Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2009. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2009. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 stycznia 2018

Dystopia

Kieł (Kynodontas)
Grecja 2009
reż. Yorgos Lanthimos
gatunek: dramat
zdjęcia: Thimios Bakatakis

Po obejrzeniu dobrze przyjętych zarówno przez krytyków, jak i przeze mnie (oraz moją żonę) Lobstera i Zabiciu świętego jelenia postanowiłem sięgnąć po wcześniejszy film z dorobku greckiego reżysera: kontrowersyjną produkcję wyprodukowaną jeszcze w jego rodzimej Grecji, z udziałem tamtejszych aktorów oraz języka. 


W okalanym wysokim murem domu gdzieś na przedmieściach mieszka bardzo nietypowa rodzina. Ojciec (Christos Stergioglou) i Matka (Michelle Valley) całkowicie izolują w nim od świata swoje córki (Aggeliki Papoulia i Mary Tsoni) oraz syna (Hristos Passalis). Dzieci pary nie wiedzą nic o realnym świecie poza murami domostwa.


Grecki reżyser w tym filmie z 2009 roku nie ma jeszcze tego samego stylu, jak w dwóch ostatnich anglojęzycznych produkcjach (na przykład brak tutaj barokowej, wżerającej się w mózg muzyki) jednak i tak specyficznie wyróżnia się w budowaniu struktury świata przedstawionego w obrazie. A świat bohaterów zamkniętych w domu jest światem na pewno niezwykłym, choć niezwykłość ta z całą pewnością nie jest zbyt dobra. Tak jak w swych późniejszych filmach Yanthimos bazuje na niedopowiedzeniach, zadaje pytania, które nie doczekują się w czasie sensu odpowiedzi. Nie wiemy dlaczego zamożni rodzice izolują swe dorosłe dzieci i serwują im brutalną edukację (według swojego, dość specyficznego rozumowania). Czy oni chronią swoich potomków przed współczesnym światem czy po prostu są chorymi psychopatami więżącymi swoje dzieci? Każdy w czasie seansu musi sobie sam odpowiedzieć, bo reżyser nie wyłoży odpowiedzi na tacy. 
Oglądając ten film czułem się źle. Widz patrząc na filmową rodzinę wychodzi ze strefy komfortu, czuje swego rodzaju niepewność, czasem oglądanie wręcz boli. Jest to jeden z tych filmów, którego nie umiem jednoznacznie sklasyfikować - podobał mi się czy nie? Sean Kła jest pewnego rodzaju przeżyciem, które nie musi przynosić przyjemności, jednak chyba wypada obejrzeć. Nawet jeśli wraz z napisami końcowymi zostaniemy z pustką w głowie.



niedziela, 20 listopada 2016

Fanatyk

Car 
Rosja 2009
reż. Paweł Łungin
gatunek: dramat, historyczny 

Od połowy XVI wieku do początków XX stulecia Rosją władały dziesiątki carów. Ich nazwiska dla niebędących Rosjanami przeważnie nikną w mrokach dziejów (tak, jak imiona setek władców innych krajów, których nikt niezainteresowany tematem nigdy nie pozna), jednak kilku carów każdy przyzwoicie wyedukowany człowiek w naszym kraju zna - nie obcy są zapewne Mikołaj II, Piotr Wielki, Katarzyna II czy bohater opisywanego filmu, Iwan Groźny. 


Car Iwan (Piotr Mamanow) traci kontakt z rzeczywistością: twierdzi, że umie odczytywać boskie znaki, a przede wszystkim uznaje, że jest otoczony przez spiskujących przeciw niemu zdrajców, których musi wyeliminować. Sprowadzony z odległego klasztoru Filip (Oleg Jankowski) - przyjaciel władcy z młodości widząc, co wyczynia car postanawia mu się przeciwstawić. 


