czwartek, 8 października 2015

Starość nie radość

Młodość (Youth)
Włochy, Francja, Wielka Brytania, Szwajcaria 2015
reż. Paolo Sorrentino
gatunek: dramat

Kolejny po niedawno przeze mnie omawianym, oscarowym Wielkim pięknie film najbardziej znanego włoskiego reżysera Paola Saorrentino. Przed obejrzeniem go zastanawiałem się na ile będzie to kalka i powielanie schematów z poprzedniej jego produkcji, a na ile oddzielny twór. Poniżej więc przemyślenia na ten temat, ale nie tylko to. 


Akcja filmu toczy się w jednym z sanatoriów w szwajcarskich Alpach. Dwójka zbliżających się do osiemdziesiątki przyjaciół artystów spędza tam czas na wypoczynku. Jeden z nich, Mick (Harvey Keitel) - znany i ceniony reżyser jest jeszcze pełen życia, przymierza się do realizacji swego ostatniego ale i najlepszego filmu, drugi z mężczyzn - kompozytor Fred (Michael Caine) jest pogodzony z losem staruszka, nie chce już niczego od życia. Nudę pobytu w ośrodku panowie zabijają m.in. rozmawiając ze znanym aktorem młodego pokolenia (Paul Dano). W pewnym momencie do sanatorium przyjeżdża też córka Fred, Lena (Rachel Weisz).


Już na wstępie napiszę, że uważam ten film za lepszy od wspomnianego wyżej Wielkiego piękna. Choć tak jak w poprzednim filmie reżyser zafundował nam estetyczną poezję dodał do tego też jakąś choć trochę porządniejszą fabułę, której w filmie o dziennikarzu Jepie specjalnie nie było. Bałem się jak już wspomniałem, że dostaniemy to samo co poprzednio, tyle że w innej scenerii z angielską zamiast włoską wersją językową ale na szczęście aż takiej kalki nie ma. Pojawia się owszem wiele scen na zasadzie kontrastów, tak samo jak w oscarowym filmie było widać brzydkich, złych ludzi na tle pięknego miasta, tak i tutaj autor lubuje się zestawiać piękne, młode ciała z pomarszczonymi, zdeformowanymi przez czas sylwetkami staruszków. W filmie tym za plus można też uznać świetną grę aktorską. Ale zatrudniając takich tuzów i weteranów kina, jak Caine, Keitel czy Jane Fonda nie można było oczekiwać czegoś innego. W swoistej aktorskiej sztafecie pokoleniowej nie zabrakło też uznanych w większym czy mniejszym stopniu młodszych przedstawicieli zawodu. Mamy tutaj w jednej ról doskonałą i pięknie się starzejącą już 45 letnią żonę Daniela Craiga, Rachel Weisz (a ja ciągle pamiętam ją jako młodą dziewczynę w Mumii czy Wrogu u bram), do tego powoli budujący swą karierę Paul Dano czy w marginalnej roli najmłodsza z nich wszystkich może kojarzona z krótkiego występu w Dom Hemingway Mădălina Diana Ghenea, która pewnie swym ciałem na plakacie przyczyniła się do pójścia do kina wielu osób. 
W filmie tym jest też dużo luźnego humoru, czego zabrakło na pewno w Wielkim pięknie, po niektórych rozmowach bohaterów na pewno się uśmiechniecie. Także warto zwrócić uwagę na osobę Maradony ukazaną w filmie.  Po Rzymie przyszła kolej na ukazanie przez reżysera piękna szwajcarskich gór, co jest kolejnym plusem filmu. Sielska górska atmosfera wśród tamtejszych zwierząt hodowlanych daje wiele dobrego filmowi. Filmowi, który posiada niestety też słabsze sceny, przegadane dialogi, lub nieznośne chwile, w których nic się nie dzieje. Jakie szczęście, że jest on o prawie pół godziny od Wielkiego piękna! 
Reasumując mamy do czynienia z przystępniejszą wersją oscarowego sukcesu Sorrentino. Cały czas jest to kino artystyczne raczej dla koneserów, lecz nawet jeśli odbiło się od Wielkiego piękna warto dać szansę temu filmowi.



.


środa, 7 października 2015

Stara baśń

Pentameron (Il racconto dei racconti)
Francja, Wielka Brytania, Włochy 2015
reż. Matteo Garrone
gatunek: fantasy

Nie licząc Szekspira ilu jest XVI/XVII wiecznych autorów, którymi zainteresowali się światowi filmowcy w wieku XXI? Sądzę, że bardzo mało. A opisywany właśnie film bazuje na baśniach neapolitańskiego poety Giambattisty Basila. I co ciekawe jest to europejska koprodukcja, która doczekała się udziału w tegorocznym konkursie o Złotą Palmę w Cannes. Więc ze wszelkich miar film zapowiadał się ciekawie. 


W filmie przeplatają się nawzajem trzy baśniowe historie z udziałem trzech różnych królestw i ich władców. Poznajemy losy królowej Longtrellis (Salma Hayek) i jej długo oczekiwanego syna Eliasza (Christian Lees), chutliwego króla Strongcliffa (Vincent Cassel) i historię jego zakochania w głosie staruchy (Shirley Henderson) oraz wychowującego olbrzymią pchłę króla Highhillsa (Toby Jones) i jego pragnącej wyjść za mąż córki Violet (Bebe Cave).


