Pokazywanie postów oznaczonych etykietą R. Więckiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą R. Więckiewicz. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 stycznia 2017

Droga, z której się nie wraca

Konwój
Polska 2016
reż. Maciej Żak
gatunek: thriller
zdjęcia: Michał Sobociński
muzyka: Antoni Łazarkiewicz

Od obejrzenia dwóch zeszłorocznych filmów Patryka Vegi, czyli dwóch części Pitbulla:: Nowych porządków i Niebezpiecznych kobiet miałem ochotę odreagować jakimś polskim filmem, gdzie twardzi faceci w mundurach zostaną pokazani w całkiem innej konwencji, niż w głupkowato-prymitywnych obrazach Vegi. Jak się okazało nie trzeba było zbyt długo czekać, gdyż z początkiem roku wyszedł film budzący nadzieję. Tak więc kilka słów o nim.


Z więzienia, którego dyrektorem jest Nowacki (Janusz Gajos) do szpitala w innej części kraju ma zostać przetransportowany niebezpieczny więzień (Ireneusz Czop). W Polskę rusza konwój, którego dowódcą zostaje sierżant Zawada (Robert Więckiewicz), który do pomocy ma Berga (Przemysław Bluszcz), antyterrorystę Maciąga (Łukasz Simlat) oraz młodego zięcia Nowackiego, Feliksa (Tomasz Ziętek). 


Pomysł zamknięcia w pędzącej po kraju metalowej puszce kilku czołowych polskich aktorów różnych pokoleń i skonfliktowania ich ze sobą był o równie dobry, co prosty i niewykorzystany. Jednak wreszcie przybył niszowy reżyser Maciej Żak i zdecydował się coś takiego nakręcić. Pierwsze, co rzuca się w oczy to naprawdę niezła, duszna i gęsta atmosfera, która zaczyna się tworzyć od początku podróży. Dzięki temu, że film jest dość krótki, a akcja zostaje zawiązana bardzo szybko niemal od razu jesteśmy wraz z bohaterami wrzuceni do furgonetki Służby Więziennej. Zamknięci w niej bohaterowie, choć nie wiemy od nich zbyt dużo wypadają przekonująco (może z wyjątkiem idealistycznego Feliksa, który pasuje do reszty ekipy, jak pięść do nosa), co jest zasługą naprawdę dobrze wypadających aktorów. Klaustrofobię całości świetnie oddają zdjęcia najmłodszego z klanu Sobocińskich. Zarówno klimat panujący w podróży, jak i zdjęcia śmiało mogłyby pasować do kolejnego filmu Tarantino, gdyby ten chciał zrealizować podobny temat. 
Niestety bardzo dobry początek, równie dobra atmosfera i gra aktorska znajdują swoją przeciwwagę  w miałkim scenariuszu i niezbyt wiarygodnych postawach bohaterów (szczególnie pod koniec filmu). Akcja filmu początkowo prowadzona niemal wzorowo w drugiej części filmu po prostu się sypie, a pod koniec nawet nie udaje, że jeszcze stoi na nogach. Niestety, fabularnie w pewnym momencie robi się nieprzekonująco, nielogicznie i po prostu głupio. Cały ciężki klimat (mimo dość mocnej akcji w końcówce) leci na łeb, na szyje. A szkoda. Jednak mimo tych braków fabularnych jest to wciąż niezły, mocny polski film, gdzie przez półtorej godziny oglądamy rzucających mięsem spoconych facetów z naładowaną bronią. Przyzwoite męskie kino made in Poland. Można,