Już podczas trwania II Wojny Światowej legendarny reżyser Siergiej Eisenstein nakręcił swoją wersję historii Iwana Groźnego (która to nawet doczekała się aprobaty ze strony Stalina, czego nie można powiedzieć o drugiej i nigdy niepowstałej do końca części trzeciej planowanej trylogii Eisensteina o carze),której jeszcze nie miałem okazji obejrzeć. Łungin jednak stworzył na pewno film mniej monumentalny i epicki w swej tematyce, niż jego poprzednik sprzed lat. Car nie przedstawia całego życia i przemian Iwana skupiając się na urywku z jego życia, który zbiega się z ustanowieniem metropolitą Filipa. Widzimy tutaj uniwersalną dla całego świata psychozę władcy, który roi sobie w swym mniemaniu, że cały świat chce go zgładzić (za namową, jakby że inaczej polskiego króla i jego judaszowych srebrników). Rozpoczyna się więc epoka terroru i czystek. Tego typu praktyki ze strony szalonych władców, którzy bardziej nadawali się do psychiatryka niż rządzenia krajem były w sumie w mniejszym lub mniejszym stopniu obecne w każdym kraju i zamieniając realia można byłoby w podobny sposób pokazać panowanie wielu innych władców. Traf jednak chciał, że w Rosji tacy zdarzali się nadzwyczaj często. Szkoda tylko, że sam kontekst Iwana Groźnego, jako bohatera filmu jest słabo zarysowany. Nie mamy moim zdaniem właściwego backgroundu pokazującego jakąś genezę i dokonania pierwszego cara Rosji - widz rzucany jest od razu na głęboką wodę w konkretną chwilę historii, bez znajomości historii i postaci Iwana ciężko jest się połapać w sytuacji, traci się smaczki, a car jest tylko kolejnym psychopatycznym władcą, jakich w kinematografii wielu. 
Także to, co mi się nie podobało to scena batalistyczna, gdzie wojska rosyjskie mierzą się z siłami polskimi. Jest to zrealizowane bardzo słabo i dodane niejako na siłę. Lepiej dla filmu byłoby, gdyby tej sceny po prostu nie było. Mam też zastrzeżenia do skali pokazywania miasta. Moskwa była w tamtym okresie, jak na standardy XVI wieku miastem dużym, zaś bohaterowie krążą ciągle wokół kilku tych samych chatek, otoczeni garstką poddanych. 
To, co zaś w filmie gra to na pewno duet głównych aktorów, znanego z Wysypy Mamanowa i mającego polskie korzenie Olega Jankowskiego w swej ostatniej przedśmiertnej roli. Ich dobra gra aktorska zrobiła z filmu rozgrywkę na poziomie psychologicznym. W filmie swoją rolę gra także doskonale znany w Polsce Aleksandr Domagarow. Nieźle w filmie wygląda też charakteryzacja, przywiązanie do detali ubioru jest naprawdę duża. Oglądając postaci z filmu można się przenieść w pewnym momencie do zabiedzonej Rusi drugiej połowy XVI wieku.
Nie jest to łatwy film rozrywkowy dla każdego, a raczej pozycja dla koneserów, która mimo swych wad ma także kilka dobrych. Plusów wydaje się jednak być więcej, więc sądzę, że jeśli jest się zainteresowany okresem czy postacią Iwana to warto obejrzeć tę pozycję.


czwartek, 17 listopada 2016

Opowieści spod celi

Prorok (Un prophète)
Francja, Włochy 2009
reż. Jacques Audiard
gatunek: dramat, kryminał 

Jeden z bardziej cenionych europejskich reżyserów kina zaangażowanego społecznie, Jacques Audiard nie jest artystom specjalnie płodnym, jednak jeśli już coś wyda, to trafia to w gusta krytyków. Francuz ma najwidoczniej talent do tworzenia filmów festiwalowych. Cannes, BAFTA, Oscary, Europejska Nagroda Filmowa, czy francuskie Cezary - nawet jeśli nie zawsze wygrywał statuetkę, to jego filmy nominacje dostają nadzwyczaj często. Jakiś czas temu opisywałem nagrodzonych w Cannes Imigrantów, teraz czas na inny film reżysera, który zwyciężył tam kilka lat wcześniej.


Młody Arab Malik (Tahar Rahim) trafia do więzienia na sześć lat. Nie mając rodziny, ani znajomości w więziennych murach niepiśmienny chłopak jest łatwym celem ataków z różnych stron. Przebywający w zakładzie gang Korsykan pod przywództwem Cesara Lucianego (Niels Arestrup) oferuje mu opiekę. Warunek jest jeden - Malik musi zabić współwięźnia...



Audiard jak zawsze przedstawia nam dość ascetyczną, oszczędną w formie i słowach historię będącą komentarzem do obecnego społeczeństwa Francji, a i może naszego kontynentu w ogóle. Tym razem zabiera widza do podniszczonego więzienia, w którym kary odbywają przedstawiciele różnych kultur i wyznań. Oglądamy tutaj cały zatrważający przekrój społeczny niewykształconych więźniów o różnych nieeuropejskich którzy z czasem zaczynają dominować w tym ośrodku penitencjarnym. Najlepiej widać to w scenach na spacerniaku, gdzie początkowo rządzą biali, którzy z każdą kolejną sceną są wypierani przez ludzi innych nacji, którzy stopniowo przejmują więzienie. Więzienie to może być równie dobrze odczytywane jako nasz kontynent, który z każdym rokiem traci swoją początkową tożsamość. 
Oprócz tej symboliki przedstawionej w więziennej inscenizacji mamy też bardziej przyziemną historię Malika, Araba, niepraktykującego Araba, który w więzieniu zaczyna pracować dla Korsykan, którzy traktują go jednak jako głupiego muzułmanina, zaś bracia w wierze i kulturze odsuwają się od niego traktując jak zdrajcę. Chłopak więc musi radzić sobie nie mając istotnego oparcia w żadnej z grup, będąc niejako w zawieszeniu między nimi. To w więzieniu zdobywa jednak i zachodnie wykształcenie, jak i zaczyna zbliżać się do swoich korzeni poznając wiarę przodków. Przemiana Malika na przestrzeni filmu jest bardzo widoczna. 
Całość szokuje mnie jednak najbardziej pod względem przedstawienia więzienia. Oglądamy zakład w jednym z bogatszych i szanowanych krajów Europy Zachodniej. Wydawało mi się, że zobaczę więzienie podobne do tego, które znajdują się w Skandynawii, jednak zastajemy coś na wzór więzień III świata. Brud, dewastacja, brzydota jest wręcz odpychający. 
Sam jednak nie jestem fanem narracji, jaką w swych filmach przedstawia Audiard. Prorok pod względem formy nie przypadł mi do gustu, ale ogólnie produkcje tego reżysera nie trafiają do mnie w sposób taki, w jaki widzą je jurorzy festiwali. 


