niedziela, 30 sierpnia 2015

Ranking Tygodnia 33

W sumie nie jest to ranking tygodnia, a ranking kilku tygodni zebranych do siebie, jednak sierpień jest takim miesiącem, że ciężko jest zebrać się do oglądania dużej liczby filmów i dlatego trzeba poczekać ze statystykami do czasu uzbierania się kilku obejrzanych produkcji. Także lecimy.

1. Kryptonim U.N.C.L.E. (USA, 2015)











Miłość niejedno ma imię

Love 
Francja 2015
reż. Gaspar Noé
gatunek: dramat, erotyczny, melodramat

Jako że wciąż nie mogę zabrać się za ponad dwuipółgodzinne Wkraczając w pustkę jedynym filmem Gaspara Noe, jaki miałem możliwość zobaczyć jest szokująca produkcja z Moniką Bellucci i Vincentem Casselem Nieodwracalne. Po tym filmie znałem już możliwości tego argentyńskiego reżysera i gdy pierwszy raz przeczytałem o opisywanym właśnie filmie wiedziałem, że to co obiecuje będzie prawdą i z niecierpliwością czekałem na premierę. Czy było warto? 


Fabularnie nie ma tutaj fajerwerków. Studiujący w Paryżu Amerykanin Murphy (Karl Glusman) wiedzie nieszczęśliwe życie u boku kobiety, której nie kocha. Wszystko dlatego, że na skutek pękniętej gumy powstało dziecko, którego matką jest nastoletnia Omi (Klara Kristin). Telefon od matki jego dawnej miłości, Elektry (Aomi Muyock) sprawia, że Murphy przypomina sobie chwile spędzone z tą ponętną dziewczyną. 


Swego czasu, jeszcze pod koniec lat 80. ubiegłego wieku Marek Koterski stworzył film Porno, gdzie główny bohater wracał myślami do swych wielu kochanek. Tutaj do kochanek wraca Murphy i na tym podobieństwa się kończą. Koterski dał światu kiepski pod względem fabuły film softerotyczny (ze słabą erotyką), Noe nakręcił zaś pornola. Artystycznego ale jednak pornola, gdzie wszystkie sceny nieseksu są tylko interludium do pokazania prawdziwej kopulacji w 3D. Od zawsze byłem zdania, że jeśli filmy 3D (lub 4D) mają jakiś sens to właśnie pod kątek pornografii. I w filmie Noego mamy ponad godzinę seksu. Seksu młodych i niebrzydkich ludzi w różnych konfiguracjach (mężczyzna plus kobieta, dwie kobiety, mężczyzna i dwie kobiety, mężczyzna, kobieta i trans), do wyboru do koloru. Jeśli ktoś chce zobaczyć wytrysk w 3D to niech jak najszybciej pędzi do kina. W sumie Noe nie przełamał żadnych barier, nie mamy tu przedstawionych perwersji, sado maso czy innych udziwnień. W sumie to klasycznie, niemal jak Bóg przykazał. Chociaż oczywiście nie ma co liczyć na ten film na TVP1 w przyszłości to także nie było tu nic, co zniesmaczy lub podnieci kogoś wychowanego w erze internetowego porno. Mimo to z kina kilka osób wyszło. Pomijając prostą choć uniwersalną fabułę mamy tu do czynienia z bardzo dobrze zrobionymi scenami seksu w pełnym trójwymiarze, co daje nam możliwość uczestniczenia w orgii z ponętną (do czasu zobaczenia jej zdjęć bez zębów) Aomi Muyock. Jak dla mnie tylko dla tego warto zobaczyć ten film. Film, który ma kilka innych plusów, jak choćby kilka żartobliwych scen, nawiązania do osoby reżysera (który zagrał tu w roli drugoplanowej). Trójwymiarowość daje produkcji znamiona czegoś nowego, czego wcześniej w kinie nie było. I dla tego polecam ten film każdemu, kogo nie rażą sceny ludzkiej kopulacji oraz wytryskujący obficie na widzów penis w 3D. 








