Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J-P. Belmondo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J-P. Belmondo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 stycznia 2017

Era nihilizmu

Do utraty tchu (À bout de souffle)
Francja 1960
reż. Jean-Luc Godard
gatunek: dramat, kryminał
zdjęcia: Raoul Coutard
muzyka: Martial Solal

Ostatnio uhonorowany za całokształt twórczości na wrocławskiej gali Europejskich Nagród Filmowych Jean-Luc Godard to jeden z przedstawicieli francuskiej nowej fali. Minęło trochę czasu i nowa fala mocno się zestarzała, lecz postanowiłem poznać trochę jednego z jej najbardziej utytułowanych twórców. Na pierwszy ogień idzie jego fabularny debiut. 


Młody Michel Poiccard (Jean-Paul Belmondo) zabija policjanta. Po tym czynie wyrusza do Paryża, by zebrać od swoich dłużników i znajomych pieniądze, które pomogą mu w ucieczce do Włoch. Spotyka także jedną ze swoich kochanek, mieszkającą we Francji młodą Amerykankę, Patricię (Jean Seberg), której proponuje wspólny wyjazd z kraju.


Dawni bohaterowie kina byli przeważnie ludźmi pełnymi idei, ich postępowanie często było dyktowane nie zachciankami, a zgodnością z sumieniem, wiarą lub honorem. Jednak nowofalowi twórcy zmienili typ swoich bohaterów. Zastąpili oni zepchniętych z piedestału kryształowe postaci dając miejsce bardziej ludzkim, uczłowieczonych bohaterów. Taki też jest Michel z filmu - bezideowy, żyjący chwilą i przyjemnościami cielesnymi. Nie ma żadnych sprecyzowanych celów czy konkretnych planów w życiu. Spotyka niezbyt rozumiejącą wciąż Francuzów Patricię, która mimo nie wyznając jego filozofii podąża z nim przez Paryż. Młoda Seberg jest tutaj głównym plusem filmu - urocza, dziewczęca i do tego wyraźnie niegłupia. Większa część trwania filmu to rozmowy bohaterów o życiu, jego sensie etc. Niestety są to dialogi, których ambicja może być porównywalna z prozą Paulo Coelho. Przez zdecydowany czas produkcji słuchamy więc gadających głów, a z rozmów tych nic nie wynika. Oprócz tego dzieje się niewiele i świat przedstawiony w filmie niezbyt mnie przekonał. Generalnie lubię twórczość podobnego tematycznie Jeana-Pierre'a Melville'a, jednak opisywany film nie wyrył we mnie zbytnich emocji i przewiduje, że zostanie przeze mnie szybko zapomniany. Spodziewałem się czegoś więcej. 


niedziela, 27 marca 2016

Intryga w intrydze

Szpicel (Le doulos)
Francja 1962
reż. Jean - Pierre Melville
gatunek: czarny kryminał

To już drugi raz w tym miesiącu, kiedy mam okazję zapoznać się bliżej z filmami francuskiego mistrza kryminału, Jean - Pierre'a Melville'a. Po całkiem dobrym W kręgu zła tym razem cofnąłem się jeszcze o osiem lat do filmu z roku 1962. Zamiast Alaina Delona i Yvesa Montanda na ekranie brylują tacy aktorzy, jak Serge Reggiani i Jean-Paul Belmondo, a więc w połączeniu z nazwiskiem reżysera jest to gwarancja co najmniej filmowej solidności. 


Poznajemy losy złodzieja Maurice'a (Serge Reggiani), który po kilku latach spędzonych w więzieniu wychodzi na wolność i planuje kolejny włam. Zanim jednak do niego dochodzi morduje i okrada pewnego pasera. Narzędzia potrzebne do napadu dostarcza mu jego stary znajomy, Silen (Jean - Paul Belmondo). Jednak napad nie udaje się, a w policyjnym pościgu ginie wspólnik Maurice'a. Szybko okazuje się, że ktoś zdradził plan policji. Męska przyjaźń przestępców zostaje wystawiona na próbę...


Mamy tutaj do czynienia z kwintesencją filmu noire. Klimat budowany przez Melville'a jest czymś szczególnym dla fanów kinematografii spod znaku płaszczy, kapeluszy, dymu tytoniowego, femme fatale i wszechobecnych intryg i spisków. Reżyser po mistrzowsku dozuje wszystkie te elementy stopniowo zanurzając widza w ruchome bagna misternie skonstruowanej intrygi, która z początku nielogiczna z każdą chwilą zaczyna się z każdą chwilą klarować, by w końcu mieć ujście w iście Melville'owym zakończeniu. 
Mamy tu po raz kolejny typowo męski świat, znany z innych dzieł tego przedwcześnie zmarłego reżysera. W środowisku filmu noire świetnie wpisują się zaś główni bohaterowie grani przez Reggianiego i Belmondo, którzy świetnie się czują w roli dystyngowanych przestępców z minionej epoki. Oglądać na ekranie tę dwójkę to dla świadomego widza istny orgazm przez oczy. Dodając do tego dbałość o detale, z jaką Melville odwzorowuje ten świat zbrodni mamy połączenie idealne, wszak każdy fan kina marzy o świetnie napisanych i zagranych bohaterach poruszających się w perfekcyjnie skrojonym środowisku. 
Oczywiście film ma swoje minusy, jest dość archaiczny pod punktem technicznym (np. śmieszące sekwencje jazdy samochodem), przez co ciężko oglądając po latach o bardzo wysoką notę, jednak jeśli lubi się oferowany przez gatunek i reżysera klimat to jest to pozycja obowiązkowa. Melville jako jedyny europejski twórca potrafił zrobić czarny kryminał na najlepszym amerykańskim poziomie, a może nawet czasem go przewyższając. Nie ma co więcej pisać, to trzeba obejrzeć!