piątek, 20 listopada 2015

Fatalne zauroczenie

Chloe
USA, Kanada 2009
reż. Atom Egoyan
gatunek: thriller

Lubię oglądać na wielkim (jak i małym) ekranie postaci kreowane przez Liama Neesona. Oczywiście świadczy to też i o tym, że lubię samego aktora. Mimo że w ostatnich latach w wieku przedemerytalnym wciela się przeważnie w różnego pokroju twardzieli (choćby cykl Uprowadzona czy Nocny pościg) to jednak w swym aktorskim portfolio ma naprawdę sporo różnorodnych ról. Jako że aktor wystąpił w wielu produkcjach (76 filmów) to siłą rzeczy nie wszystkie z nich były przyzwoite. Teraz właśnie trafiłem na mniej chlubny film z jego dorobku.


David Stewart (Liam Neeson) jest szanowanym nauczycielem akademickim. Gdy wracając z wykładu z innego miasta spóźnia się na samolot i nie wraca do domu w chwili, gdy jego żona Catherine (Julianne Moore) urządza mu przyjęcie urodzinowe - niespodziankę ta zaczyna podejrzewać to, że mąż ma romans. W celu sprawdzenia jego wytrzymałości na powab młodszych kobiet wynajmuje luksusową prostytutkę Chloe (Amanda Seyfried), by ta spróbowała go uwieść...


Thrillery mają to do tego, że powinny z założenia wprowadzić efekt napięcia, podnieść adrenalinę u widza i sprawić, że do samego końca z wypiekami na twarzy będzie śledził emocjonujące wydarzenia na ekranie. Niestety. Tu tego nie ma. Fabuła jest strasznie liniowa,a jedyne twisty fabularne są tak przewidywalne, że praktycznie od samego początku zawiązania intrygi będzie można domyślić się o co chodzi. Może to efekt samej narracji czy niezbyt dobrego montażu, nie wiem. Ale wiem, że takie dreszczowce się nie sprawdzają. 
Druga sprawa to fakt, jak napisane zostały postaci. Z całym szacunkiem dla Nesona, który w sumie wypadł dobrze, ale jego rola jest tu jednak drugoplanowa i dla Moore, która jest dobrą aktorką, nawet dla młodej Seyfried, która gdyby nie żabie oczy mogłaby być uznawana za ładną - ich gra nie jest słaba ale to co muszą zagrać słabe już jest. Postaci Catherine i Chloe są strasznie nienaturalne i sztuczne. Żona Stewarta jest tak odpychającą postacią, że gdybym miał możliwość zdradziłbym ją nawet z autobusem Arabów - po prostu tak niefajnej postaci dawno w kinie nie widziałem. Nikt jej nie lubi, do wszystkiego się czepia, we wszystkim widzi zagrożenie a przy okazji ma ciągoty do sterowania ludźmi. Ciężko czuć do niej jakąkolwiek sympatię. Za to postać grana przez Amandę jest naprawdę dziwna - przesłanki jakie nią kierują są tak naciągane i nierealne, że naprawdę można się tylko załamać.
Ogólnie jest to film słaby i ciężko mi go komukolwiek polecić. Chyba, że dla zobaczenia kilku pikantnych scen z nagimi ciałami bohaterek. Ale od tego jest porno.





niedziela, 13 września 2015

Przygody Lisbeth

Dziewczyna, która igrała z ogniem (Flickan som lekte med elden)
Szwecja, Dania 2009
reż. Daniel Alfredson
gatunek: kryminał, thriller

W zeszłym tygodniu opisywałem pierwszą część filmowej adaptacji sagi Millennium, teraz zaś nadszedł czas na jej bezpośrednią kontynuację. Jako że książkowy pierwowzór uważam za jedną z najlepszych książek, jakie przeczytałem (a przeczytałem całkiem sporo jak na polskie warunki) to oczekiwania względem filmu miałem duże. A jak wyszło? 


Hakerka Lisbeth Salander (Noomi Rapace) po podwędzeniu wielomilionowego majątku szemranego biznesmena wypoczywa sobie w tropikach, by później kupić drogi apartament w Sztokholmie i tam zamieszkać. Tymczasem Mikael Blomkvist (Michael Nyqvist) przyjmuje do zespołu redakcyjnego swego magazynu dwoje młodych ludzi, którzy zajmują się pisaniem o międzynarodowym handlu ludźmi, nielegalną prostytucją oraz jej klientami. Gdy para ta zostaje zamordowana podejrzenia spadają na Lisbeth. Tymczasem Mikael odkrywa, że za mordem może stać tajemniczy Zala wyręczający się osiłkiem Ronaldem (Micke Spreitz)...


