wtorek, 13 grudnia 2016

Blokowiska fantasy

Straż nocna (Nocznoj Dozor)
Rosja 2004
reż. Timur Biekmambietow
gatunek: fantasy, akcja 

Będąc w liceum uwielbiałem czytać książki Siergieja Łukjanienki, który to był wówczas jednym z moich ulubionych pisarzy. Jego powieści, w tym przede wszystkim cykl Patroli to naprawdę kawał dobrej roboty. Do dzisiaj dziwię się, że jedna z lepszych urban fantasy powstała właśnie w Rosji. Jako że niedawno dowiedziałem się, że autor wydał kolejną część swojej sztandarowej sagi postanowiłem obejrzeć ekranizację pierwszego tomu Patroli, czyli Nocnego patrolu (swoją drogą nie rozumiem, dlaczego pokracznie przetłumaczono tytuł filmu).


Od wieków siły ciemności i światła ścierają się miedzy sobą. Dawno temu doszło między nimi do wielkiej bitwy, jednak dowódca dobrej strony, Geser (Władimir Mieńszow) i przywódca ciemności, Zawulon (Wiktor Wierzbicki) zdając sobie sprawę z idealnej równowagi między siłami podpisują trwający do chwili obecnej rozejm, na mocy którego ustanowione zostały Dzienny oraz Nocny Patrol, których zadaniem jest strzec równowagi sił. We współczesnej Moskwie działa Anton Gorodecki (Konstantin Chabienski), który należy do Nocnego Patrolu kontrolującego siły ciemności. 


Od zawsze lubiłem podgatunek fantastyki nazywany urban fantasy, czyli po prostu fantastykę miejską. Siłą rzeczy dobrych książek z tego gatunku powstało raczej mało, filmów zaś jeszcze mniej, dlatego każdy znośnie zrealizowany czy napisany akt twórczy fani gatunku muszą przyjąć z radością. Cykl Łukjanienki (przynajmniej początek, dalszych części nie czytałem) był właśnie spełnieniem marzeń dla tych ludzi. Wampiry, czarownice, wiedźmy i potwory innych proweniencji mieszkające we współczesnym świecie, w wielkich i obskurnych blokowiskach, często obok siebie!? Dodać do tego znośną fabułę i materiał na dobre czytadło jest. Niestety przy ekranizacji wystarczyło tylko lub aż przenieść tą dobrą fabułę i w przyzwoity sposób to pokazać żeby było dobrze. Niestety reżyser zrobił to dość pokracznie. Film, owszem da się oglądać i czerpać pewną satysfakcję z tego, jednak w żadnym aspekcie nie umywa się on do swej książkowej wersji. W epoce Władycy Pierścieni zastosowano efekty, którym bliżej często do filmowego Wiedźmina, poprzez zwolnienie czasu (Zack Snyder musiał być dumny, gdy to widział) wydłużono film pewnie o jakiś kwadrans, jak nie dłużej, aż wreszcie średnio przeniesiona fabuła z licznymi brakami względem pierwowzoru i przede wszystkim nietrafiona obsada. Niestety dla mnie spory zawód. Polecam najpierw sięgnąć po książkę jeśli chce się oglądać ten film, aby później się nie zniechęcić. 






niedziela, 11 grudnia 2016

Ranking Tygodnia 91

A oto bogaty w filmy 91. ranking tygodnia. Lider jest niepodważalny.

















Klasyka horroru

Frankenstein
USA 1931
reż. James Whale
gatunek: horror

Dracula, King Kong, Mumia, Frankenstein - dzisiaj postaci te to standardowi bohaterowie filmów grozy i science fiction. Jednak nie jest to bynajmniej wytwór współczesnej filmografii, gdyż nie dość, że większość klasycznych potworów to wcześniejsi bohaterowie literaccy, to jeszcze zostali zaadoptowani na potrzeby kina dawno, dawno temu. Dzisiaj krótko o legendarnym filmie z kanoniczną rolą Borisa Karloffa.