wtorek, 27 września 2016

Kukułcze jajo

Różyczka
Polska 2010
reż. Jan Kidawa - Błoński
gatunek: dramat

Leon Lech Beynar znany szerzej jako Paweł Jasienica należy do bardziej znanych polskich historyków. Chociaż wiele stawianych przez niego tez było tendencyjnych, a jeszcze więcej z tego co pisał po pół wieku od wydania zostało zdezaktualizowane to jest to chyba i tak do dzisiaj najbarwniej piszący eseista historyczny parający się historią naszego kraju więc po wzięciu poprawki na niektóre jego stwierdzenia polecam go każdemu chcącemu poczytać o polskiej historii (a jego książki są dość lekkostrawne, co rzadkie w tym gatunku). Mimo że rozpisałem się o panu Jasienicy film jednak nie traktuje o nim, zaś jego nazwisko nie pada tu ani razu. Ale dlaczego o nim wspominam? O tym niżej. 


Zakochana w pracowniku urzędu bezpieczeństwa, Romanie Rożku (Robert Więckiewicz) młoda i atrakcyjna pracownica uniwersytetu, Kamila (Magdalena Boczarska) zgadza się na jego prośbę podjąć próbę zbliżenia się do pracującego na uczelni profesora Adama Warczewskiego (Andrzej Seweryn), antysystemowego pisarza podejrzewanego o pochodzenie żydowskie. Kamila wzbudza zaufanie dużo starszego od siebie pisarza i wkrótce się do niego wprowadza. Nie przestaje jednak pisać donosów...


Wspomniany na początku Paweł Jasienica poślubił rok przed śmiercią po wcześniejszej czteroletniej dość zażyłej znajomości niejaką Zofię O'Bretenny. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że owa Zofia była inwigilującą go współpracownicą służb bezpieczeństwa PRL, która nie zrezygnowała z pisania donosów na pisarza nawet po poślubieniu go. Córka Jasienicy jednak upiera się, by nie porównywać historii Warczewskiego z życiorysem jej ojca strasząc prawnikami i procesem o naruszenie jej dóbr osobistych. Tak wiec reżyser filmu odżegnał się od postaci realnego pisarza twierdząc, że scenariusz obrazu jest tylko i wyłącznie fikcją i wyobraźnią scenarzystów. Cóż, każdy może jednak sobie wyrobić własne zdanie, jak to jest naprawdę. 
Film będący w sumie kameralną rozgrywką między trzema postaciami, w które umiejętnie wcielają się Seweryn, Więckiewicz i Boczarska (bardziej zgrabną figurą, która ku mojej uciesze często ukazana została w negliżu niż aktorskim talentem). Chociaż akcja często dzieje się w plenerach lub na imprezach różnego rodzaju to najważniejszy jest tu ten trójkąt aktorski. Chociaż Braciak i Frycz wypadali też na tyle nieźle, że poddałem ich procesowi otagowania. 
Historia będąca motorem napędowym całości opiera się na jednej z najmniej chlubnych kart historii nie tylko PRL ale może i całej historii Polski, czyli antyżydowskich wystąpieniach władz będących następstwem wydarzeń marcowych oraz będąca ich skutkiem przymusowa emigracja tysięcy Polaków pochodzenia mojżeszowego. 



