niedziela, 11 stycznia 2015

Żywot Lecha

Wałęsa: Człowiek z nadziei
Polska 2013
reż. Andrzej Wajda
gatunek: biograficzny, dramat
zdjęcia: Paweł Edelman
muzyka: Paweł Mykietyn

Po zrealizowanych jeszcze w latach 70. i 80. ubiegłego wieku Człowieku z marmuru i Człowieku z żelaza po ponad 30 latach Wajda powraca do podobnego tematu, kończąc tą robotniczą trylogię Człowiekiem z nadziei opowiadającym na przestrzeni dwóch dekad o losach Lecha Wałęsy - człowieka, którego nie trzeba przedstawiać nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Reżyser Pana Tadeusza i Kanału przedstawia nam swoją wersję apoteozy byłego prezydenta naszego kraju.



Film zaczyna się sceną, w której grana przez Marię Rosarię Omaggio Oriana Fallaci przybywa do domu Lecha Wałęsy (świetny Robert Więckiewicz!), by przeprowadzić z nim wywiad. Wtedy to z lat 80. cofamy się w retrospekcjach do roku 1970 i śledzimy życie robotnika Lecha Wałęsy. Życie, które jest rozdarte między rodzinę, czyli żonę (jako Danuta Wałęsa Agnieszka Grochowska) i pojawiające się co chwilę kolejne dzieci  a sprawy pracy, a także już później organizacje strajków. Wałęsa oczywiście jest głębiony przez aparat milicyjny i przeróżne służby (które reprezentowane są przez postacie grane przez Zbigniewa Zamachowskiego i Cezarego Kosińskiego). Nad fabułą nie ma co się rozpisywać, gdyż chyba każdy w Polsce zna poszczególne etapy z życia Lecha. 


Na szczęście nie mamy tu aż 100% gloryfikacji postaci byłego prezydenta i przedstawiono też jego cechy niekorzystne, jak na przykład nadmierną buńczuczność, arogancję, wszechwiedzę i zarozumiałość czy wyniosłość. Sam Wałęsa ocenił po premierze, że nigdy tak arogancki i bufonowaty nie był. Jednak kto zna go choćby z wypowiedzi telewizyjnych może mieć co do tego inne zdanie. Świetnie przedstawił to w swej kreacji aktorskiej Więckiewicz, którego Wałęsa brzmi i wygląda jak prawdziwy! Aż chce się słuchać i obserwować wszystkie jego posunięcia. Inni aktorzy też ogólnie dopasowali się do dobrego poziomu, nie aż tak wielkiego jak Więckiewicz, ale szczerze mówiąc trudno by było im przebić jego grę w tym filmie. Jak dla mnie to, w jaki sposób Robert Więckiewicz wykreował swą postać to najlepsza rola w polskim kinie od wielu lat i za to największy plus dla produkcji.
Ogólnie jest to też film dość propagandowy przedstawiający czarno-białą strukturę świata. Wg mnie podział dobrzy my i źli oni prezentuje się dobrze w tolkienowskim świecie między starciami kryształowo dobrych elfów z potwornymi orkami, a nie nadaje się do rzeczywistości. Na pewno nie można powiedzieć, że 100% ludzi związanych z Solidarnością to pomnikowe postaci, a ich oponenci, czyli ówczesna władza i wszystkie jej struktury to w całości zbrodniarze i zamordyści. No ale każda władza ma swoje prawa. Kiedyś kręcono filmy o zgniłych kapitalistach, w obecnym systemie mamy parszywe lewactwo. A można byłoby kiedyś stworzyć jakiś rozsądny kompromis, gdyż obraz Polski sprzed kilkudziesięciu lat w obecnej polskiej kinematografii niczym nie różni się dla widza od czasów okupacji hitlerowskiej. To taka dygresja.

