poniedziałek, 2 stycznia 2017

Kamienica szuka szczęścia

Szczęście świata
Polska 2016
reż. Michał Rosa
gatunek: dramat, komedia

Na pierwszy obejrzany w nowym roku film symbolicznie wybrałem produkcję krajową licząc, że polskie filmy w tym roku przyniosą wiele pozytywnych niespodzianek, a ilość dobrych produkcji będzie jeszcze większa, niż kinowe debiuty z 2016 roku. A że opisywany film otrzymał kilka nagród na festiwalu w Gdyni to można było przypuszczać, że seans będzie wartościowy. 


Śledzimy losy mieszkańców pewnej ulokowanej na Śląsku kamienicy począwszy od czasów poprzedzających wybuch II Wojny Światowej. Stanowią oni prawdziwy tygiel kulturowy: żyją tam między innymi ponętna i próżna Żydówka Róża (Karolina Gruszka), typowy Ślązak - matematyk amator Rufin (Dariusz Chojnacki) wraz z rodziną, a także botanik Tomasz (Krzysztof Stroiński) czy Niemka Gertruda (Agata Kulesza) z synem.


Film ten zyskał na krajowych konkursach uznanie dzięki muzyce, zdjęciom oraz charakteryzacji i scenografii. I w istocie te elementy stoją na całkiem przyzwoitym poziomie. Także aktorsko wygląda to dobrze. Aktorzy grają tutaj w trzech, a jeśli uznać za język śląską gwarę to w czterech językach (polski, niemiecki, jidysz i właśnie ślonsko godka). Za te elementy należą się na pewno pochwały. Jednak film leży pod względem fabularnym. Jest strasznie bezpłciowy, nijaki. Ogląda się to bez żadnego zaangażowania w to, co dzieje się na ekranie. Bohaterowie są też nijacy i nie obchodziło mnie zbytnio to, co się z nimi w danej chwili dzieje. Jak na tak krótką produkcję, która trwa niecałe 100 minut dłużyło się to niemożliwie. Po wyjściu z sali myślałem, że minęło co najmniej da razy więcej czasu, niż minęło faktycznie. Naprawdę jestem zawiedziony, gdyż liczyłem po zwiastunie wiele, wiele więcej. A tak, na pierwszy dobry polski film obejrzany w tym roku będę musiał poczekać jeszcze trochę. Szkoda.







niedziela, 1 stycznia 2017

Ranking Roku 2

Właśnie skończył się rok 2016, więc nadszedł tradycyjny czas podsumowań. Rok temu stworzyłem zestawienie moich ulubionych filmów, które obejrzałem w 2015 roku (do przeczytania w TYM miejscu) i kontynuując ten zwyczaj cieszę się, że mogę podobne zestawienie przygotować też teraz. Ubiegłe 12 miesięcy przyniosło wiele ciekawych premier, miałem też okazję zapoznać się z wieloma filmami z lat minionych. To wszystko złożyło się na grubo ponad 200 obejrzanych tytułów, z których teraz trzeba będzie wybrać te najlepsze. Zadanie ciężkie, gdyż naprawdę trudno czasem o kolejność wśród bardzo dobrych tytułów. Także niestety często będzie dominował subiektywny gust uznaniowy. Cieszy mnie fakt, że w tym roku nie ograniczałem się do oklepanych hollywoodzkich produkcji i polskich tytułów (których poziom w 2016 r. mogę jednak zaliczyć generalnie na plus). Udało mi się odkryć zasługujące na uwagę kino południowokoreańskie, wyłowiłem też szereg europejskich perełek, z czego część nie była dostępna w polskiej dystrybucji. To tylko zachęta do dalszego odkrywania kina, zejścia z utartych szlaków. Do takich poszukiwań zachęcam każdego. Ranking ten jest też dobrą okazją, by podziękować czytelnikom. Ostatnie miesiące to duży wzrost osób przeglądających stronę (ludzie logują się z wielu stron świata), co daje już całkiem niezłe wskaźniki ok. 12 tysięcy wejść w miesiącu - jak na niepromowaną stronę to moim zdaniem dobry rezultat. Także dziękuję wszystkim, którzy odwiedzają bloga i liczę, że będziecie ze mną w 2017 roku! A teraz zapraszam na listę szesnasty filmów, które zyskały u mnie największe uznanie w 2016 roku. Oraz kilka bonusów, czyli filmów, które również warto obejrzeć, chociaż nie zmieściły się wśród pozycji numerowanych.