Autorzy pokazali całkiem sprawnie klimat tamtych lat z kontrastem szarości dnia codziennego i radosnych imprez (w barach dla plebsu czy w PKiN dla wierchuszki intelektualnej) oraz to, że życie wtedy mogło być całkiem przyjemne dla ludzi, którzy nie mieli większych aspiracji. Film nakręcono w stylu przypominającym filmy z epoki, dlatego ogląda się to wszystko bardzo realistycznie. Także cała otoczka drugiej połowy lat 60. ubiegłego wieku, zarówno styl, poprzez wystroje na samochodach kończąc wyszła dobrze.
O ile jednak to były plusy bardzo zawiodłem się na wyjątkowo tendencyjnym ukazaniu stron konfliktu. Sprzeciwiający się władzy i systemowi ludzie to kulturalna, obyta ze wszystkim co godne elita (która czasowo zepchnięta jest na margines). Bohater grany przez Seweryna na spotkaniach autorskich z czytelnikami non stop cytuje starożytnych myślicieli i średniowiecznych świętych nie zaniżając się do poziomu poniżej IQ 135. Byłem na kilku spotkaniach z topowymi pisarzami i nie spotkałem się z żadnym tego typu cytatem. Za to kilka razy było cytowanie Warsaw shore lub Gangu Albanii. Natomiast oponenci tej tłamszonej przez władze elity intelektualnej to tylko wulgarne przygłupy, które najpierw biją,a potem...biją, bo gdy przychodzi do rozmowy to wulgaryzmy mieszają z kaleczeniem mowy ojczystej. Na dodatek, by podkreślić ich zepsuty charakter pomagierzy władzy ludowej są okropnie brzydcy. Takim zestawieniem autorzy już na wstępie pokazują, kto jest tu tym dobrym, a kto złym. Zaś inteligentny widz naprawdę bez podziału na pięknych i bestie mógłby wskazać komu kibicować.
Mam wiec problem z oceną tego filmu, która w warstwie technicznej jest zrobiona bardzo fachowo i bez zastrzeżeń, intryga fabularna inspirowana prawdziwymi zdarzeniami też wypada całkiem nieźle, aktorstwo stoi na dobrym poziomie, jednak niestety przedstawienie wszystkiego kuleje i psuje odbiór całości co najmniej o jeden punkt dziesięciostopniowej skali. Już niezależnie od poglądów politycznych za samą próbę podłożenia głosu pod Gomułkę pasujące bardziej do Studia Yayo, a nie aspirującego filmu należy się pewna reprymenda. Niemniej jednak to wciąż warty polecenia film traktujący o ważnym społecznie i politycznie (choć po pół wieku już chyba bardziej historycznie) problemie. Jak najbardziej można. 


poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Zgubne skutki picia wódki

Pod mocnym Aniołem
Polska 2014
reż. Wojciech Smarzowski
gatunek: dramat

Smarzowski w swym ostatnim filmie jako kolejny z polskich reżyserów pochylił się nad jednym z naszych problemów narodowych, czyli nad dobrze wszystkim znanym alkoholizmem. Inspirowany niemal autobiograficzną książką Jerzego Pilcha o tym samym tytule film może śmiało stawać w szranki z produkcją  Marka Koterskiego o podobnej tematyce, czyli z Wszyscy jesteśmy Chrystusami.


Fabuła filmu nie jest zbyt zawiła i skomplikowana. Poznajemy znanego w całym kraju pisarza Jerzego (Robert Więckiewicz), który swe życie przeplata dwoma okresami, czasem intensywnego picia do porzygu i trzeźwieniu w ośrodku terapii uzależnień alkoholowych. W czasie pobytu na detoksie w ośrodku doktora Granady (Andrzej Grabowski) uczestniczy w spotkaniach alkoholików i poznaje historię innych ludzi borykających się z tym problemem (między innymi Arkadiusz Jakubik, Jacek Braciak, Kinga Preis, Marian Dziędziel). 