Sam film czasem się dłużył i epatował zbyt wielkim zadęciem, no ale cóż, taki reżyser i tematyka. Szkoda, że producentom zabrakło funduszy na Monicę Bellucci w roli Fellaci, gdyż byłby to dodatkowy magnes dla widza zagranicznego, a i smaczek dla polskich odbiorców. Warto nadmienić, że w filmie wielokrotnie mamy archiwalne obrazy z lat 70. i 80. i quasi dokumentalne sceny z tamtych czasów, które prezentują się całkiem dobrze. 
Podsumowując jest to film, który wypada zobaczyć, choć niekoniecznie trzeba przyjmować wszystkie jego założenia, jako w stu procentach zgodne z prawdą. 







Pieskie życie

Brudny szmal (The Drop)
USA 2014
reż. Michael Roskam
gatunek: dramat, kryminał
zdjęcia: Nicolas Karakatsanis
muzyka: Marco Beltrami

Film ten, który miał wyjść w polskich kinach, a finalnie nie doczekał się dystrybucji w naszym kraju na poziomie dużego ekranu jest nietypowym filmem z założenia sensacyjnym. Akcji tutaj wszak niewiele, a wszystko rozkręca się dość powoli aż do nieoczekiwanego finału. I za to można produkcji Roskama odhaczyć pierwszy plus.


Fabuła produkcji w znacznej części toczy się wokół pewnego małego psa. Grany przez znanego z m.in. Incepcji Toma Hardy'ego Bob Saginowski (jeśli to miało być polskie nazwisko to nie lepiej brzmiałoby Saganowski?) jest barmanem w barze swego kuzyna Marva (ostatnia rola pamiętnego James'a Gandolfiniego szerzej znanego z roli Tony'ego Soprano z kultowego serialu). Wracając z baru do domu znajduje w śmietniku pod domem należącym do Nadii (Noomi Rapace, czyli m.in. Lisbeth Salander ze skandynawskiej ekranizacji trylogii Millenium) skatowanego szczeniaka, którym po namowach Nadii zaczyna się opiekować. Wkrótce jednak pojawia się właściciel psa, dawny chłopak Nadii, Eric (Matthias Schoenaerts)...
Oryginalny tytuł filmu, czyli The Drop w slangu przestępczym oznacza miejsce, w którym to o ustalonej porze spływa z różnych źródeł haracz pobierany dla mafiozów. Bar Marva jest właśnie takim miejscem. Jak się szybko okazuje de facto jest to były bar Marva, gdyż stracił go kosztem czeczeńskich przestępców. 
Fabuła ogólnie jest całkiem niezła i mimo swego niespiesznego rytmu powinna trzymać widza w gotowości. Istnieje jednak kilka nielogiczności, które każdy oglądający szybko powinien wykryć, jednak nie jest to film aspirujący do bycia czymś więcej niż rozrywką na dobrym poziomie, więc można to (po odjęciu oczywiście trochę punktów za ogólną ocenę) mu wybaczyć. 



Film Roskama należy za to bardzo pochwalić za ekipę aktorską. Zarówno występujący w głównej roli Hardy wypada przekonująco w roli niezbyt błyskotliwego, dobrodusznego i stojącego na uboczu Boba, przedwcześnie zmarły Gandolfini pokazuje po raz ostatni swą klasę grając Marva, a szwedzka aktorka Noomi Rapace też bardzo dobrze wywiązuje się ze swego zadania. Tak samo inne role, takie jak gangsterzy, policjant czy Eric. Wszyscy wywiązali się ze swego zadania na piątkę. 
Produkcja ta przeszła w Polsce bez większego echa (co nie dziwi, z braku jej emisji w kinach) lecz mimo kilku dość znacznych nieścisłości fabularnych i pewnego infantylizmu logicznego jest warta obejrzenia, choćby dla zobaczenia Jamesa Gandofiniego po raz ostatni. 










piątek, 9 stycznia 2015

Był sobie ksiądz

Calvary
Irlandia, Wielka Brytania 2014
reż. John Michael McDonagh
gatunek: dramat
zdjęcia: Larry Smith
muzyka: Patrick Cassidy


Mając siedem lat, poznałem smak męskiego nasienia. - tymi słowami wypowiedzianymi w konfesjonale przez tajemniczego mężczyznę w kierunku księdza Jamesa (Brendan Gleeson) rozpoczyna się film. W dalszej wymianie zdań tajemniczy człowiek wyznaje, że za tydzień zamorduje on swego spowiednika. Tak zaczyna się produkcja McDonagha dokumentująca tydzień z życia księdza. Księdza niesztampowego, gdy posiadającego córkę (Kelly Reilly) z małżeństwa trwającego zanim James wstąpił w szeregi stanu duchownego.