Filmu nie oglądało się szczególnie źle ale jednak nie potrafił on wciągnąć tak, żeby bez przerwy zainteresować widza przez te 130 minut, jakie trwa. Czytając 800 stronowy pierwowzór potrafiło wciągnąć człowieka tak, że przewertował cegłę Larssona w dwa dni, tutaj natomiast ogląda się bo ogląda, jednak gdzieś zabrakło tych wypieków na twarzy, wyprano ten film niemal całkowicie z emocji. Dobrą robotę robi tutaj Noomi Rapace w tytułowej roli, natomiast Nyqvist zepchnięty jest tutaj na aktorski margines przytłoczony rolą swej partnerki (choć trzeba przyznać, że w książce też jest raczej na drugim planie).
Ogólnie dziwi mnie, że zrezygnowano z trwającego dobre 20-25% książki wątku toczącego się na drugiej półkuli. Jeśli już tworzy się cykl wzorowany na powieściach to niech to będzie wiernie przeniesione. Tak jak mówiłem jednak nie jest to film zły, ma swoje momenty, ktoś kto nie czytał książki będzie wiedział o co chodzi, a przy okazji może się wciągnąć. Jednak brakuje tego czegoś, co decyduje o tym, że kryminał/thriller dobrze się ogląda. Wyszła więc trochę bezpłciowa produkcja z kilkoma fajnymi momentami. Niestety nie dorównuje książce, która jest o co najmniej dwie klasy lepsza. 





poniedziałek, 7 września 2015

Dziewczyna z tatuażem

Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet (Män som hatar kvinnor)
Szwecja, Dania 2009
reż. Niels Arden Oplev
gatunek: kryminał

W 11 lat po śmierci Stiega Larrsona i trochę mniej dawnym sukcesie finansowym jego pośmiertnie wydanej trylogii Millennium właśnie ukazała się w naszym kraju czwarta część serii kontynuowanej przez innego autora (który popełnił między innymi biografię Zlatana Ibrahimovicia). Jako że sam po dość długiej przerwie zabrałem się dopiero za trzecią część klasycznej serii postanowiłem sobie odświeżyć wydarzenia z dwóch pierwszych części korzystając z filmów, jakie powstały w Skandynawii. 


Znany dziennikarz śledczy Mikael Blomkvist (Michael Nyqvist) zostaje zatrudnione przez podstarzałego magnata finansowego Henrika (Sven-Bertil Taube), by spróbować rozwikłać tajemnicze zaginięcie, a prawdopodobnie też śmierć jego bratanicy Harriet, które to wydarzyło się przed prawie 40 laty. Mikaelowi pomaga w tej sprawie uzdolniona hakerka, aspołeczna Lisbeth Salander (Noomi Rapace). Śledztwo ujawni brutalną prawdę o członkach rodziny Henrika...


Film jest całkiem wiernym odwzorowaniem powieści (która to do najkrótszych nie należy, co też przekłada się na ponad dwie i pół godzinną produkcję). Oglądając go miałem przed oczami nieustanne porównania z filmem Finchera Dziewczyna z tatuażem z udziałem Daniela Craiga i Rooney Mary. W sumie przyzwyczajając się wcześniej do udziału w filmie w roli Mikaela obecnego Bonda wolałem bardziej oglądać go na ekranie (chociaż w sumie Nyqvist daje radę, a i jest trochę podobny do Craiga). Natomiast Naomi Rapace nie ustępuje Marze i obie w roli Salander wyglądają przekonująco. Książki Larssona otworzyły drogę skandynawskim kryminałom drogę ogólnoświatowego sukcesu, który trwa do dzisiaj (wystarczy zobaczyć kryminalne półki z książkami w Empiku), a film ten utorował drogę filmowym produkcją z północy Europy do większego zainteresowania i kolejnych ekranizacji. Bo film Opleva jest sprawnie nakręconym kryminałem. Szkoda tylko, że gatunek ma to do siebie, że najlepiej smakuje, gdy czytelnik lub widz nie zna zakończenia. Trzeci raz ta sama historia nie smakuje już tak dobrze. Chociaż jeśli nie czytało się (i nie chce czytać) pierwowzoru, a także ominął kogoś film z Craigiem to na pewno każdy doceni kunszt tego filmu.





niedziela, 2 sierpnia 2015

The Beatles: Genesis

John Lennon. Chłopak znikąd (Nowhere Boy)
Wielka Brytania, Kanada 2009
reż. Sam Taylor-Johnson
gatunek: biograficzny, dramat, muzyczny

Popularni do dziś, 45 lat po swoim rozpadzie Beatlesi nie mieli jakiegoś większego filmu poświęconego fabularyzowanemu pokazaniu ich historii. W zalewie filmów biograficzono - muzycznych opisujących każdego od Ritchy'ego Valensa, Jima Morrisona, Hendrixa czy Casha zespół, który wpłynął na przebieg całej dekady w Zachodnim (choć nie tylko) świecie nie doczekał się czegoś takiego. I ten film także nie przybliży nam historii zespołu. Ale rzuci trochę światła na jego kreację. 


Fabuła kręci się wokół tytułowego chłopaka znikąd, Johna Lennona (Aaron Taylor-Johnson), którego poznajemy jako wychowywanego przez konserwatywną ciotkę Mimi (Kristin Scott Thomas) zbuntowanego wobec świata nastolatka, którego głównym idolem jest Elvis Presley. Lennon postanawia po latach odnowić znajomość z matką, mocno hipisową Julią (Anne-Marie Duff), co doprowadza do niezadowolenia ciotki. Matka wprowadza go w świat muzyki rock'n rollowej, co inspiruje Johna do założenia zespołu rockowego. Wkrótce poznaje 15 letniego Paula McCartneya (Thomas Brodie-Sangster).