Ciężko tutaj mówić o fabule w pełnym tego słowa znaczeniu. Po prostu przyglądamy się życiu głównego bohatera oraz uczestniczymy w retrospekcjach słuchając opowieści bohaterów pobocznych. Życie Jerzego przypomina, jak to u alkoholików błędne koło i widać to właśnie w fabule. Mamy czas odwyku, później czas wzmożonego picia, po którym następuje terapia, po której bohater wraca do butelki. Jak zwykle u Smarzowskiego mamy tutaj pokazane dosadnie, jak alkohol wpływa na ludzki organizm i zachowanie. I reżyser daje nam naprawdę mocny film, chociaż pozbawiony krwi i flaków. Obrazowo pokazane ciągi alkoholowe z nieodłącznymi wymiotami, delirium czy licznymi mimowolnymi defekacjami, często publicznymi jest tu na porządku dziennym. Szokujące sceny odgrywane są tutaj przez aktorów znanych z innych filmów tego reżysera. Oprócz wydawać by się mogło występującego obecnie w każdym polskim filmie Więckiewicza (tak jak to kiedyś nie tak dawno wrażenie miało się podobne z ekranową obecnością Adamczyka, Szyca czy Karolaka) mamy tu Jakubika, Dziędziela, Braciaka, a nawet w szeregowych rolach Bartłomieja Topę czy Eryka Lubosa. W sumie ci jednak używani przez Smarzowskiego aktorzy (dodać można jeszcze Kiersznowskiego, Gołębiewskiego czy Dyblika) są tak wyraziści i pasujący do roli upadłych alkoholików, że nie potrzebują żadnej charakteryzacji. 
Film pokazuje też, że alkohol to nie jest tylko domena środowisk patologicznych. Owszem, tam tego jest najwięcej, ale przecież sam główny bohater to osoba z wyższego kręgu, znany literat, gość poważnych telewizji, osoba ceniona w kraju. A jednak i jego nałóg doprowadza na samo dno. 
I choć daleko mi do piania z zachwytu nad tym filmem to polecam obejrzeć ten film ku przestrodze. Gwarantuje, że po seansie choć na chwilę każdy będzie miał dość jakiegokolwiek alkoholu.



sobota, 2 maja 2015

Polskie Gówno

Dom zły
Polska 2009
reż. Wojciech Smarzowski
gatunek: dramat, kryminał

W sześć lat od premiery wreszcie dobrałem się do filmu Smarzowskiego Dom zły. Po licznych rekomendacjach i naprawdę dobrych ocenach oczekiwałem od tej produkcji naprawdę dużo. A czy to dostałem? O tym poniżej. Krótko, bo pewnie i tak każdy kto chciał już ten film widział przede mną.


Film dzieje się w dwóch płaszczyznach. Mamy rok 1982, trwa akurat zima stulecia. Poznajemy porucznika Mroza (Bartłomiej Topa), który wraz ze swą ekipą oraz prokuratorem Tomalą (Robert Więckiewicz) przeprowadza wizję lokalną w ruinach spalonego domu gdzieś na bieszczadzkich pustkowiach, Towarzyszy im oskarżony o mord gospodarzy oraz podpalenie ich mienia Edward Środoń. W jego relacjach cofamy się do wydarzeń feralnej nocy, w czasie której zawitał on do domu Zdzisława (Marian Dziędziel) i Bożeny (Kinga Preis) Dziabasów. 


W sumie wystarczy zobaczyć jeden film Smarzowskiego, by wiedzieć o czym mogą być pozostałe. Zmieniają się ustroje, zmieniają się scenografie i zmienia się lokalizacja lecz aktorzy i zakrapiany alkoholem motyw przewodni pozostaje. Topa, Jakubik, Więckiewicz, Lubos, Dziędziel czy Więckiewicz i czasem kilku innych są nieodłącznym elementem krajobrazu w filmach tego reżysera. Także znakiem rozpoznawczym jest nieodłączne pijaństwo. Nie inaczej jest tutaj. Wódkę, nieważne czy z kieliszka, szklanki czy po prostu z gwinta piją tu wszyscy, od milicjantów i prokuratora po Dziabasów i Środonia. Ciężko znaleść tu kogoś trzeźwego. W tym pokazie degrengolady społecznej właściwej naszemu narodowi trudno też odszukać kogoś, kogo możemy nazwać pozytywnym bohaterem. Każdy ma swoje grzeszki, machlojki, knucia i występki. Domem złym nie jest tylko tytułowe miejsce akcji lecz praktycznie cała Polska, naród, który jest na drodze do zatracenia. Bardzo klimatycznie autorzy nakreślili obraz tej nędzy i rozpaczy, aktorzy mimo że cholernie wtórni w swych rolach w filmach tegoż reżysera są autentyczni, a klimat zapuszczonego domo i całej osady na krańcu świata jest jednym z plusów produkcji. Za to jak dla mnie kuleje wątek kryminalny, który jest jednak tylko tłem do pokazania obrazu naszego społeczeństwa, które jak zobaczymy w innych dziełach twórcy nie zmieniło się przez te wszystkie lata. Oczekiwałem czegoś innego, jednak myślę, że warto zobaczyć i trochę zastanowić się nad sobą. Bo obserwując poczynania Środonia, Dziędzielów czy milicjantów tak naprawdę obserwujemy siebie.