Mimo zapowiedzianego mordu ksiądz nie panikuje i żyje sprawami własnymi, jak i problemami wiernych zamieszkujących jego parafię. Boryka się z problemem odwiedzającej go właśnie córki, która to niedawno przeprowadziła próbę samobójczą, a także stara się pomóc mieszkańcom urokliwego miasteczka położonego na irlandzkim wybrzeżu. A owi mieszkańcy to osobliwa galeria nietuzinkowych postaci. Od podstarzałego pisarza z manią własnej śmierci, przez imigranta z Afryki wszędzie widzącego rasistów, egocentrycznego milionera, policjanta - geja, męską prostytutkę, cynicznego lekarza (w tej roli znany z kreacji Littlefingera w Grze o tron  Aidan Gillen) po rzeźnika, którego żona zdradza go z każdym mężczyzną żyjącym w okolicy.
Początkowa sielska atmosfera małomiasteczkowej osady położonej w urokliwej części Zielonej Wyspy szybko zaczyna gęstnieć i widz odkrywa różne ciemne sekrety, które siedzą ukryte głęboko w jej mieszkańcach.


Cały film cechuje swoisty minimalizm. Widzowie nie powinni oczekiwać tutaj fajerwerków w postaci pędzącej niczym Pendolino akcji  czy masy efektów specjalnych. Jest to film oparty na dialogach toczonych w surowym klimacie Irlandii. Czasem film wydaje się być przegadany, jednak większość z tych dialogów stoi na bardzo wysokim poziomie i warto się wsłuchać w to co mówią bohaterzy. Bo mimo, że mówią i dyskutują ze sobą nieustannie to nie oznacza to bynajmniej, że się rozumieją. Brak zrozumienia jest jednym z motywów przewodnich tej produkcji. Produkcji na pewno nie wybitnej, ale zapadającej w pamięć i skłaniającej do refleksji. Śledząc poczynania księdza widzimy jego nieuchronną drogę do niedzielnego spotkania, które jak wiemy ma się wydarzyć. Drogę będącą swoistą via dolorosa kapłana, która w sumie znajduje nawet swe potwierdzenie w tytule. Warto poświęcić te 100 minut na ten film, choć nie jest to produkcja dla wszystkich. 





środa, 7 stycznia 2015

Niebezpieczne spotkanie III stopnia

AmbaSSada
Polska 2013
reż. Juliusz Machulski
gatunek: komedia
zdjęcia: Witold Adamek
muzyka: Bartosz Chajdecki

Przy komediach Juliusza Machulskiego bawiłem się świetnie nie raz i nie dwa. Spod jego ręki wychodziły takie filmy jak Deja vu, Seksmisja, Vinci, Vabank, Pieniądze to nie wszystko czy Kiler. Były to produkcje jak na polski rynek bardzo dobre, większość z nich zyskała szybko status kultowych. Zdarzały się wpadki, jak np. Superprodukcja czy ostatnio mocno średnia Kołysanka ale reżyser wyrobił sobie takie nazwisko, że przymykano na to oczy i przy najnowszym dziele oczekiwano powrotu do dobrej formy, jaką przyzwyczaił prezentować. Niestety najnowszy film Machulskiego wpisuje się w ostatnią dekadę twórczośći reżysera...