Doktor Henry Frankenstein (Colin Clive) wraz ze swym sługą Fritzem (Dwight Frye) tworzą z ludzkich szczątek potwora (Boris Karloff). Na skutek wypadku monstrum otrzymuje mózg przestępcy...Tymczasem zbliża się ślub doktora z piękną Elizabeth (Mae Clarke), która wraz z jego przyjacielem (John Boles) rusza odciągnąć go od eksperymentów...


Opisywany właśnie film to kawał historii światowego kina. Zbliżający się do osiągnięcia dziewięćdziesięciu lat film ze stajni Universal był jednym z wielu w tamtych czasach monster movies tworzonych przez to studio. Do dzisiaj mówiąc Frankenstein  w świadomości widza pojawia się filmowy wizerunek Borisa Karloffa z tego filmu z 1931 roku. Chociaż kręcona w studio adaptacja XIX wiecznej powieści Mary Shelley oglądana dzisiaj trąci już myszką okazując oznaki zestarzenia dalej jest jak najbardziej przyswajalna dla obecnego widza. Trochę szwankuje samo przedstawienie tragicznych w książce losów monstrum, tutaj ukazanego bez odrobiny człowieczeństwa. 
Przed ponad osiemdziesięcioma laty film ten musiał robić na ówczesnych widzach kolosalne wrażenie, którego siłą rzeczy dzisiaj wywołać nie może. Jednak kilka motywów, które zainaugurowane zostały w tym filmie występowały w horrorach przez wiele następnych lat. Obecnie dalej to wciąż strawny film, którego oglądanie nie boli. Dla fanów opowieści grozy pozycja obowiązkowa.  





Zboczeńcy

Spiskowcy rozkoszy (Spiklenci slasti)
Czechy, Szwajcaria, Wielka Brytania 1996
reż. Jan Švankmajer
gatunek: czarna komedia

Nie tak dawno temu obejrzałem inny film czeskiego reżysera Jana Švankmajera, noszący tytuł Mały Otik. Produkcja ta zapowiadała, że i inne filmy tego twórcy mogą być bardzo...specyficzne. Słowem - nie każdemu przypadnie do gustu to, co w swych dziełach pokazuje autor. I o ile Otika jakoś kupiłem, nie mogę tego powiedzieć zupełnie o tym filmie. 


Obserwujemy życie tak zwanych zwykłych ludzi (między innymi Pavel Nový, Anna Wetlinská, Barbora Hrzánová, Gabriela Wilhelmová, Petr Meissel), którzy oddają się swoim wstydliwym pasją, gdy akurat nikt nie patrzy. 


Przez niemal półtorej godziny obserwujemy małe i duże dziwactwa grupy ludzi, i aż dziw bierze, że nie ma wśród nich tytułowych Guzikowców z filmu Petra Zelenki. Bohaterowie bez słów wikłają się w realizację swoich najskrytszych grzesznych przyjemności. Niestety całość jest dla mnie całkowitym nieporozumieniem. Do tego w pewnym momencie na domiar złego dochodzą pokraczne, siermiężne animacje (reżyser swego czasu tworzył wiele animowanych filmów), których nie mogłem oglądać. Patrząc na zatrważająco wysoką średnią ocen filmu na filmwebie jestem zdumiony, że aż tak wiele osób mogło to oglądać. Mnie reżyser tym filmem nie tylko nie przekonał, ale i zraził, co zdarza się wyjątkowo rzadko. Dobrze więc radzę - trzymać się od tego czegoś z daleka.




Kraj Niespokojnego Poranka

Lament (Gok-seong)
Korea Południowa 2016
reż. Hong-jin Na
gatunek: thriller, horror

Od jakiegoś czasu jestem jawnym fanem południowokoreańskiego kina, które stopniowo próbuję polecać także przy pomocy tego bloga. Oczywiście filmy z Korei są tak różne nie tylko od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni oglądać w Polsce, ale i od siebie nawzajem, że ciężko o wrzucanie wszystkiego tworzonego w tym kraju do jednego wora. Dlatego też sam staram się eksperymentować z tamtejszą różnorodnością, czego przykładem są bardzo skrajne oceny, gdyż przeważnie albo jakiś film budzi we mnie zachwyt, albo też odbijam się od niego, jak od ściany. Chociaż poprzednie filmy Hong-jin Na oceniłem raczej średnio to dałem mu kolejną szansę. I tym razem się nie zawiodłem! 