Ten film powalił mnie na kolana. Śmiało mogę powiedzieć, że stylistycznie, fabularnie i aktorsko to najlepsza produkcja Chan-wook Parka, lepsza nawet od kultowego już Oldboya. Przeniesienie współczesnej brytyjskiej powieści dziejącej się w epoce wiktoriańskiej do kolonialnego okresu Japonii to przewrotny strzał w dziesiątkę. Do tego wysublimowana gra postaci, twisty fabularne, poetyka scen - w tym filmie jest po prostu wszystko, a klimat wylewa się z każdego miejsca. Każdy miłośnik kina powinien mieć ten w film w kategorii obejrzanych.



Arcydzieło w wykonaniu Davida Lyncha. Coś unikalnego na skalę globalną, a w czasach, gdy w filmie pokazano już chyba wszystko to naprawdę spore wyróżnienie. Niedawno w jakimś szacownym zagranicznym rankingu film ten został uznany najlepszą produkcją XXI wieku. Nie wiem, czy był najlepszy, jednak wcale mnie nie dziwi ten wybór. Fabularny i realizatorski majstersztyk, który stanie się zrozumiały dopiero po obejrzeniu, i to być może nie pierwszym. Mówienie o szczegółach tego filmu tylko psuje jego odbiór - to trzeba zobaczyć. 



Jednym się ten film podoba, inni zaś wieszają na nim psy. Ja jak najbardziej zaliczam się do tej pierwszej grupy. Chociaż kilka elementów fabularnych widziałbym inaczej film kupił mnie swoim klimatem (ludzie zamknięci w ciasnym pomieszczeniu plus szalejąca dookoła śnieżna zamieć robią swoje), aktorstwem (nie było tu topowych gwiazdorów a ulubieńcy reżysera co wyszło na plus), znakomitą, oscarową ścieżką dźwiękową Morricone, dialogami (jest przegadane, ale za to w jaki sposób!). Mało jest tak długich filmów, gdzie czas tak szybko leci. Chętnie jeszcze kiedyś powrócę do Pasmanterii Minnie i Wam też ją jak najbardziej polecam.



W moim prywatnym zestawieniu jeden z lepszych polskich filmów w ogóle. Smarzowski borykając się z kłopotami wreszcie oddał widzom zrealizowany perfekcyjnie ambitny projekt pokazania zbrodni wołyńskiej. Temat trudny i film potrzebny, jednak samym tematem nie da się zrobić dobrego filmu. Reżyser jednak stworzył prawdziwą perełkę - jest tu wszystko, od pokazanie obyczajów przedwojennych Kresów, budowanie napięcia między nacjami, przechodzenie ziemi z rąk do rąk w wojennej zawierusze, wreszcie okropieństwa działalności UPA i próby polskich kontrataków. Wszystko pokazane tak, by nie narazić się na konflikt polityczny (który i tak wybuchł) uznania filmu za antypolski czy antyukraiński. W tej monografii dantejskich scen na Wołyniu ginie trochę aspekt fabularny głównych postaci, jednak one są tutaj tylko tłem - liczy się całkiem co innego.



Krytycy często chwalili irańskich filmowców. Miałem jednak wrażenie, że czynią to ze względu na to, że tamtejsze produkcje powstają na trudnym terenie opresyjnego państwa, a takie filmy z założenia mają łatwiej na przeróżnych festiwalach. Aż wreszcie obejrzałem ten film Farhadiego. I się oczarowałem - wielopoziomowy kontekst, stworzenie czegoś z niczego (mamy początkowo przecież dość banalną sprawę), trzymanie widza w napięciu do końca. Mistrzostwo. To z jaką zegarmistrzowską precyzją reżyser skomplikował wielokrotnie losy bohaterów to perfekcja. Zasłużony Oscar, a sam łaszę się na obejrzenie innych filmów tego twórcy. Ten najnowszy wkrótce w polskich kinach. 