Film jest zrealizowany w iście baśniowym stylu. Mamy trzech władców, którzy poruszają się przeważnie w swych ceremonialnych strojach, władają w wielkich zamkach, które otaczają pustkowia lub inne mało ciekawe warunki klimatyczne. Wszystkie postaci królewskie są zarysowane dość krucho, a ich zagranie nie było specjalnym wyzwaniem. Co ciekawe w mniejszej roli pojawia się z roli młodej Nimfomanki Stacy Martin, tym razem przeważnie ubrana. Mamy też bardzo czarno biało zarysowany świat, w którym dzieje się akcja. Fabuła też jest iście baśniowa, mamy nadgorliwą matkę, która poświęca wiele, by za sprawą magii spłodzić dziecko, króla - jebakę, który zakochuje się w głosie jednej z dwóch starych bab nie wychodzących ze swego domu oraz historię dziewczyny wychowanej na eposach rycerskich pragnącej wyjść za mąż za księcia z bajki. Mimo tego, że bohaterów spotyka wiele niecodziennych przygód, jak pojedynek z bestią morską, przemienienie ciała czy porwanie przez ogra akcję ogląda się bez większego zaangażowania. Niestety narracja jest poprowadzona na bardzo nudnym poziomie co przy ponad 130 minutowym filmie nie jest najlepszą cechą. 
Osobny punkt należy się za to samej oprawie wizualnej. Kraina, w której żyją bohaterowie (których losy w kilku scenach się zetkną) to wizualny majstersztyk, baśniowy świat z kart książki Basile'a został odwzorowany naprawdę pięknie. Tak samo jak i stroje i ogólna charakteryzacja postaci, wszystko jak najbardziej pasuje do bajkowego klimatu opowieści. 
Myślę, że dla fanów ambitnego kina, którzy oprócz nudnej jak flaki z olejem narracji wychwycą wysublimowane zalety tej produkcji jest to pozycja do polecenia, dla innych raczej niezbyt.





poniedziałek, 5 października 2015

Ranking tygodnia 38









W poszukiwaniu straconego czasu

Wielkie piękno (La grande bellezza)
Włochy 2013
reż. Paolo Sorrentino
gatunek: dramat, komedia

Są takie filmy, które bardzo ciężko jest określić i ocenić. Oczywiście to zależy od każdego indywidualnie, jednak zdarza mi się to w wypadku tego filmu. Laureat wielu nagród na światowych konkursach i festiwalach jest bowiem filmem bardzo innym niż wszystkie. Pod wieloma względami. 


Obserwujemy poczynania znanego dziennikarza i pisarza Jepa Gambardellę (Toni Servillo), mężczyzny po 65 roku życia, który to snuje się po ulicach Rzymu i rozmyśla o swym życiu korzystając przy okazji z wszystkich dobrodziejstw, jakie oferuje to miasto. 


Film ten to prawdziwa perełka wizualna. Oglądając kilka scen z życia Gambardlelli możemy mieć najprawdziwszy orgazm przez oczy. Mało widziałem filmów, które są tak plastyczne. Wszystko jest tu kolorowe, wyraziste, realne. Przy okazji mamy przez całe niemal dwieipółgodziny zestawienie kontrastów. Obserwujemy zdeprawowanych, zniszczonych życiem, brzydkich ludzi na tle pięknego, majestatycznego Wiecznego Miasta. Patrząc na bohaterów ciężko jest stwierdzić, że nie kosmici, a kiedyś tacy jak oni zbudowali to piękne miasto. 
Niestety oprócz wizualnej poezji dostajemy bardzo mało fabularnie. W sumie bohater uczestniczy w cyklu różnych czynności i imprez, jednak ich powiązanie jest bardzo umowne. Można to tłumaczyć jako ukazanie obecnego stanu elit artystycznych, nieustannym meandrowaniem między strefą sacrum i profanum etc jednak to wszystko teoria, w praktyce wygląda to trochę inaczej i sprawia, że film Sorrentino jest mocno ciężkostrawny.
Jednak z założenia nie jest to produkcja mająca trafić do wszystkich, nie mamy do czynienia z nastawionym na zysk kinem będącym dzieckiem ery popkultury, a dziełem artystycznym, które to przeznaczone jest dla nielicznych. Oceny więc wahają się między ochów i achów (10 z serduszkiem) po totalne dno w postaci 1/10, jednak ja bym powiedział, że mamy ogólnie do czynienia z filmem niezłym, nie aż tak dobrym, jakby chcieli co niektórzy, ale na pewno też nie z produkcją złym. Jeśli oczekujemy od kina czegoś więcej, niż to co może dać Rambo czy Terminator to warto zobaczyć Wielkie piękno, choć czasem pewnie może się dłużyć. 