    





poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Sztywna podróż

Ciało
Polska 2003
reż.  Tomasz Konecki, Andrzej Saramonowicz
gatunek: komedia, czarna komedia

  Są filmy, które chce się obejrzeć od czasu ich premiery i nie ma się zbytnio nigdy okazji żeby to zrobić. Tak było u mnie z tą produkcją, którą teraz bardzo krótko opiszę. Od obejrzenia zwiastuna, przed około dwunastoma laty wiedziałem, że chcę zobaczyć ten film i ciągle nie było mi z nim po drodze. Na szczęście przyszły mi z pomocą nudne święta u babci oraz Kino Polska, gdzie w świąteczną noc uraczono widzów tym odgrzewanym kotletem. Ku mojej wielkiej uciesze.


Drobny złodziejaszek Goldi (Tomasz Karolak) wracając pociągiem do zleceniodawcy ze średnio udanego włamu siada do przedziału, w którym podróżuje sztywny mężczyzna - Wolter (Rafał Królikowski). Przy gwałtownym zahamowaniu pociągu walizka Goldiego spada uderzając Woltera. Złodziej bojąc się, że jest odpowiedzialny za śmierć współpasażera zabiera go do meliny, gdzie już czeka jego zleceniodawca - bliźniaki syjamskie. Mocodawca nakazuje pozbyć się ciała, co jak przekonają się Goldi z Dizlem (Zbigniew Zamachowski) okaże się trudnym zadaniem. Chwilę później dowiemy się w jaki sposób Wolter opuścił ziemski padół oraz trafił do pociągu. Duża w tym zasługa niejakich Julka (Robert Więckiewicz) oraz Cezara (Cezary Kosiński).


Film ten posiada jedną dużą wadę. Cierpi na przesyt. Spory przesyt wszystkiego. Jak na trochę ponad 90 minutową produkcję mamy tutaj za dużo wątków, za dużo postaci, za dużo zwrotów akcji. Często wiele wątków jest pociętych i nielogiczne momenty znikają z ekranu pozostając w sferze domysłu. A jak tutaj tą misterną intrygę brać na poważnie i realnie, skoro tak wiele rzeczy kuleje? Naprawdę w kilku wypadkach wiele rzeczy za bardzo nie trzymało się kupy.
Gdyby nie to zbytnie nagromadzenie wątków oraz braki logiczno-fabularne to dałoby się to oglądać z dużą satysfakcja. Mamy tu galerię ciekawych postaci, część intrygi układa się w sensowną całość (szkoda, że druga część już nie) a przy tym obserwujemy kilka dość zabawnych sytuacji. 
Dlatego jeśli ktoś nie oglądał może zmierzyć się śmiało z tym filmem. Myślę, że jeśli przymknie się oko na wiele nieścisłości to albo zobaczy się, zależnie od oceny własnej film bardzo dobry lub straszny gniot. Ja uważam, że raczej ani to, ani to, jednak mamy do czynienia z taką produkcją, że trzeba to naprawdę zobaczyć samemu żeby wystawić cenzurkę. 


wtorek, 3 lutego 2015

Szacki w służbie prawdzie

Ziarno prawdy
Polska 2014
reż. Borys Lankosz
gatunek: dramat, thriller
zdjęcia: Łukasz Bielan
muzyka: Abel Korzeniowski