Jong-goo (Do-Won Kwak) jest fajtłapowatym policjantem z prowincjonalnego miasteczka. Gdy w wiosce dochodzi do fali zbrodni, podczas których nagle owrzodziali ludzie zabijają swoich bliskich rozpoczyna on swe śledztwo. Początkowo ignoruje plotki miejscowych, mówiące, że za wydarzeniami w wiosce stoi przybyły niedawno do okolicy, zamieszkały w lesie starszy Japończyk (Jun Kunimura). Po tym, gdy Jong-goo odwiedza chatkę przybysza jego córka (Hwan-hee Kim) zapada na tajemniczą chorobę. Za radą teściowej Jong-goo wzywa szamana (Jeong-min Hwang). Tymczasem w wiosce pojawia się tajemnicza kobieta (Woo-hee Cheon)...



Spotkałem się z wieloma opiniami różnych recenzentów dotyczących opisywanego właśnie filmu. Wszyscy byli nim zachwyceni i uznali go zgodnie, za jeden z lepszych filmów tego roku. W zeszłym tygodniu Lament miał swą premierę kinową i sam udałem się wczoraj do jedynego studyjnego kina w okolicy, które to wyświetla produkcję (tylko przez weekend). Oczywiście żaden multipleks nie zainteresował się nawet jednorazowym pokazem specjalnym, mimo świetnych recenzji i zachwytów płynących z każdej ze stron. Należy dodać do tego, że ten weekend nie przyniósł nam wyczekiwanych premier, na które każdy kinomaniak wyczekiwał od pierwszej zapowiedzi. Od piątku w multipleksach z nowych rzeczy leci tak oczekiwany i zapewne genialny tytuł, jak Firmowa gwiazdka. Poza tym wyświetla się m.in. liczącą niemal rok Planetę singli. Tymczasem dla opisywanego właśnie filmu miejsca brak. Szkoda słów. 
Poprzednie filmy Hong-jin Na (W pogoni i Morze żółte) niewątpliwie posiadały potencjał, niestety nie został on w pełni wykorzystany, przez co filmy te miały dużo mankamentów. Jednak tym razem reżyser stworzył film niemal kompletny. Podobno produkcja trwała aż rok, jednak dla takich efektów warto było czekać (Na zamilkł twórczo od czasu ostatniego filmu na długie sześć lat). Film jest zrealizowany po prostu fantastycznie. Począwszy od cudownych plenerów, po świetne ujęcia i prace kamery, muzykę, aktorstwo, scenografię po montaż i sposób przedstawienia tygla kulturowego, gdzie chrześcijaństwo spotyka buddyzm i szamanizm (bo w Korei, co ciekawe religijne dominuje właśnie chrześcijaństwo, które jednak egzystuje obok tradycyjnego buddyzmu, czy nawet szamanizmu). Film zaczyna się jako rasowy thriller kryminalny, jednak szybko przechodzi w horror satanistyczny. Horror jednak bez efektów straszenia poprzez wyskakujące potwory i towarzyszącą temu szokową muzykę, jest o wiele bardziej wysublimowanie. Mamy tutaj do czynienia ze znanymi z mitologii koreańskich (i japońskich) symboli, trochę też zaczerpnięto z symboliki chrześcijańskiej. Do tego obłędne sceny, takie jak szamańskie rytuały zapadają w pamięć na długo. 
Oczywiście wciąż nie jest to film dla każdego. Koreańskie kino katuje świeżych widzów długim montażem (rzadko poniżej 2 godzin, tutaj zaś niemal 2:40), co dla Zachodniego widza typowe było w Złotych Latach Hollywood, lecz nie dziś. Poza tym specyficzny koreański temperament i maniera (tytuł filmu zresztą bardzo odpowiedni: bohaterowie często płaczą, płacz ten przeradza się w wycie, jakby nie patrzeć lamentu tu dużo) dla nieobytych z tym kinem może okazać się trudny do przyjęcia. Sama fajtłapowata praca policji, tak jak i tutaj zdarzała się w innych koreańskich filmach. To pokłosie lat 80. (gdzie przy tamtejszych policjantach nasze ZOMO może się jawić jako harcerstwo), od czasu których ufność do kompetencji tych służb jest w kraju znikoma. Dlatego też na pierwszy koreański film Lament może nie być zbyt szczęśliwym wyborem.
Jeśli jednak wcześniej widziało się kilka tamtejszych produkcji, i kupuje się tego typu kino to opisywany film to produkcja obowiązkowa! Jak dla mnie kandydat do jednego z najlepszych filmów roku, zawierający wszystko, co dobry film powinien mieć. Typowo koreańska hybryda gatunkowa, do której w myślach będzie wracać się długo po seansie! Trzeba zobaczyć.