Wyliczanka śmierci

Obywatel roku (Kraftidioten)
Norwegia 2014
reż. Hans Petter Moland
gatunek: komedia, sensacyjny, western

Miałem spory problem z klasyfikacją tego filmu. Oznaczyłem go jak widać jako sensacyjną komedię, a w dodatku western. I tutaj mam w sumie kilka wątpliwości związanych z samą fabułą. Czy film, w którym roi się od trupów wykańczanych jeden po drugim mafiozów może być komedią? I czy produkcja tocząca się na mroźnej, zaśnieżonej północy Europy może być uznany za western, który kojarzy się z całkiem innymi warunkami klimatycznymi? Uznałem, że western jednak to nie tylko uwarunkowanie geograficznie ale też przede wszystkim sposób narracji. Tutaj jest on iście westernowy. Nawet jeśli mamy do czynienia z easternem.


Jeżdżący wielką odśnieżarką Nils (Stellan Skarsgård) zostaje uznany za obywatela roku jednego z zapadłych norweskich miasteczek. Spokojną egzystencję jego rodziny burzy wieść, że syn Nilsa zmarł na skutek przedawkowania narkotyków. Jako że mężczyzna nie wierzy w taką możliwość postanawia znaleźć mordercę swego syna. Szybko okazuje się, że syn bohatera zginął przez konflikt z lokalną mafią. Nils rusza więc na vendettę eliminując bandytów i zmierzając do celu, jakim jest lokalny boss, Książę (Pål Sverre Hagen). Książę natomiast o śmierć swych ludzi obwinia konkurencyjny gang Serbów pod dowództwem sędziwego Papy (Bruno Ganz). Zaczyna więc wojnę gangów. 


Film opiera się na dwóch postaciach granych przez Skarsgarda i Hagena. Bardzo sobie cenię ogólny dorobek Szweda, jednak w roli samotnego mściciela, pogromcy mafii nie wygląda zbyt przekonująco. Ponad 60 letni zmęczony every man stawiający czoła (udanie) całej masie wrogów to jednak nie jest rola życia aktora. Szczególnie, że Skarsgard nie przypomina choćby Liama Neesona. Za to Hagen w roli dziedzica mafijnej rodziny prezentuje się świetnie. Starający się być twardym bossem mafijnym ale przy tym wciąż dużym dzieckiem nie mogącym ogarnąć zawiłości funkcjonowania na tak wysokim szczeblu często wygląda na gangstera poziomu Bolca z Chłopaki nie płaczą. W starciu tych dwóch charakterów choć wiemy kto jest dobrym, a kto złym jakoś bardziej z sympatią kierujemy się w stronę postaci Hagena. 
Kolejnym plusem są piękne, majestatyczne ośnieżone krajobrazy oraz dobra muzyka. Także ciekawym pomysłem był sposób przedstawienia i uhonorowania zmarłych w walce gangsterów poświęcając im stosowny symbol religijny i wymieniając z imienia i nazwiska na czarnym tle. Autorzy także umiejętnie śmieją się i snują rozważania na temat kondycji kraju i tego co wpływa na dobrobyt. 
Niestety sam film jest zbyt schematyczny, dużym momentami wieje nudą oraz ma źle dobraną postać główną. Można bez żalu zobaczyć, jednak nie to typowy europejski must watch.





Retro szpiedzy

Kryptonim U.N.C.L.E. (The Man From U.N.C.L.E.)
USA 2015
reż. Guy Ritchie
gatunek: sensacyjny, komedia

Dawne kino szpiegowskie było jedyne w swoim rodzaju. Potrafiło łączyć ciekawą intrygę, wyrazistych bohaterów oraz luźny komediowy styl. W późniejszych latach zarówno kolejne części przygód Jamesa Bonda, Bourne'a czy innych superagentów przybrały iście poważne tony. A konwencja lekkich filmów akcji była przecież strzałem w dziesiątkę i cieszy fakt pojawienia się takich filmów, jak Kingsman czy właśnie opisywanego filmu byłego partnera Madonny.