Szczerze mówiąc oczekiwałem po tym filmie trochę czego innego. Mając przed oczyma wizerunek muzycznego wizjonera - pacyfisty film rozwalił go niemal całkowicie serwując nam cynicznego, wulgarnego gówniarza nie stroniącego od używek. Do tego zmarginalizowano sam motyw muzyczny dotyczący rodzenia się muzycznej pasji i zakładania najpopularniejszego zespołu wszech czasów. Produkcja skupia się na rozterkach egzystencjalnych młodego Johna oraz jego relacjach z patologiczną matką i jej całkowitym przeciwieństwie w postaci ciotki, z którą mieszka Lennon. To także odkrywanie przez niego swojego pochodzenia oraz wiele ckliwych scen, które mają za zadanie doprowadzić niewiasty do płaczu. Biorąc pod uwagę fakt, że reżyserką jest autorka ekranizacji samych 50 twarzy Graya zbytnio nie dziwi. Dziwi natomiast, że mający podczas premiery filmu grający Lennona Aaron poślubił szybko 48 letnią obecnie reżyserką, z którą już w 2010 miał pierwsze dziecko. No ale nikt nie ogarnie realiów show biznesu nim do niego nie wskoczy. Sam film ma mimo kilku drobnych błędów (typu picia piwa ze szklanek, których jeszcze pod koniec lat 50. nie wynaleziono) całkiem dobre ukazanie realiów epoki, za co duże brawa, czujemy się jakby po przeniesieniu w czasie o ponad pół wieku. Nie jest to jakieś wybitne kino, ku mojej rozpaczy skupia się na relacjach rodzinnych, ale dzięki niemu niedzielny fan twórczości Lennona i jego zespołu może wyłowić kilka ciekawostek. Tak więc w sumie to warto zobaczyć. 




poniedziałek, 18 maja 2015

I nie było już niczego

Droga (The Road)
USA 2009
reż. John Hillcoat
gatunek: dramat, sci-fi

Postapokaliptycznych filmów powstały dziesiątki, jeśli nie setki. Opowiadają o wielu różnych powodach, przez które świat zmienił się nie do poznania. Czasem wszystko przez epidemię zombie (jak w World War Z), kiedy indziej chodzi po prostu o kryzys gospodarczy na szeroką skalę (Rover) czy kataklizm naturalny (masa filmów katastroficznych). W każdym jednak przeważnie dowiadujemy się o jakimś powodzie zagłady świata. W tym filmie opartym na podobno jeszcze o wiele lepszej książkowej wersji Cormaca McCarthy'ego nie wiem dowiadujemy się absolutnie nic o powodzie degeneracji świata. Ale to przecież i tak nie jest najważniejsze. 


Kilka lat przed akcją filmu świat uległ zagładzie. Opary dymu i mgieł zasłoniły Słońce, zwierzęta wymarły, ziemia przestała nadawać się pod uprawę, a cała cywilizacja zawaliła się jak domek z kart. W tym pozbawionym przyszłości jesteśmy świadkami wędrówki dwojga ludzi - ojca (Viggo Mortensen) i syna (Kodi Smit-McPhee), którzy zamierzają dotrzeć na wybrzeże, a później szukać schronienia przed chłodem na południu. Unikając ludzi, którzy po zagładzie świata zdziczeli i stali się gorsi od zwierząt próbują poradzić sobie z sytuacją, w jakiej się znaleźli. Chłopak nie zna świata sprzed zagłady, natomiast ojciec często wraca myślami do czasów, w których żyła jeszcze jego żona i matka dziecka (Charlize Theron). Wędrowcy napotykają przed sobą obraz nędzy i rozpaczy lecz trwale dążą do celu podróży.