Zawsze mam obawy oglądając film będący ekranizacją książki. Szczególnie takiej książki, którą wcześniej czytałem i jestem w pewnym stopniu fanem autora, jak i występującego w niej bohatera. Tak więc czekając od około roku na nową produkcję reżysera Rewersu trochę drżałem o to, czy filmowe przygody prokuratora Szackiego będą tak dobre, jak książka. A po sfilmowaniu kilka lat wcześniej pierwszej części przygód Szackiego, czyli Uwikłania obawy te mogły wydawać się uzasadnione. Na szczęście w tym wypadku prawdą jest, że książkowa wersja Ziarna prawdy nie musi się wstydzić swego młodszego brata.



Głównym bohaterem fabularnym jest prokurator Teodor Szacki (eksploatowany ostatnio w polskich produkcjach jak wcześniej m.in. Adamczyk czy Karolak Robert Więckiewicz), który przybywa pełnić swe prokuratorskie obowiązki z Warszawy do małej ojczyzny Ojca Mateusza - Sandomierza. Nie musi długo czekać, by znów okazało się, że to miasteczko to stolica polskiej zbrodni. W niedalekiej odległości od miejscowej synagogi znajdują się zwłoki miejscowej działaczki społecznej. Wraz z prokuratorem sprawę badają inspektor Wilczur (Jerzy Trela) oraz lokalna prokurator Barbara Sobieraj (Magdalena Walach). Szybko głównym podejrzanym staje się mąż denatki (Krzysztof Pieczyński) lecz sprawy komplikują się, gdy znalezione zostaje jego ciało. Po mieście roznosi się pogłoska o żydowskich mordach rytualnych...


Lankosz przeniósł na ekran prozę Miłoszewskiego w porównaniu z dziełem Jacka Bromskiego dość wiernie i w sumie wszystko co powinno się znaleźć, to się znalazło. Można się czepiać niepodobnego głównego bohatera (przecież Szacki przez pewne zdarzenie z przeszłości jest od młodości siwy!), okrojenie życia osobistego prokuratora i ograniczenie jego relacji z kobietami etc, jednak trzeba sobie zdać sprawę, że film to film, a książka to książka. Na wszystko miejsca nie starczy, chyba, że reżyser wzorem Petera Jacksona zrealizowałby z książkowego Ziarna prawdy w sumie sześciogodzinną trylogię. Trzeba było pójść na pewne kompromisy i chyba wycięto to co wyciąć było można, bez strat dla ogólnego odbioru produkcji. 
Brawa należą się za grę aktorską, gdyż wszyscy wydają się być dopasowani do swych ról (choć miałem inne wyobrażenie książkowych postaci, ale nie mogę tego zaliczyć do minusów). Od głównych postaci po role trzecioplanowe aktorzy dają radę. Zarówno menele, miejscowe oszołomy i zwolennicy spiskowej teorii dziejów po sfiksowanego miłośnika broni (Arkadiusz Jakubik) czy rabina (zagrał go izraelski aktor Zohar Strauss, który trzeba przyznać dobrze nauczył się swej polskiej roli i wypadł bardzo okej). Naprawdę duże słowa uznania za obsadę aktorską.
Także wrażenie zrobiło na mnie intro produkcji. To chyba pierwszy polski film, gdzie naprawdę zauważyłem, że twórcy starają się przemycić w nim coś ciekawego. Jest ono nawiązujące do fabuły, dobrze wykonane a przy tym bardzo niepokojące. 
Do czego mogę się mimo wszystko przyczepić? Na pewno do drewnianej Klary (Aleksandra Hamakało), która nie oferuje nic oprócz apetycznych piersi (choć dla wielu pewnie dobre i to!). W książce było to jednak o wiele bardziej złożona postać. W filmie płytko poszerzono jej wątek kosztem drugiego, kluczowego romansu Szackiego znanego z książki. Tak samo mam zastrzeżenia co do zakończenia, które w książce zostało dość dobrze wyjaśnione, a tutaj najważniejsze sprawy podane nie zostały. 
Ogólnie jednak polecam film niezależnie od tego czy ktoś jest fanem książkowego pierwowzoru. Może nawet lepiej zobaczyć film przed przeczytaniem książki? Wtedy nie wie się od początku, kto stoi za mordami, a sięgając po pozycję Miłoszewskiego odkryje dla siebie wiele nieznanych wcześniej wątków. 