Intryga filmu nie jest zbyt skomplikowana i przenosi nas w epicentrum Zimnej Wojny, do roku 1963 i zaczyna się we Wschodnim Berlinie. Poznajemy agenta CIA, Solo (Henry Cavill), który dociera do córki niemieckiego naukowca, Gabi (urocza Alicia Vikander), która to ma doprowadzić go do swego ojca mającego gdzieś stworzyć bombę atomową dla włoskich mafiozów. Traf chce, że muszą oni połączyć siły z agentem radzieckiego KGB, Ilją (Armi Hammer).


Pierwsze co rzuca się w oczy, to fakt że film został świetnie nakręcony. Cudownie ogląda się szpiegowski film dziejący się w najlepszej dla szpiegów epoki nakręcony na taśmie dającej retro wrażenie. Do tego udana charakteryzacja bohaterów i lokacji i wszystko wygląda jakby oglądało się pierwsze przygody Bonda. Klimat na poziomie majstersztyku. Szwankuje trochę zbyt prosta fabuła, ale jednak nie jest z nią aż tak źle.
Gra aktorska głównej trójki bohaterów nie pozostawia nic do życzenia. Widać między nimi chemię i od razu do całej trójki czuć sympatię. Wcielająca się w czarny charakter Elizabeth Debicki także odgrywa tu najlepszą ze swych ról i pięknie dopełnia bardziej pozytywnych bohaterów. 
Mamy tutaj typową zabawę z konwencją, tricki montażowe właściwe Ritchiemu oraz naprawdę niemęczące sceny akcji. Wszystko tutaj jest na swoim miejscu i w odpowiedniej ilości, pościgi, strzelaniny, krajobrazy, szermierki słowne i dowcipne sytuacje. Także na plus trzeba zaliczyć, że po raz pierwszy od dawna rosyjski bohater nie jest tutaj klasycznie złą postacią. Ilja Hammera da się lubić, a Ritchie jednakowo nabija się z KGB, jak i z CIA. Wreszcie mamy jaką równowagę w kinematografii opisującej pojedynek tych służb. 
Film ewidentnie nastawiony był na kontynuację, co widać w wielu scenach, z ostatnią włącznie, jednak jego niewątpliwa wtopa kinowa chyba sprawia, że drugiej części raczej nie uświadczymy. W natłoku kolejnych Avengersów, Batmanów i innych Transformersów masowo pojawiających się w kinach szkoda, że naprawdę dobry film gatunkowy nie doczeka się kontynuacji. Ja osobiście polecam udać się do kina i może dołożyć swoją cegiełkę w uratowanie tego projektu.


piątek, 28 sierpnia 2015

Zagraj to jeszcze raz, Sam

Nieracjonalny mężczyzna (Irrational Man)
USA, 2015
reż. Woody Allen
gatunek: dramat 

Generalnie jest tak, że w dobrym guście jest lubić albo chociaż znać filmy Woody'ego Allena. Bo to ponoć mistrzowskie, błyskotliwe dialogi, niebanalny humor, typowo miejska (z pewnymi wyjątkami) akcja i inne takie. Ja osobiście wolę Allena - aktora, niż Allena - reżysera jednak ogólnie świat ceni go za to drugie. W jego najnowszym filmie nie widzimy go jednak na ekranie, gdyż okres produkcji spędził wyłącznie po drugiej stronie kamery. Czy z powodzeniem? 


Główną osią filmu jest postać grana przez Joaquina Phoenixa, czyli wykładający filozofię na amerykańskich uczelniach naukowiec Abe. Przybywa on do nowego ośrodka akademickiego, gdzie jego przybycie wywołuje furorę oraz masę plotek o tym niebanalnym nauczycielu akademickim. Abe szybko wikła się w romans z zamężną profesorką, Ritą (Parker Posey). Zawiera też niezawodową znajomość z własną studentką, atrakcyjną Jill (Emma Watson), która to ma na celu wyrwać profesora. Sam Abe jest jednak przygnębiony i traci chęci do życia...