Mamy do czynienia z typowym kinem drogi, który jednak ze względu na okoliczności, w jakich trwa akcja daje niespotykaną atmosferę lęku, niepokoju, zaszczucia i ogólnej beznadziejności. Bohaterowie podróżują, chowają się po lasach, szukają pożywienia, napotykają grupy zbrojnych kanibali, oraz pozostawionych w beznadziejnej sytuacji samotnych wędrowców. Film na podstawie prozy McCarthy'ego tak jak większość produkcji poapokaliptycznych snuje rozważania na temat kondycji człowieczeństwa i tego, co może wyjść z ludzi, gdy zabraknie kogoś, kto pilnuje zasad. I po raz kolejny okazuje się, że nie jest z nami jako gatunkiem najlepiej. 
Film ten nie tętni akcją, jest bardzo skromny, wręcz ascetyczny. Skąpe dialogi, w których przeważnie widzimy ojcowsko - synowską więź nie są specjalnie odkrywcze. W ogóle ciężar filmu spoczywa na dwójce głównych aktorów. O ile o Mortensena można było być spokojnym, gdyż jest świetnym aktorem, który potrafił wyjść z łatki Aragorna, który był jego rolą życia (świetny zarówno tu, jak choćby we Wschodnich obietnicach) to były uzasadnione obawy co do młodego Smita- McPhee, który jednak całkiem nieźle sobie poradził, dzięki czemu wciąż zatrudniany jest w kolejnych rolach, już nie dziecięcych. W trzecim planie pojawiają się dobrzy aktorzy, jak choćby Guy Pearce i Robert Duvall, którzy także radzą sobie dobrze. Jeśli mam się do czegoś przyczepić to sama kreacja postaci dziecka. Wychowany w tak nieprzyjaznym świecie nie powinien być taką płaczliwą pizdą. Po prostu nie i tyle. Nie wiem czy to wymysł scenarzysty, czy tak przedstawił go sam pisarz, ale dla mnie to mało wiarygodne.
Największym plusem filmu nie są jednak ani dobrzy aktorzy, ani dość sztandarowa fabuła lecz sam klimat produkcji. Wszystko jest tak złowieszcze i niebezpiecznie wręcz naturalne, że oglądając ma się wrażenie przebywania w tym beznadziejnym świecie. Wszechobecna beznadzieja wylewa się z ekranu zarówno patrząc na zachowanie bohaterów, ich świetnie dopasowany wygląd i przede wszystkim cudownie zrealizowane lokacje. To oraz świat przedstawiony w świetnej grze The Last of us uznaje za najlepiej przedstawione światy postapokaliptyczne. Naprawdę wielkie brawa dla charakteryzację i scenografię. Aż dziwne, że nie doczekało się to nominacji oscarowej. W sumie w Polsce nawet nie doczekało się seansów kinowych (u nas wolą pokazywać w kinach bajki, które obecnie każdego tygodnia stanowią połowę wszystkich seansów). Dla niektórych może być to film nudny, pozbawiony akcji, strzelanin, jednak jego plusów nie należy szukać w sensacyjności treści, a w klimacie, budowaniu relacji między bohaterami, ascetycznym pokazie świata w ruinie. Solidne kino poapokalityczne. 






sobota, 2 maja 2015

Polskie Gówno

Dom zły
Polska 2009
reż. Wojciech Smarzowski
gatunek: dramat, kryminał

W sześć lat od premiery wreszcie dobrałem się do filmu Smarzowskiego Dom zły. Po licznych rekomendacjach i naprawdę dobrych ocenach oczekiwałem od tej produkcji naprawdę dużo. A czy to dostałem? O tym poniżej. Krótko, bo pewnie i tak każdy kto chciał już ten film widział przede mną.


Film dzieje się w dwóch płaszczyznach. Mamy rok 1982, trwa akurat zima stulecia. Poznajemy porucznika Mroza (Bartłomiej Topa), który wraz ze swą ekipą oraz prokuratorem Tomalą (Robert Więckiewicz) przeprowadza wizję lokalną w ruinach spalonego domu gdzieś na bieszczadzkich pustkowiach, Towarzyszy im oskarżony o mord gospodarzy oraz podpalenie ich mienia Edward Środoń. W jego relacjach cofamy się do wydarzeń feralnej nocy, w czasie której zawitał on do domu Zdzisława (Marian Dziędziel) i Bożeny (Kinga Preis) Dziabasów. 


W sumie wystarczy zobaczyć jeden film Smarzowskiego, by wiedzieć o czym mogą być pozostałe. Zmieniają się ustroje, zmieniają się scenografie i zmienia się lokalizacja lecz aktorzy i zakrapiany alkoholem motyw przewodni pozostaje. Topa, Jakubik, Więckiewicz, Lubos, Dziędziel czy Więckiewicz i czasem kilku innych są nieodłącznym elementem krajobrazu w filmach tego reżysera. Także znakiem rozpoznawczym jest nieodłączne pijaństwo. Nie inaczej jest tutaj. Wódkę, nieważne czy z kieliszka, szklanki czy po prostu z gwinta piją tu wszyscy, od milicjantów i prokuratora po Dziabasów i Środonia. Ciężko znaleść tu kogoś trzeźwego. W tym pokazie degrengolady społecznej właściwej naszemu narodowi trudno też odszukać kogoś, kogo możemy nazwać pozytywnym bohaterem. Każdy ma swoje grzeszki, machlojki, knucia i występki. Domem złym nie jest tylko tytułowe miejsce akcji lecz praktycznie cała Polska, naród, który jest na drodze do zatracenia. Bardzo klimatycznie autorzy nakreślili obraz tej nędzy i rozpaczy, aktorzy mimo że cholernie wtórni w swych rolach w filmach tegoż reżysera są autentyczni, a klimat zapuszczonego domo i całej osady na krańcu świata jest jednym z plusów produkcji. Za to jak dla mnie kuleje wątek kryminalny, który jest jednak tylko tłem do pokazania obrazu naszego społeczeństwa, które jak zobaczymy w innych dziełach twórcy nie zmieniło się przez te wszystkie lata. Oczekiwałem czegoś innego, jednak myślę, że warto zobaczyć i trochę zastanowić się nad sobą. Bo obserwując poczynania Środonia, Dziędzielów czy milicjantów tak naprawdę obserwujemy siebie.