Nie ogon zdobi człowieka

Zoologia (Zoologiya)
Rosja, Niemcy, Francja 2016
reż. Iwan I. Twierdowskij
gatunek: dramat

Niedawno w Warszawie odbyła się jubileuszowa, już 10. edycja festiwalu Sputnik, gdzie prezentowane są najciekawsze rosyjskie filmy. Jako jeden z nielicznych festiwali Sputnik po pokazach w stolicy ruszył po raz kolejny w trasę po Polsce, dlatego również fani kina z terenu mają okazję zobaczyć niedostępne inaczej filmy. Sam wybrałem się właśnie na opisywany film (ale może obejrzę w następnych dniach jeszcze coś innego). Dobrze by było, gdyby twórcy innych festiwali puszczali prezentowane filmy w obieg po kraju.  


Ponad pięćdziesięcioletnia Natasza (Natalia Pawlenkowa) jest mieszkającą z matką starą panną w zaściankowym, nadmorskim mieście. Kobieta pracuje w zoo, gdzie jest ofiarą mobbingu ze strony pozostałych pracownic. Gdyby tego było mało w pewnym momencie kobiecie...wyrasta ogon. Skierowana przez lekarza na prześwietlenie poznaje radiologa, Pietię (Dmitrij Groszew). 


Film jest gorzkim spojrzeniem twórców na współczesną rosyjską prowincję, zaściankową beznadzieję z jej zabobonem i konserwatywnym strachem przed wszelką innością. I chociaż w filmie dochodzi element fantastyczny w postaci ogona (skoro Danielowi Radcliffe'owi mogły kiedyś wyrosnąć rogi, to czemu komu innemu nie ogon?) nie jest on głównym problemem bohaterki. O Swiele gorzej jest jej żyć w kraju absurdów, z niesprawną służbą zdrowia, chamskimi koleżankami z pracy czy zdziwaczałą matką, która wraz z innymi emerytkami powtarza zabobony i straszy upadłą europejską kulturą. Sam ogon jest często katalizatorem scen humorystycznych, a podsłuchiwane przez bohaterkę rozmowy staruszek, o złowrogiej ogoniastej kobiecie mieszkającej w pobliżu dają sporą dawkę wesołości w szarej codzienności filmu. 
Myślę, że film jest dość udanym połączeniem społecznego dramatu o wyobcowaniu (chociaż bohaterce od pierwszych scen widzowie będą kibicowali), o zapadłej dziurze, jakich wiele w Rosji, o obawach przed innością. Wszystko to polana elementem fantastycznym, w postaci ogona - naprawdę ciekawa mieszanka. Jak najbardziej można poświęcić na ten film półtorej godziny życia. 