Uczelniane tajemnice

Purpurowe rzeki (Les rivières pourpres)
Francja 2000
reż. Mathieu Kassovitz
gatunek: kryminał, thriller

Tym razem czas na opisywanie ekranizacji powieści o tym samym co film tytule, której reżyserii podjął się autor znanej wielu Amelii czy Piątego elementu. Od dawna miałem chrapkę na ten film, jednak nie miałem okazji obejrzeć go do teraz w całości (kilka lat temu zacząłem oglądać, jednak w telewizji z bardzo długimi reklamami nie doczekałem jego końca). Teraz nadszedł czas by nadrobić zaległości. 


Poznajemy relegowanego z Paryża na prowincję znanego policjanta o nazwisku Pierre Niémans (Jean Reno). Na miejscowym uniwersytecie dochodzi do makabrycznej zbrodni, której ofiarą padł pracownik uczelni. W 200 kilometrów dalej swoje śledztwo prowadzi młody policjant Max Kerkerian (Vincent Cassel). Jego śledztwo prowadzi go w pewnym momencie w to samo miejsce, co Niemansa. 


To pierwszy film od dawna, który (przez większość czasu) oglądałem z większym napięciem. Początek jest świetny, środek dobry, końcówka słaba, jednak przez większość trwania produkcja trzyma naprawdę dobry poziom.
Wielkim plusem jest sam klimat tego filmu, którego akcja toczy się wśród zamkniętej społeczności w wyizolowanym od świata miejscu (taki pomysł niemal zawsze działa!). Cudownie (o ile tak można powiedzieć) prezentują się trupy, które jak na rok 2000 zostały genialnie ucharakteryzowane i do dzisiaj ciężko mi wymienić filmy, gdzie wyglądałoby to lepiej.
Kolejnym wielkim atutem jest świetny duet aktorski w postaci Jeana Reno oraz Vincenta Cassela. Szkoda że ci panowie nie pokazali się razem w większej ilości produkcji. Aktorom partneruje tutaj Nadia Farès oraz nieżyjący już ojciec Vincenta, Jean-Pierre Cassel. Do gry aktorskiej nie ma więc możliwości się zawieść.
Głównym minusem jest ostatni kwadrans filmu, gdyż zakończenie jest po prostu głupie. Nie czytałem książki, ale z tego co udało mi się dowiedzieć, to tam logicznie wszystko wytłumaczono i uargumentowano, tutaj tego zabrakło. Jednak mimo wszystko warto zobaczyć ten film, gdyż jest to kawał naprawdę mocnego kina, który zapewni kilka solidnych wrażeń.







American przeciętniak

American Hustle
USA 2013
reż. David O. Russell
gatunek: dramat

Użyty w tytule zwrot hustle nieodparcie kojarzy mi się z amerykańskim pismem dla panów o nazwie Hustler. A skoro w nazwie jest jeszcze przymiotnik amerykański wydawać by się mogło, że pozycja ta dotyczy twórcy owego Hustlera czyli Larry'ego Flynta. Szkopuł w tym, że Flint doczekał się już filmu o sobie. Tak więc przychodzi nam śledzić losy innego hustlera. 


Obserwujemy losy tytułowego oszusta, Irvinga Rosenfelda (Christian Bale), któremu w nielegalnym procederze partneruje Sydney Prosser (Amy Adams). W pewnym momencie ich kariery zostają przyłapani przez agenta FBI o nazwisku Richie DiMaso (Bradley Cooper) i zmuszeni współpracować z nim w celu ujawnienia korupcyjnych zwyczajów prominentnych polityków, z wpływowym burmistrzem Polito (Jeremy Renner) na czele.


Siłą tego filmu jest charakteryzacja budująca w świetnym stylu klimat Ameryki sprzed około pół wieku. Zarówno pod względem stylizacji fryzur, jak i kostiumów po całe otoczenie wszystko wygląda jak żywcem przeniesione z tego okresu. Do tego całość uzupełniona jest dobrą ścieżką dźwiękową wyjętą z owej dekady. Majstersztyk!
Drugim wielkim plusem jest kadra aktorska. Bradley Cooper, Amy Adams, Jennifer Lawrence ale przede wszystkim świetny Christian Bale pokazują klasę w niemal każdej ze scen. Wielkie brawa dla tego ostatniego, gdyż jest to całkowicie człowiek - zagadka, w każdej roli wygląda inaczej, dla każdej jest w stanie poświęcić masę zdrowia. Czapki z głów. 
Niestety do poziomu oprawy oraz aktorstwa nie dostosowuje się ważna jednak w każdym niemal filmie fabuła. Tutaj jest po prostu nudno i widz niezbyt angażuje się w oglądanie kolejnych scen. Potencjał fabularny był duży, jednak został koncertowo wręcz spieprzony i tym samym powstał kolejny pięknie wyglądający film - wydmuszka. Niestety bardzo pod tym względem przypominał mi on opisywaną jakiś czas temu Wadę ukrytą. Oczywiście nie jest to produkcja tragicznie słaba, po ocenach na filmwebie można nawet zaryzykować stwierdzenie, że dla wielu bardzo dobra, jednak według mnie zwyczajnie średnia, tylko przeciętna. A były szanse na dużo więcej.