Nikt chyba nie zarzuci Allenowi tego, że ten robi złe filmy. Dziadzia Allen wszak przecież stworzył całą gamę niezłych lub dobrych produkcji, które to na trwałe wpisały się w kanon kina światowego. Problem z tym reżyserem jest jednak taki, że do jego najnowszych dzieł wdarła się stagnacja. Co film to jednak po raz kolejny nihili novi. Kolejne produkcje amerykańskiego reżysera przypominają kopię poprzednich filmów. A chyba nie o to powinno chodzić. Z każdym kolejnym filmem mamy do czynienia z odcinaniem kuponów od sławy (bo przecież firmowany TAKIM nazwiskiem film musi być dobry) przez swego czasu jednego z wizjonerów kina. Trochę to smutne. Przekonuję się powoli do tezy mówiącej 'widzieć jeden film Woody'ego Allena to tak, jakby widzieć wszystkie'. Neurotyczny bohater, wydłużone do granic możliwości rozmowy, przeważnie o filozofii oraz ciągłe spacery. Brzmi znajomo? Taki też jest ten film. Gdyby powstał dekadę wcześniej można by powiedzieć, że jest nawet dobry, teraz jednak, gdy Allen rokrocznie wypuszcza ze swej stajni podobne dzieła to jednak ma się syndrom odgrzewanego kotleta. Nawet ostatnio często trzeba oglądać miłą dla oka, lecz już mocno oklepaną przez Allena Emmę Watson. Film dla ludzi z zasadą 'lubię tylko te piosenki, które już znam'. Chociaż na Phoenixa i Stone też można popatrzeć.






Sztuka nudzenia

Gołąb przysiadł na gałęzi i rozmyśla o istnieniu (En Duva satt på en gren och funderade på tillvaron)
Szwecja 2014
reż. Roy Andersson
gatunek: dramat, komedia


Gdy po raz pierwszy natknąłem się przed rokiem na sam tytuł tego szwedzkiego filmu (którego oryginalnej nazwy nawet nie próbuje powtórzyć) wiedziałem, że kiedyś będę chciał sobie go obejrzeć. Jako że w Polsce premiera, jak to często bywa z nieblockbusterowymi produkcjami trochę trzeba było poczekać. Jednak zaraz po oficjalnej premierze pełen oczekiwań skierowałem kroki ku kinu. 


Ciężko mówić w tym filmie o jakiejś szczególnej fabule. Andersson pokazuje cykl kadrów z różnych miejsc, w których przewijają się różni ludzie. Najczęściej jednak obserwujemy losy dwojga biznesmenów działających ewidentnie na poziomie 'small business'. Akwizytorzy Jonathan (Holger Andersson) i Sam (Nils Westblom) wędrują po mieście starając się 'dać ludziom trochę radochy' wciskając im zabawne gadżety.


W filmach cenię sobie najbardziej fabułę, lokalizację, charakteryzację, grę aktorską i muzykę. Tutaj jesteśmy pozbawieni praktycznie wszystkiego z tych wyżej wymienionych punktów. Statyczne tła do wydarzeń są tak nudne, że trzeba pilnować się, by nie usnąć, rozmowy bohaterów brzmią drętwo i sztucznie, na ekranie w sumie nic się nie dzieje. Strona komediowa jest tak toporna, że szkoda gadać. W sumie opiera się na dwóch nudziarzach wciskających innym pseudorozrywkowe gadżety z minionej epoki. W domyśle film miał pokazywać ludzką egzystencję i kondycję moralną człowieka, jako gatunku. Jednak ciężko to zaobserwować. Niestety mocno zawiodłem się na tym filmie i ciężko mi go polecić komukolwiek. Kino tak ambitne, że nawet reżyser chyba nie wie o co chodzi i co dokładnie chciał przekazać.