Jak dla mnie największe pozytywne zaskoczenie roku. Ten współczesny włoski film gangsterski przeszedł w Polsce bez echa unikając dystrybucji w naszym kraju. To skłania do refleksji nad kompetencją dystrybutorów kinowych, którzy każdego tygodnia znajdą miejsce na jakiś chłam, izolując widzów od wartościowych produkcji. Tutaj mamy wszystko - mafijne powiązania na wielu szczeblach, od wpływowych polityków, przez szemranych biznesmenów na wyższym duchowieństwie kończąc. Jest dynamicznie, brutalnie i poza tym sensownie. Wszystko to zaś zrealizowane z najwyższą, typowo włoską klasą realizatorską. Splendidamente!



Wydawać by się mogło, że w 70 lat po zakończeniu wojny o Holokauście powiedziano, napisano i nakręcono już wszystko. A okazuje się, że nie. Dosadne uargumentowanie tego przyszło z nieoczekiwanego kierunku - z Węgier. Za sprawą filmu Nemesa lądujemy na kilka godzin w istnym piekle na Ziemi, uczestniczymy w niemal dokumentalnym pokazaniem działań członków Sonderkommando i wraz z tytułowym bohaterem próbujemy odnaleźć resztki człowieczeństwa w tym zapomnianym przez Boga i ludzi miejscu. Porażające i nieprzyjemne. Jednak z filmowego punktu wrażenia genialnie zrealizowane. Zasłużony Oscar. 



Po premierze tego filmu rozpętała się niemal narodowa dyskusja. Zwaśnione strony podzieliły się na dwa obozy roszczące sobie prawo do prawdy - jedni przekonywali, że tak nie było, a film pokazuje zniekształcone losy rodziny Beksińskich. Inni zaś twierdzili, że pokazano mniej więcej wszystko tak, jak było. Ja nie wiem, nie mam kompetencji do wypowiadania się na ten temat. Wiem za to, że jako film oglądało się to świetnie. Reżyserki debiutant pokazał, że można udanie pokazać egzystowanie szeregu ludzi w kilku pokojach. Jeśli tymi ludźmi są takie osobowości, jak Beksińscy. Aktorsko to klasa sama w sobie, muzycznie też. Takie biografie chce się oglądać. Szkoda, że nie wysłano tego filmu do oscarowego konkursu - byłaby realna szansa na nominację.



Ten film wali widza młotkiem po głowie w sposób identyczny, jak bohater rozprawia się w kultowej scenie z przeciwnikami. Naprawdę pierwszorzędny przykład kina eksploatacji. Wbrew pozorom nie mamy tutaj do czynienia z samą brutalnością biegającego z młotkiem faceta, a ze stojącą na zaawansowanym stopniu fabułą, którą chłonie się całym sobą. Hollywood powinno uczyć się, jak powinny powstawać tego typu filmy. Natomiast amerykański remake pokazał, że jednak sporo im do tego brakuje.



Za tego typu filmy pokochałem kino południowokoreańskie! Niedopuszczalna w Europie czy USA mieszanka gatunków, gdzie slapstick styka się z kryminałem policyjnym i horrorem satanistycznym to dla nieznających podziałów gatunkowych Koreańczyków żaden problem. Film trzyma w napięciu przez całe bite 150 minut podsuwając nam pod nos różne rozwiązania, myląc tropy i mieszając w umysłach. A po nieoczywistym zakończeniu zmusza do przewertowania w internecie wytłumaczenia tego, co widzieliśmy. Ideał!



Dla niektórych może okazać się filmem o niczym. Obserwujemy siedem dni tytułowego bohatera żyjącego w tytułowym mieście. Nie robi on nic nadzwyczajnego, po prostu żyje. Nie ma też wielkich problemów i cierpień, potrafi za to czerpać radość z codziennych rzeczy. Gdyby nakręciłby to ktoś inny pewnie wyszłyby z tego niestrawne flaki z olejem. Jednak za kamerą i scenariuszem stoi nie kto inny jak Jim Jarmusch. A on jak nikt umie uchwycić nieuchwytne. Mając do tego ekipę dobrych aktorów dokonuje niemożliwego - ten film jest piękny!



Nolan postanowił odświeżyć komiksowe uniwersum DC. I dokonał tego podlewając swoją trylogię realizmem. Wyszło to całości na dobre, a środkowy film z udziałem Ledgera w roli Jokera jest jednym z lepszych filmów akcji, jakie kiedykolwiek powstał. Wszyscy, którzy nie lubią komiksowych realizacji mogą śmiał oglądać ten film, gdyż nie znajdą tutaj nielogicznego przekombinowania. A dla fanów tych komiksów to i tak pozycja obowiązkowa. 



