo dobrze. 
Z produkcji nominowanych do tegorocznego Oscara w kategorii filmu nieanglojęzycznego nie widziałem jeszcze tylko Timbuktu, jednak z tego co obejrzałem do tej pory twierdzę, że statuetkę otrzymał najsłabszy z dotychczas przeze mnie obserwowanych.
Nie przedłużając - zachęcam gorąco do zapoznania się z Dzikimi historiami. Bez zbędnego gadania - naprawdę warto!  


niedziela, 8 marca 2015

Człowiek z żelaznym prętem

Życie to jest to (La Chispa de la vida)
Hiszpania 2011
reż. Álex de la Iglesia
gatunek: komediodramat 
zdjęcia: Kiko de la Rica
muzyka: Joan Valent



Oglądając filmy de la Iglesii trzeba się spodziewać tego, że nie wiadomo czego można się spodziewać. Przeważnie mamy w nich do czynienia z pomieszaniem gatunków, masą absurdów i nadmiarem przerysowanych treści. Opisywany obecnie film jednak także posiada wypisane wyżej cechy, jednak nie aż w tak wielkim stopniu jak inne dzieła tego hiszpańskiego reżysera. Jest mniej hmm zakręcony i przez to inny. Jednak nie oznacza to wcale, że jest on przez to gorszy czy wybrakowany.


Akcja toczy się we współczesnej, ogarniętej kryzysem gospodarczym Hiszpanii. Poznajemy bezrobotnego Roberto Gomeza (José Mota) i jego żonę  Luisę (Salma Hayek). Roberto wspierany przez kochającą żonę od trzech lat szuka pracy, a trudna sytuacja zawodowa w której znalazła się jego żona powoduje, że posiadającej dwójkę nastoletnich dzieci zaczynają kończyć się fundusze na życie. Gomez od dłuższego czasu próbuje znaleźć pracę w swoim zawodzie, a jest specjalistą od reklamy, jednak mimo sukcesów w przeszłości nikt nie chce go przyjąć choćby na pół etatu. Jego koronny argument, czyli fakt, że wymyślił funkcjonujący od lat na całym hiszpańskojęzycznym rynku slogan reklamowy coca-coli nie robi już na nikim wrażenia. Kiedy dawny przyjaciel odmawia mu zatrudnienia w swej firmie załamany Roberto decyduje się jechać do Kartageny, aby wynająć miejsce w hotelu, gdzie przed laty spędził miesiąc miodowy z żoną. Jednak okazuje się, że w miejscu hotelu powstała rekonstrukcja znajdującego się tam przed wiekami teatru rzymskiego. Bohater przypadkowo dołącza do tłumu zwiedzających, a chcąc znaleźć wyjście z budynku trafia na dach czekającej na uroczyste otwarcie konstrukcji. Nakryty przez strażnika zaczyna uciekać i na skutek nieszczęśliwych zdarzeń spada na arenę pechowo nadziewając się głową na wystający tam żelazny pręt. Zaczyna się akcja ratunkowa, która przedłuża się, gdyż każde poruszenie głowy Roberto może spowodować jego śmierć. Mężczyzna widząc zainteresowanie mediów swą sprawą dochodzi do wniosku, że może na tym sporo zarobić ratując tym samym z opresji finansowej swą rodzinę. Zatrudnia nawet agenta (Fernando Tejero), by ten negocjował stawki za wywiad z telewizjami. 


Twórcy filmu pokazują w trochę przerysowany sposób kilka prawideł, na jakich opiera się współczesny świat. Już jedna z pierwszych scen, w których Roberto wchodzi trzymając pod ręką CV do wielkiego budynku, by aplikować do prężnie działającej międzynarodowej korporacji pokazuje sposób funkcjonowania świata Zachodu. Roberto przemierzając kolorowe, choć bezosobowe korytarze, mijając dziwnie wyglądających ludzi, którzy na jednym z najwyższych pięter wieżowca mijają go na rowerach lub hulajnogach, widok dawnego znajomego a obecnie wysoko postawionego pracownika, który nie może się z nim spotkać, bo jak twierdzi sekretarka jest strasznie zajęty, gdy w rzeczywistości pochłania go gra na nintendo Wii jest widokiem przytłaczającym i kompletnie niezrozumiałym do przywykłego do staroświeckich metod pracy Roberta. Ale także daje wyobrażenie obecnych zasad panujących w kapitalistycznym społeczeństwie, gdzie nie ważne jest kim jest człowiek, ale ile potrafił zarobić. 
Drugi bodziec do refleksji daje widzom dalsza część filmu, gdzie nieszczęsny Roberto leży na środku oświetlonej sceny - areny rzymskiego amfiteatru z żelaznym prętem wbitym w czaszkę. Otoczony przez nieporadnych i niewiedzących co czynić lekarzy, tłum gapiów, burmistrza miasta, który robi wszystko, by jak najszybciej pozbyć się kłopotu a przy okazji jeśli się uda wypromować swe miasto oraz rosnące stado hien jakimi są żądni sensacji dziennikarze. W pewnym momencie za kilkuminutowy ekskluzywny wywiad z bliskim śmierci mężczyzną jest wyceniany na dwa miliony euro. Wszystkie telewizje przeprowadzające bezpośrednią relację na żywo z miejsca zdarzenia pokazują funkcjonowanie dzisiejszych mediów. Ale czy nie jest tak naprawdę? Wystarczy włączyć jedną z polskich telewizji informacyjnych, aby się przekonać jak potrafią one pasożytować wielodniowo na nieszczęściu innych. Tak samo tutaj - czy kogoś, oprócz rodziny obchodzi los Roberta, czy chodzi tylko o wzbudzenie sensacji, poprawienie sobie PRowych notowań, podstawienie pod kamerę swojego produktu? 
Samo parcie na szkło bohatera też jest tutaj dość przerysowane i trochę groteskowe. Mający świadomość wielce prawdopodobnej śmierci mężczyzna zamiast rozmawiać z dziećmi i żoną bardziej interesuje się tym, czy popularny talk show przeprowadzi z nim wywiad i czy aby 200 tysięcy euro to nie za mała stawka. W pewnym momencie cieszy się, że prawa do jego tragedii chce kupić Warner Bros, by nakręcić film na jej podstawie (Roberto zastanawia się wtedy, czy lepiej, by w jego roli zagrał Brad Pitt czy może George Clooney), a nawet powstać ma gra komputerowa (chociaż nikt nie wie jak to ma wyglądać). Postawa Roberta jest więc też bardzo nie na miejscu biorąc pod uwagę jego dość skomplikowaną sytuację. 
Nie jest to film wybitny, jednak polecam każdemu obejrzenie go. 90 minut jakie zajmuje nie spowoduje nikomu wielkiej straty czasu, a można się czasem uśmiechnąć, a czasem zastanowić nad kondycją współczesnej cywilizacji. A dodatkowo obejrzeć urokliwe oblicze dziennikarki, w którą wcieliła się Carolina Bang. Polecam.