    





niedziela, 26 kwietnia 2015

Gorzej się chyba nie da

Zombie SS (Død snø)
Norwegia 2009
reż. Tommy Wirkola
gatunek: gore, horror

Tym razem przecząc nieco nazwie bloga będzie mniej ambitnie. Całkiem nieambitnie wręcz. I chyba najkrócej ze wszystkich 140 postów.


Film ten ma fabułę, Grupa studentów medycyny jedzie do chatki głęboko w górach. Tam odwiedza ich wędrowiec mówiąc o stacjonującym w okolicy żołnierzach III Rzeczy w czasach II Wojny Światowej. Później młodzi odkrywają w chatce kosztowności z czasów wojny. Wkrótce nawiedza ich oddział zombie-nazistów...


Ciężko mi w ogóle pisać o tym gniocie. Nie wiem jaki to gatunek (horror? komedia? gore?), gra aktorska jest i tyle, fabuła nie istnieje a efekty specjalne wołają o pomstę do nieba. Nagromadzenie absurdów i obrzydliwości jest totalne. Po prostu lepiej trzymać się od tego z daleka. Naprawdę nie warto. Najgorszy film jaki widziałem. Powstała nawet druga część tego dzieła...serio nie wiem po co i dla kogo. I kto na to daje pieniądze?







niedziela, 12 kwietnia 2015

Gruba sprawa

Grubasy (Gordos)
Hiszpania 2009
reż. Daniel Sánchez Arévalo
gatunek: komedia, dramat


Otyłość, która według naukowców może skrócić życie o średnio osiem lat nazywana jest epidemią XXI wieku. Co ciekawe wbrew obiegowej opinii procentowo najwięcej grubasów nie zamieszkuje jednak w USA i Meksyku lecz w krajach leżących na wyspach Pacyfiku. Co ciekawe aż 75% obywateli Samoa Zachodniego cierpi na tą dolegliwość. Nieco mniej w Nauru i na Wyspach Cooka. W Europie najgrubszą nację stanowią zaś nasi ceniący tłuste jedzenie i piwo sąsiedzi Czesi, z 30% liczbą grubasów. Polska zajęła miejsce w średniej europejskiej z 25% liczbą otyłych, czyli na poziomie podobnym do Hiszpanii - kraju, który dał światu film Gordos opisujący na swój sposób to zjawisko.



Śledzimy losy uczestników jednej z grup wsparcia dla ludzi walczących z otyłością. Prowadzący ją terapeuta Abel (Roberto Enríquez) wsłuchuje się w problemy kilku swoich podopiecznych: Enrique (Antonio de la Torre), Andrés (Fernando Albizu), powstrzymywana przez swego ultrakatolickiego partnera (Raúl Arévalo) Sofia (Leticia Herrero) i Leonor (María Morales) mimo różnic, jakie ich dzielą mają jeden wspólny problem - nadwagę. Każdy z nich ma też inną motywację do zbicia wagi.


Film rozpoczyna się sceną, która powinna być dobrze znana miłośnikom telezakupów (o ile w ogóle są tacy). Bohater prezentuje w telewizyjnym studio nowy super specyfik pozwalający schudnąć, wygłasza także mowę motywującą do działania i zaakceptowania samego siebie. Wstawka z telemarketingowego studia będzie się pojawiała na przestrzeni kilka razy, każdy etap walki z otyłością, jaki wymieni prowadzący będzie ilustrowany historią z życia bohaterów. Jednym z tych bohaterów jak się szybko okaże będzie też prezentujący ten specyfik.
Mamy tutaj do czynienia nie z jedną spójną fabułą koncentrującą się na jednej lub dwóch sprawach lecz kilka osobnych historii osób spotykających się na spotkaniach oraz fragmenty z ich życia. Punktem spójnym będą oczywiście problemy wagowe, jednak jak się potem okazuje nie raz to nie waga jest źródłem problemów, których sedno znajduje się całkiem gdzie indziej. Nawet sam terapeuta będzie miał swoją ciemną stronę w związku z problemem otyłości. 
Tych historii jednak jest zbyt wiele i reżyser miotając się z punktu do punktu gubi rytm i spójność opowiadania i prowadzenia fabuły. Niektórych wątków jest za dużo, inne są ale jakby ciągnięte na siłę i traktowane po macoszemu. Lepiej byłoby chyba skupić się na jednym z wątków, inne pokazując pobieżnie. 
Film jest ogólnie mocno nierówny. Momenty dobre, zabawne lub skłaniajace do refleksji przeplata ze sztampą, nudą czy dłużyzną. Może też rozzłościć konserwatywną część widowni w sposób, w jaki ukazuje seks (seks grubasów - wcześniej temat tabu), nawet narażając się osobą religijnym (kopulacje i masturbacje przy wielkim krzyżu wiszącym na ścianie mają swój wymiar). Ja ani nie polecam, ani nie odradzam. Myślę, że warto to zobaczyć i wyrobić swoje własne zdanie,





poniedziałek, 22 września 2014

W poszukiwaniu straconego czasu

Dziewczyna zawodowa (The Girlfriend Experience)
USA 2009
reż. Steven Soderbergh
gatunek: dramat? obyczajowy?
zdjęcia: Steven Soderbergh
muzyka: Ross Godfrey

Zapewne gdyby nie fakt, że w głównej roli filmu Soderbergha osadzono znaną z porno Sashę Grey nikt nie musiałby się męczyć z podziwianiem tej produkcji. Jednak dzięki temu debiutowi panny Grey w normalnym filmie wielu ludzi, w tym i ja skusiło się na zapoznanie się z tą produkcją. Poznajemy w niej młodą dziewczynę o imieniu Chelsea (w tej roli oczywiście Grey), która to zarabia na życie jako dziewczyna do towarzystwa. Podobno cała akcja toczy się w czasie kampanii prezydenckiej z 2008 roku. Podobno, bo nawiązań do niej za wiele nie uświadczymy...