Film, który jest głosem wielu społeczeństw tkwiących w opresyjnej kulturze islamskiej. Głos pokolenia, które wcześniej w niemym krzyku domagało się od dawna zmian w przestarzałych, nieludzko średniowiecznych tradycjach traktowania kobiety jak rzecz. I choć film zapewne nic nie zmieni w skostniałych umysłach decydentów to pokazuje w przystępny sposób problem. A poza tym czyni to w świetny, kinowy sposób. Warto.



Dla wielu ludzi będzie to pozycja nie do przebrnięcia. Niemal pozbawiona akcji i dialogów opowieść o życiu mnichów żyjących na sztucznej wyspie. Jednak jest to też film uczący nas dalekowschodnich, buddystycznych filozofii życiowych, wschodniego poglądu na świat i przemijanie. Jest to piękna, metafizyczna historia, którą ogląda się całym sobą i chłonie każdy obraz wychodzący z ekranu. Trudna, lecz bardzo wartościowa produkcja. 



Chociaż nie podobało mi się to, w jaki sposób Mel Gibson ukazał wojska japońskie odbierając im jakiekolwiek człowieczeństwo i zrównując diabolicznością do orków z Władcy pierścieni to i tak patrzę na ten film z dużym uznaniem. Zasługuje na to nie tylko inspirująca historia z życia realnego człowieka, ale przede wszystkim fenomenalnie pokazane sceny batalistyczne. Można śmiało zapomnieć o Szeregowcu Ryanie i innych filmach wojennych. Gibson rzuca widza w sam środek piekła. Jest brutalnie i chaotycznie. Ale przede wszystkim realnie. Nie wiem czy to słowo jest na miejscu, ale pod względem filmowym to czysta poezja.



Jean-Jacques Annaud rzuca nas w czasy prehistoryczne, chociaż to, co widzimy bardziej przypomina fantastykę, niż historyczną prawdę. Jednak jeśli nie będziemy patrzeć na film pod kontem naukowym, a zagłębimy się w opowiedzianą historię małpoludów odbędziemy niesamowitą, klimatyczną podróż na nieznanej, obcej planecie, którą jest przecież Ziemia. Mnie ten film zwyczajnie zauroczył i żałowałem, że jest tak krótki. Nie wszystkim się spodoba, ale wypada choćby spróbować obejrzeć.


Warte obejrzenia: 


















Ranking Miesiąca 24

A oto zestawienie filmów, które najbardziej podobały mi się w grudniu. Szereg bardzo dobrych filmów.





























Ranking Tygodnia 94

A oto skromny ranking filmów ostatniego tygodnia 2016 roku.












Opowieść o czterech siostrach

Nasza młodsza siostra (Umimachi Diary)
Japonia 2015
reż. Hirokazu Koreeda
gatunek: dramat

Filmowy rok 2016 zakończyłem obejrzeniem najnowszego filmu wielokrotnie nagradzanego na całym świecie za swe dzieła Hirokazu Koreedy. Film ten zdominował tegoroczną edycję Japońskiej Akademii Filmowej, wziął udział w festiwalach w Cannes i San Sebastian. Także wkraczając rok po swej premierze do naszych kin zyskał pewne uznanie rodzimych krytyków. Także uznałem, że to dobra produkcja na zwieńczenie roku. 


Żyjące w jednym domu trzy siostry: Sachi (Haruka Ayase), Yoshino (Masami Nagasawa) i Chika (Kaho) dostają wiadomość o śmierci swojego ojca, który przed ponad dekadą opuścił rodzinę doprowadzając do załamania nerwowego ich matki. Kobiety wybierają się na uroczystość pogrzebową, gdzie poznają swoją przyrodnią siostrę, dużo młodszą od nich Suzu (Suzu Hirose). Jako że dziewczyna nie ma z kim się podziać postanawiają przygarnąć ją do siebie.