Fabularnie film nie jest jakoś wielce odkrywczy. Para młodych ludzi wprowadza się na pewien czas do mieszkania wuja jednego z nich w pewnej warszawskiej kamienicy. Możliwe, że w komediach nie oczekuje się specjalnie rozbudowanych portretów psychologicznych postaci, ale jednak już na pierwszy rzut oka małżeństwo Melanii (Magdalena Grąziowska) i Przemka (Bartosz Porczyk) w ogóle nie pasuje do siebie i nie wiadomo co ich przy sobie trzyma. W każdym razie para odkrywa, że w kamienicy, w której żyją mieściła się przed wojną ambasada III Rzeszy. Pewnego razu zjeżdżając windą piętro w dół przenoszą się w czasie do 24 sierpnia 1939 roku trafiając do niemieckiej ambasady, którą akurat zaszczyca swą obecnością Joachim von Ribbentrop (w tej roli Adam Darski, czyli popularny Nergal). 
Ogólnie filmowa licentia poetica pozwala twórcą na umieszczanie nawet najbardziej nierealistycznych rzeczy w swych dziełach, jednak chciałbym, żeby były one jakoś mądrze wytłumaczone. Winda przenosząca bohaterów w tą i z powrotem o ponad 70 lat nie jest niczym uzasadniona, nie wiadomo dlaczego i po co tak się dzieje. Jako widz oczekuję wyjaśnień, których tu brak. Tak samo jest z rolą pewnej szafy, która pojawia się w trakcie filmu. Niedopatrzenie. 
Razie także sztywność głównej dwójki bohaterów, którzy nie są zbyt wiarygodni. Już lepiej spisał się chyba amator, jakim jest Nergal...


Od komedii ja jak i pewnie inni oczekuję tego, żeby była w wielu miejscach zabawna. Tu tego nie ma. Owszem, twórcy starają się od czasu do czasu silić na żarty, ale niestety nie wzbudzały one we mnie zbyt wiele śmiechu. W sumie nawet niespecjalnie mogę przytoczyć kilkanaście godzin po seansie cokolwiek sensownego. A tych pseudo żartów za to jest aż za dużo.Przykładowo scena tortur pochwyconego Hitlera (w tej roli eksploatowany ostatnio równi mocno jak niegdyś Piotr Adamczyk Robert Więckiewicz). Scena ta, gdzie Melania kręci za suty skrępowanego Adolfa z wrzaskiem 'To za Katyń' jest tak stosowna, jak klepnięcie po tyłku Katarzyny W. z okrzykiem 'To za Madzie!'. Już Zezowate szczęście czy Jak rozpętałem II wojnę światową pokazało, że z wojny da się śmiać tu, w Polsce, która tak wiele w tym czasie wycierpiała, ale na litość boską - niech to będzie zrobione z jakąś większą klasą! 
Generalnie oczekiwałem po filmie czegoś więcej. Jeden z najlepszych reżyserów, dobry aktor (Więckiewicz), kontrowersyjna rola (Nergal) plus ciekawe założenia fabularne (przynajmniej to co było podawane w zapowiedziach) dawało nadzieję na co najmniej solidny film ze średnią 7/10 na filmwebie. Wyszło niestety inaczej i możliwe, że to jedna z większych polskich rozczarowań filmowych 2013 roku.





wtorek, 6 stycznia 2015

Sensacje XX wieku

Rasputin 
Rosja 2013
reż. Irakli Kvirikadze
gatunek: biograficzny, dramat
zdjęcia: Ennio Guarnieri
muzyka: Enri Lolashvili Przy pomocy Gerarda Depardieu, któremu powierzono tytułową rolę Rosjanie wzięli się za próbę zekranizowania życia Grigorija Rasputina - jednej z najbardziej tajemniczych postaci XX wieku, a może nawet i w całej historii powszechnej. Film Kvirikadze niestety jednak nie dołączy mimo bardzo ciekawej głównej postaci do kanonu najlepszych dzieł biograficznych współczesnej kinematografii.


Syberyjski chłop Rasputin dokonuje różnorakich cudów i uzdrowień. Sława kieruje go do stolicy carskiej Rosji, gdzie zyskuje swoich oddanych fanów. Po pewnym czasie wezwany zostaje do siedziby rodziny cara - Carskiego Sioła, by pomóc w uleczeniu carewicza Aleksa. Gdy to mu się udaje dzięki protekcji zafascynowanej nim żony cara Mikołaja (Vladimir Mashkov) Aleksandry (w tej roli Francuzka Fanny Ardant) pozostaje w najbliższym otoczeniu caratu zyskując coraz większe wpływy. Nie wszystkim jednak się to podoba...