Ciężko mówić tutaj o jakiejś fabule, gdyż po prostu jesteśmy świadkami dwuosobowych dialogów lub monologów głównej bohaterki, która może i trudni się prostytucją ale posiada też rozbudowane życie wewnętrzne, więc czasem musimy posłuchać jej rozmyślań. Przeważnie jednak ogranicza się to do tego, że Chelsea tłumaczy nam co ubrała na spotkanie. W tle mamy tam jeszcze stałego chłopaka głównej bohaterki (sic!), który jest z nią podobno od półtora roku, dochodzą do tego spotkania na rozmowę z dziennikarzem zgłębiającym tajniki zawodu dziewczyny do towarzystwa jednak wątki te są tak płytkie, że nie ma co się w nie zagłębiać.


Odrębne zdanie należy się pracy kamery. W zasadzie nie ma tu mowy o żadnej jej pracy. Każda scena wygląda tak, że mamy statyczną kamerę umiejscowioną gdzieś w próżni i na jej tle śledzimy rozmowy nieruchomych bohaterów. Zero jakiejkolwiek dynamiki, zero zbliżeń (a do zbliżeń przyzwyczaili się przecież fani twórczości Sashy), po prostu jest i kręci. Przypomina mi to popularny kiedyś polski serial Kasia i Tomek, gdzie raz postawiona kamera ogarniała jeszcze tytułowych bohaterów lecz inni już byli poucinani. 

Reasumując mamy tu do czynienia z bardzo słabą produkcją. Cóż z tego, że Sasha Grey radzi sobie lepiej z konwencjonalnym aktorstwem niż bracia Mroczkowie skoro produkcja ta nie ma ani sensu w zakresie fabuły (trudno tu w zasadzie mówić o jakiejkolwiek fabule), gra aktorska jest słaba, a praca kamery woła o pomstę do nieba. Jeśli ktoś liczy na łóżkowe wyczyny Grey, to też się przeliczy, gdyż w zasadzie oprócz kilku sekund, na których widać ją topless nie ma tu nic więcej. Fani jej aktorstwa lepiej niech wrócą do gatunku, z którego się wywodzi. Dawno nie oglądałem tak złego filmu, miałem problem z określeniem nawet jego gatunku. 75 minut niczego. Jednym słowem DRAMAT! A więc niech będzie dramat. 





niedziela, 21 września 2014

Czy aby na pewno nie może być jeszcze gorzej?

Poważny człowiek (A Serious Man)
USA 2009
reż. Ethan Coen, Joel Coen
gatunek: dramat
zdjęcia: Roger Deakins
muzyka: Carter Burwell
Tytułowego bohatera poznajemy, jako człowieka, który prowadzi spokojne, ustabilizowane życie. Może nie jest człowiekiem sukcesu w pełnym tego słowa znaczeniu, ale Larry Gopnik (Michael S. Stuhlbarg) posiada dobrą posiada dobrą pracę, dom, samochód oraz rodzinę w postaci żony i dwójki dzieci. W pewnym momencie jednak okazuje się, że zamiast spodziwanej podwyżki i awansu jego posada jest zagrożona, a żona ma romans z przyjacielem rodziny, a po żądaniu przez nią rytualnego żydowskiego rozwodu Larry musi wyprowadzić się do motelu. A zawsze przecież może być gorzej...


Mamy tu do czynienia z czarną komedią, która jednak nie śmieszy, tak jak powinna śmieszyć komedia. Ja widzę w tej produkcji dramat, gdyż sytuacja, w jakiej znalazł się bohater produkcji braci Coen jest nie do pozazdroszczenia. Ogólnie jest to film o bezsilności. O walce człowieka z losem, który jest przewrotny. Czasem wydaje się, że gorzej być nie może, a jednak życie dostarcza kolejnych kłopotów. Innym razem zaś, gdy wydaje się, że wychodzi się już na prostą niespodziewanie pojawiają się nowe, kto wie czy nie gorsze problemy.


Film braci Coen zawiera wiele motywów z tradycji żydowskiej i dla kogoś kto nie jest zaznajomiony z tą kulturą wiele aspektów pozostaje niezrozumianych. Część tych spraw jest tłumaczona na bieżąco, aczkolwiek nie wszystkie zwroty zostają omówione. Tak więc jest to produkcja dla świadomego w tym aspekcie widza. 
Ogólnie nie jest to film dla widzów, którzy oczekują zobaczenia komedii. Produkcja jest dość trudna w odbiorze i na pewno nie każdemu się spodoba. A dla kogo jest przeznaczona? Dla fanów egzystencjalnych filmów i produkcji braci Coen będzie jak znalazł.