Widzę w tym filmie kilka pozytywów, które ciężko jest zakwestionować. Na pewno trzeba pochwalić piękne lokację, w których nakręcono produkcję. Autorzy wyszli z wielkiego miasta, przenosząc opowieść do małomiasteczkowej Japonii, gdzie życia jest całkiem inne, niż w często eksploatowanego filmowo Tokio (a pociągi tam jeżdżące o wiele bliższe tym naszym). Po drugie urokliwe miejsca zostały świetnie nakręcone. Praca kamery wyciska wszystko, co najlepsze z plenerów, a i nie odstaje w ciasnych pomieszczeniach, gdzie często towarzyszy bohaterkom. Na uwagę zasługuje też rola młodej Suzu Hirose. Dziewczyna bardzo dobrze wypadła w roli najmłodszej siostry - czekam na inne filmy z jej udziałem, jeśli dalej pójdzie filmową drogą świat doczeka się kolejnej porządnej azjatyckiej aktorki. 
Oczekiwałem po tym filmie niejako połączenia niedawnego Patersona z Mustangiem. Z tego pierwszego wyciągać miał afirmację prostego, zwyczajnego życia, z drugim zaś kojarzyć miał się ustanowieniem w centrum akcji kilku siostrzanych bohaterek stawiających czoła światu. I o ile trochę jest podobny do obu filmów, to jednak do każdego z nich sporo mu brakuje. Twórcy wspominanych tytułów przedstawiają nam sytuację w sposób, jaki Koreeda ledwie zarysowuje. Niestety codzienność pokazana przez Jarmuscha wypada na ekranie o wiele lepiej, niż ta uchwycona przez Koreedę. Fabularnie mamy więc pewnego rodzaju telenowelę, która niby zahacza o kilka ważnych tematów, jednak przeważnie snuje się po fabularnych bezdrożach w nigdzie nie zmierzającym kierunku. Wydaje się, że akcja skupia się tutaj przeważnie na wspominaniu zmarłych i ich czynów, oraz przygotowywaniu jedzenia. Trochę to wszystko takie nijakie. Jednak patrzy się na całość z nieskrywaną sympatią, zarówno do bohaterek, jak i ich zwykłych, codziennych czynności. Nie jestem pod aż tak wielkim wrażeniem tego tytułu, jednak też przyznaję, że daleko mu do łatki produkcji nieudanej. Solidne kino hmm egzystencjalne.





Pożegnanie z Gotham

Mroczny Rycerz powstaje (The Dark Knight Rises)
USA, Wielka Brytania 2012
reż. Christopher Nolan 
gatunek: akcja, sci-fi

Choć od początku batmanowej trylogii Christophera Nolana minęło dopiero 11 lat, a właśnie opisywana ostatnia jej część trafiła do kina zaledwie przed czterema laty (z miesiącami) to praktycznie od daty premiery finalnego filmu produkcje te mają status kultowy. Wydaje się, że nawet w większym stopniu, niż nietoperzowe filmy Burtona. I to raczej zasłużenie, gdyż Nolan godnie wprowadził postać Bruce'a Wayne'a w XXI wiek. 


Po reformach Harvey'a Denta i wycofaniu się Batmana (Christian Bale) z życia miasta w Gotham City wreszcie nastaje względny porządek. Komisarz Gordon (Gary Oldman) i jego podwładni muszą mierzyć się tylko ze zwykłą przestępczością. Jednak osiem lat po wydarzeniach z poprzedniego filmu do miasta przybywa najemnik Bane (Tom Hardy), który wraz ze swoją małą armią zaczyna terroryzować miasto. Potrzebny jest powrót obrońcy Gotham...