P.S. Świetnie, że wreszcie mamy do czynienia z filmowym Szackim, a nie Szacką! 


niedziela, 11 stycznia 2015

Żywot Lecha

Wałęsa: Człowiek z nadziei
Polska 2013
reż. Andrzej Wajda
gatunek: biograficzny, dramat
zdjęcia: Paweł Edelman
muzyka: Paweł Mykietyn

Po zrealizowanych jeszcze w latach 70. i 80. ubiegłego wieku Człowieku z marmuru i Człowieku z żelaza po ponad 30 latach Wajda powraca do podobnego tematu, kończąc tą robotniczą trylogię Człowiekiem z nadziei opowiadającym na przestrzeni dwóch dekad o losach Lecha Wałęsy - człowieka, którego nie trzeba przedstawiać nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Reżyser Pana Tadeusza i Kanału przedstawia nam swoją wersję apoteozy byłego prezydenta naszego kraju.



Film zaczyna się sceną, w której grana przez Marię Rosarię Omaggio Oriana Fallaci przybywa do domu Lecha Wałęsy (świetny Robert Więckiewicz!), by przeprowadzić z nim wywiad. Wtedy to z lat 80. cofamy się w retrospekcjach do roku 1970 i śledzimy życie robotnika Lecha Wałęsy. Życie, które jest rozdarte między rodzinę, czyli żonę (jako Danuta Wałęsa Agnieszka Grochowska) i pojawiające się co chwilę kolejne dzieci  a sprawy pracy, a także już później organizacje strajków. Wałęsa oczywiście jest głębiony przez aparat milicyjny i przeróżne służby (które reprezentowane są przez postacie grane przez Zbigniewa Zamachowskiego i Cezarego Kosińskiego). Nad fabułą nie ma co się rozpisywać, gdyż chyba każdy w Polsce zna poszczególne etapy z życia Lecha. 


Na szczęście nie mamy tu aż 100% gloryfikacji postaci byłego prezydenta i przedstawiono też jego cechy niekorzystne, jak na przykład nadmierną buńczuczność, arogancję, wszechwiedzę i zarozumiałość czy wyniosłość. Sam Wałęsa ocenił po premierze, że nigdy tak arogancki i bufonowaty nie był. Jednak kto zna go choćby z wypowiedzi telewizyjnych może mieć co do tego inne zdanie. Świetnie przedstawił to w swej kreacji aktorskiej Więckiewicz, którego Wałęsa brzmi i wygląda jak prawdziwy! Aż chce się słuchać i obserwować wszystkie jego posunięcia. Inni aktorzy też ogólnie dopasowali się do dobrego poziomu, nie aż tak wielkiego jak Więckiewicz, ale szczerze mówiąc trudno by było im przebić jego grę w tym filmie. Jak dla mnie to, w jaki sposób Robert Więckiewicz wykreował swą postać to najlepsza rola w polskim kinie od wielu lat i za to największy plus dla produkcji.
Ogólnie jest to też film dość propagandowy przedstawiający czarno-białą strukturę świata. Wg mnie podział dobrzy my i źli oni prezentuje się dobrze w tolkienowskim świecie między starciami kryształowo dobrych elfów z potwornymi orkami, a nie nadaje się do rzeczywistości. Na pewno nie można powiedzieć, że 100% ludzi związanych z Solidarnością to pomnikowe postaci, a ich oponenci, czyli ówczesna władza i wszystkie jej struktury to w całości zbrodniarze i zamordyści. No ale każda władza ma swoje prawa. Kiedyś kręcono filmy o zgniłych kapitalistach, w obecnym systemie mamy parszywe lewactwo. A można byłoby kiedyś stworzyć jakiś rozsądny kompromis, gdyż obraz Polski sprzed kilkudziesięciu lat w obecnej polskiej kinematografii niczym nie różni się dla widza od czasów okupacji hitlerowskiej. To taka dygresja.