Obserwujemy akcję od czasu jego przybycia do carskiej siedziby, aż do śmierci pod koniec 1916 roku. Jest to okres bardzo niespokojny  w dziejach Rosji, aczkolwiek ciągłe bale odbywające się w trakcie filmu tego nie potwierdzają. Przecież oprócz wielkiej wojny jeszcze większym zagrożeniem dla ówczesnego porządku była działalność sił rewolucyjnych, która rosła z każdym rokiem od końca XIX stulecia.  W filmie tego nie widać. 
Ogólnie też autorzy starali się z tego co zauważyłem oddemonizować wizerunek Rasputina, który jednak nie kojarzy się zbyt pozytywnie. Patrząc na film widzimy w sumie sympatycznego brodacza, który może i czasem przedawkuje z alkoholem czy pójdzie na dziwki, ale przecież co to za wady, gdy dokonuje się uzdrowień i troszczy o los ojczyzny. Reżyser stawia pytanie czy naprawdę Rasputin był tu tym złym i daje swoją odpowiedź, że najwyraźniej jednak nie. Niestety jednak wszystkie postaci są zbyt jednowymiarowe i ciężko sie tu z kimś na dłużej zżyć, polubić czy poznać motywacje. Szkoda, bo film miał potencjał zarówno tematyczny jak i w sumie aktorki, a i kostiumowo wypadł całkiem dobrze. Coś jednak nie zagrało i wyszedł bardzo typowy średniak. Jak to z przeciętniakami - obejrzenie specjalnie nie zaszkodzi, ale i jak się nie zobaczy to nie przegra się zbyt wiele.  




Podróże Kolumba

1492: Wyprawa do raju (1492: Conquest of Paradise)
Francja,  Hiszpania 1992
reż. Ridley Scott
gatunek: biograficzny, przygodowy, dramat
zdjęcia: Adrian Biddle
muzyka: Vangelis


Pięćset lat po pierwszej z osławionych podróży Kolumba powstały dwa filmy upamiętniające to wydarzenie. Pierwszy z nich - Kolumb odkrywca z m.in. Marlonem Brando, Benicio del Toro czy Catheriną Zatą - Jones nie przypadł widzom do gustu, natomiast opisywany właśnie przeze mnie film znanego i cenionego już wtedy reżysera późniejszego Gladiatora (Scott miał już wtedy w dorobku zarówno Obcego jak i Łowcę androidów) spełnił w dużym stopniu wymagania krytyków.



Fabuła filmu o tak znanej postaci jest na tyle przewidywalna, że nie trzeba jej chyba zbytnio streszczać. Będący w średnim wieku Krzysztof Kolumb żyje w świecie, w którym jeszcze Kopernik nie ogłosił swego przełomowego dzieła O obrocie sfer niebieskich a doktryna wszechwiedzącego Kościoła mówi o tym, że Ziemia jest płaska. W świecie tym, dla każdego kto myśli choć trochę inaczej niż ówczesny mainstream czeka już porządna dawka chrustu podłożonego pod stos. Takim kontestatorem jest właśnie Kolumb, który próbuje zyskać pozwolenie na przepłynięcie drogi do Indii płynąc nie wzdłuż Afryki  w kierunku wschodnim, lecz chcąc popłynąć statkami na zachód okrążając tym samym kulę ziemską. Po wielu staraniach zyskuje on uznanie królowej Izabeli (współpracująca już z Ridleyem Scottem przy Obcym Sigourney Weaver) i rusza na trzech statkach w wyprawę do Indii nie zdając sobie sprawy, że dotrze do Nowego Świata i na trwałe wpisze się do historii ludzkości. 

Główna akcja toczy się na dwóch płaszczyznach, pomiędzy Starym a Nowym Światem oddzielonym od siebie wielką wodą. W tym starym świecie jesteśmy świadkami zakończenia się ery rekonkwisty oraz widzimy panoszenie się wszechwładnej inkwizycji. Natomiast w świecie nieodkrytym dotychczas przez białego człowieka autorzy pokazują nam wizję tytułowego raju: miejsca dziewiczego i bliskiego naturze. Oczywiście przybycie cywilizacji szybko ma to zmienić...