Czego i kogo w tym filmie nie ma! W najdłuższej części trylogii Nolan zaludnia miasto licznymi ważnymi postaciami, dodatkowo też zagranymi przez równie głośne nazwiska. Pojawia się wreszcie w serii Selina Kyle, czyli Kobieta-Kot, a świetnie portretuje ją Anne Hathaway (wydaje mi się, że w jednej ze swych najlepszych ról, wpasowała się idealnie), dobra kreacja Josepha Gordona-Levitta, który tutaj mnie wreszcie do siebie przekonał, jest także Marion Cotillard (która akurat do tego filmu zbytnio nie pasowała) i powracający weterani kina - Morgan Freeman i Michael Caine w rolach, w jakich widzieliśmy już wcześniej. Także pod względem aktorskim ciężko było zgromadzić producentom lepszych profesjonalistów. Jednak nagromadzenie takiej pokaźnej gamy aktorów z nazwiskami i danie im mniej lub więcej czasu trwania filmu pojawia się pewien problem - jest tu po prostu za mało Batmana w Batmanie. Nietoperz pierwszy raz ukazuje się na ekranie w 45 minucie filmu, później postać ta znika na grubo ponad godzinę, by znowu wkroczyć do akcji w ostatnich scenach. Trochę mało. Chociaż chwała Nolanowi, że mimo skromnego wykorzystania głównego bohatera serii nie traci się zainteresowania akcją - po prostu chce się patrzeć na inne postaci i to, co wyrabiają na ekranie - mało który tak długi film ogląda się tak płynnie. Duża w tym zasługa Toma Hardy'ego w postaci Bane'a. Jest to postać zupełnie inna niż znany z poprzedniej części Joker w wykonaniu Heatha Ledgera. I chociaż Hardy nie zyskał tyle uwielbienia, co jego czarnocharakterowy poprzednik to wywiązał się ze swojej intrygującej roli bardzo dobrze.
Także uważam, że jako film akcji jest to jedna z lepszych pozycji dostępnych na rynku. Urealistycznienie komiksowego uniwersum wyszło Nolanowi na dobre, a żadnej części trylogii nie trzeba się wstydzić. Finalna część jest moim zdaniem słabsza niż Mroczny rycerz jednak prezentuje się lepiej, niż rozpoczynający serię Batman-Początek. Także jeśli ktoś jeszcze nie widział to warto. Dla fanów postaci i nie tylko. A co do samego pożegnania z Gotham, to jak wiadomo nie było to pożegnanie definitywnie. Powrócimy tam jeszcze nie raz. 





Skąpiec

Dusigrosz (Radin!)
Francja 2016
reż. Fred Cavayé
gatunek: komedia

Tak się składa, że lubię francuskie komedie z Danym Boonem. Mimo że większość z nich wciąż powiela podobne schematy to przekonująca osoba aktora, który potrafi wcielić się w pociesznego błazna pozwala na pewien sposób cieszyć się tymi z filmami. Więc gdy do naszego kraju trafiła kolejna produkcja z jego udziałem udałem się niezwłocznie do kina.


Skrzypek François Gautier (Dany Boon) od dziecka jest strasznie oszczędny, a wręcz chorobliwie skąpy. Mimo posiadania na koncie bankowym okrągłej sumki żyje na niskim poziomie, z wody czy prądu korzystając tylko w ostateczności. Życie nielubianego przez współpracowników i sąsiadów Gautiera zmienia się, gdy poznaje nowo zatrudnioną wiolonczelistkę, Valérie (Laurence Arné), a do jego domu przybywa szesnastoletnia Laura (Noémie Schmidt) uważająca się za jego córkę...


Dany Boon po raz kolejny (zresztą zgodnie z przewidywaniami) odgrywa rolę paranoika na podobnej zasadzie, jak nie raz wcześniej. Jego poprzednie wcielenia były uprzedzone do ludzi z innej części kraju (Jeszcze dalej niż Północ) czy skrajnymi hipochondrykami (Przychodzi facet do lekarza). Tym razem zaś bohater Boona to przesadnie przerysowana postać tytułowego dusigrosza, który wykłóca się o kilka eurocentów. Filmowy Gautier ma kupę pieniędzy, jednak w sumie nie wiadomo po co je magazynuje, nie ma żadnego finansowego celu w życiu, oprócz chyba samego codziennego podglądania rosnącej sumy na koncie. Trochę przypomina w tym hobbitowego smoka lub Sknerusa McKwacza z popularnego komiksu. Jednak jak w tego typu filmach bywa pojawia się impuls do zmiany życia, tutaj w postaci dwóch kobiet, które staną się dla bohatera ważne. Chociaż początkowo nie zamierza on rezygnować ze swojego skąpstwa to przecież oglądaliśmy za dużo filmów, aby nie wiedzieć, jak to się skończy. A że jest to film zgodny z utartym schematem i pełen schematów to niespodzianek tutaj nie ma. Czasem jest nawet śmiesznie, czasem dość ckliwie (zwłaszcza pod koniec), często trochę za głupio i niedorzecznie (postać Gautiera jest naprawdę nazbyt przekoloryzowana), jednak ogólnie wciąż dość pozytywnie i lekko. Także jako film do obejrzenia w wolny, weekendowy wieczór nadaje się idealnie. A że później szybko wyleci z głowy - to już inna sprawa. Można oglądać bez bólu.