Kosmiczna awantura

Strażnicy galaktyki (Guardians of the Galaxy)
USA 2014
reż. James Gunn
gatunek: akcja, sci-fi

Jak wielokrotnie już wspominałem nie jestem specjalnym miłośnikiem komiksów, ani tym bardziej ekranizacji komiksowych. Jeśli jednak już czasem coś wybieram, są to produkcje ze stajni DC (które oceniam i tak raczej krytycznie), do pstrokatego Marvela mam jakąś psychiczną blokadę. Tak więc po długim czasie marvelowej abstynencji sięgnąłem po wysoko oceniany film z ich uniwersum, gdzie nie ma ani Hulka, ani Spider Mana, ani innych Iron Manów. Czy będzie to dla mnie nowy początek z tym uniwersum?


Peter Quill (Chris Pratt) w dzieciństwie po śmierci matki zostaje porwany przez kosmitów. Po latach, jako łowca wykrada pewien artefakt, którego jak się okazuje pilnie potrzebuje niejaki Ronan (Lee Pace), by zniszczyć kilka światów. W celu zdobycia owego artefaktu wysyła Gamorę (Zoe Saldana), której jednak nie po drodze ze swym mocodawcą. Kobieta w wyniku splotu okoliczności nawiązuje współpracę z Quillem oraz spotkanymi po drodze Draxem (Dave Bautista) i zmutowanym kosmicznym szopem Rocketem (głos Bradleya Coopera) i jego przyjacielem, chodzącym drzewem Grootem. Razem próbują sprzedać artefakt. 


Jak można przeczytać w tym krótkim opisie fabuła nie jest zbyt skomplikowana, i szybko okazuje się, że banda wymoczków będzie zmuszona stawić czoła arcyłotrowi, który realizując kampanijną myśl polityczną Krzysztofa Kononowicza chce doprowadzić do tego, żeby nie było niczego. Gdzie będzie się podziewał, gdy już zniszczy wszechświat chyba ów Ronan się nie zastanawiał. Rozumiem jednak, że mamy do czynienia z ekranizacją podrzędnego komiksu, który ma zaspokoić rozrywkowe potrzeby amerykańskiej młodzieży, więc na jakąś logiczną i skomplikowaną intrygę nie ma co liczyć. Zresztą przecież scenariuszem nie zajmował się ani Lem, ani Dick, ani nawet Dukaj. Jeśli wyłączy się całkowicie myślenie to mamy do czynienia z pewną porcją lekkiej rozrywki (choć naukowcy wyliczyli, że w filmie tym ginie najwięcej osób w historii kina, więc jak na produkcję dla dzieci, to jednak trochę dziwne. W Reksiu czy Kreciku skierowanej do podobnej grupy docelowej nikt nie ginął, a jakoś dało się oglądać). Na pewno na plus zaliczyć można dwójkę najdziwniejszych bohaterów, czyli zgryźliwego szopa i zmutowane drzewo. Postaci te są sympatyczne i dobrze zrealizowane. Czego nie można powiedzieć o nijakiej Gamorze i wielu jej pokolorowanych na różne kolory tęczy kosmicznych pobratymcach. Ich realizacja przypomniała mi film porno ze Smerfami, podobny rozmach wykonania. Do tego charakterologicznie Gamora jest po prostu nijaka, już lepiej wypada debilowaty Drax. Dobrze wypada też Pratt, którego chętnie obejrzałbym wreszcie w czymś innym, niż komercyjne kino rozrywkowe. 
Jak w innych filmach Marvela jest oczojebnie, kolorowo i pstrokato. Ogólnie pasuje do klimatu całości, który trochę przypominał mi świat Starcrafta 2 (co jest na plus), jednak z tymi radosnymi kolorami trochę przegięto. Cóż, generalnie więc jestem daleki od zachwytu i nie kupuję aż tak wysokich ocen dla tego filmu, jednak w sumie jako zapychacz czasu sprawdza się on całkiem dobrze. Myślę, że chętnie obejrzę zapowiedzianą drugą część, chociaż też raczej jako guilty pleasure, niż coś, na co czekam z niecierpliwością oczekując najlepszego filmu roku. A do przekonania się do Marvela został mi już chyba tylko Deadpool.