Na wydarzenia patrzymy tu okiem Kolumba (w tej roli rosyjski aktor francuskiego pochodzenia Gérard Depardieu). Ridleyowski Kolumb jest pokazany jako osoba krytyczna w stosunku do doktryn kościelnych, bardzo idealistyczna, z dużą skłonnością do refleksji i egzystencjalnych bon motów. Trochę te wszystkie mądre cytaty ze strony Kolumba zalatują jak dla mnie tandetą, ale widocznie zamysłem reżysera było ukazanie tej postaci tak a nie inaczej.  
Trochę mogę się przyczepić do sposobu, w jakim pokazano walki w tym filmie. Nie jestem specjalnym miłośnikiem slow motion a tutaj w stosunku do ilości ogólnej samych starć jest po prostu za dużo. Ogólnie Scott jednak w późniejszym etapie kariery poradził sobie z problemem uczynienia walk bardziej widowiskowymi, co widać w jego późniejszym o osiem lat dziele Gladiator.
Na uwagę zasługuje też będący wisienką na torcie motyw przewodni filmu, stworzony przez Vangelisa. Twórca muzyki do Rydwanów ognia i tym razem stworzył monumentalne, ponadczasowe dzieło, które świetnie pasuje do najważniejszych wydarzeń z życia Kolumba. 




poniedziałek, 5 stycznia 2015

Inkwizycja dogorywa

Duchy Goi (Goya's ghosts)
USA, Hiszpania 2006
reż. Milos Forman
gatunek: kostiumowy, dramat
zdjęcia: Javier Aguirresarobe
muzyka: José Nieto

Czeski reżyser m.in. Lotu nad kukułczym gniazdem bądź Amadeusza nie tworzy filmów zbyt często, jednak jeśli już jakiś powstaje widz ma gwarancję, że produkcja będzie reprezentowała pewien co najmniej dobry poziom. Tak też jest w przypadku Duchów Goi, w których to Forman powraca do kostiumowych kreacji.



Tytułowego bohatera, którym jest Francisco Goya nie trzeba przedstawiać. Każdy choć trochę zorientowany w kulturze europejskiej zna dzieła tego hiszpańskiego malarza. W filmie Formana w Goyę wciela się oglądany w ostatnich latach np. w Nimfomance czy Dziewczynie z tatuażem szwedzki aktor Stellan Skarsgård. Pod koniec XVIII wieku posiadając już znaczną renomę, tworząc m.in. dla rodziny królewskiej maluje on podobiznę jednego z inkwizytorów - Brata Lorenzo (w tej roli znany z Skyfall czy Adwokata Javier Bardem). Gdy pod zarzutem kryptożydostwa inkwizycja więzi muzę malarza - piękną Ines (Natalie Portman) jej ojciec zwraca się do malarza o próbę interwencji w sprawie córki do brata Lorenzo...


Reżyser doskonale oddaje klimat panujący w Hiszpanii w ostatnich latach panowania tamtejszej inkwizycji. W XVIII wieku, nazywanym często wiekiem rozumu instytucja ta zachowała swoją pierwotną rolę i skutecznie przeciwstawiała się działaniom kaganka oświaty. Dopiero nadejście francuskiej armii Napoleona na początku XIX stulecia położyło kres panoszeniu się hiszpańskiej inkwizycji, lecz jak pokazuje Forman (a wcześniej sama historia) dla obywateli jest to swoiste przejście z deszczu pod rynnę. Na przykładzie brata Lorenzo świetnie ukazana jest też konformistyczna postawa zachowań ludzkich. Jak dla mnie kreacja, którą wykreował Bardem jest magnesem, który powinien przyciągnąć do tego filmu. Filmu, w którym na wysokim poziomie stoją nie tylko reżyseria, gra aktorska czy kostiumy, ale i fabuła oraz realizacja. Nie jest to dzieło wybitne ale na pewno warte obejrzenia i późniejszej refleksji.