Sam film czasem się dłużył i epatował zbyt wielkim zadęciem, no ale cóż, taki reżyser i tematyka. Szkoda, że producentom zabrakło funduszy na Monicę Bellucci w roli Fellaci, gdyż byłby to dodatkowy magnes dla widza zagranicznego, a i smaczek dla polskich odbiorców. Warto nadmienić, że w filmie wielokrotnie mamy archiwalne obrazy z lat 70. i 80. i quasi dokumentalne sceny z tamtych czasów, które prezentują się całkiem dobrze. 
Podsumowując jest to film, który wypada zobaczyć, choć niekoniecznie trzeba przyjmować wszystkie jego założenia, jako w stu procentach zgodne z prawdą. 







środa, 7 stycznia 2015

Niebezpieczne spotkanie III stopnia

AmbaSSada
Polska 2013
reż. Juliusz Machulski
gatunek: komedia
zdjęcia: Witold Adamek
muzyka: Bartosz Chajdecki

Przy komediach Juliusza Machulskiego bawiłem się świetnie nie raz i nie dwa. Spod jego ręki wychodziły takie filmy jak Deja vu, Seksmisja, Vinci, Vabank, Pieniądze to nie wszystko czy Kiler. Były to produkcje jak na polski rynek bardzo dobre, większość z nich zyskała szybko status kultowych. Zdarzały się wpadki, jak np. Superprodukcja czy ostatnio mocno średnia Kołysanka ale reżyser wyrobił sobie takie nazwisko, że przymykano na to oczy i przy najnowszym dziele oczekiwano powrotu do dobrej formy, jaką przyzwyczaił prezentować. Niestety najnowszy film Machulskiego wpisuje się w ostatnią dekadę twórczośći reżysera...



Fabularnie film nie jest jakoś wielce odkrywczy. Para młodych ludzi wprowadza się na pewien czas do mieszkania wuja jednego z nich w pewnej warszawskiej kamienicy. Możliwe, że w komediach nie oczekuje się specjalnie rozbudowanych portretów psychologicznych postaci, ale jednak już na pierwszy rzut oka małżeństwo Melanii (Magdalena Grąziowska) i Przemka (Bartosz Porczyk) w ogóle nie pasuje do siebie i nie wiadomo co ich przy sobie trzyma. W każdym razie para odkrywa, że w kamienicy, w której żyją mieściła się przed wojną ambasada III Rzeszy. Pewnego razu zjeżdżając windą piętro w dół przenoszą się w czasie do 24 sierpnia 1939 roku trafiając do niemieckiej ambasady, którą akurat zaszczyca swą obecnością Joachim von Ribbentrop (w tej roli Adam Darski, czyli popularny Nergal). 
Ogólnie filmowa licentia poetica pozwala twórcą na umieszczanie nawet najbardziej nierealistycznych rzeczy w swych dziełach, jednak chciałbym, żeby były one jakoś mądrze wytłumaczone. Winda przenosząca bohaterów w tą i z powrotem o ponad 70 lat nie jest niczym uzasadniona, nie wiadomo dlaczego i po co tak się dzieje. Jako widz oczekuję wyjaśnień, których tu brak. Tak samo jest z rolą pewnej szafy, która pojawia się w trakcie filmu. Niedopatrzenie. 
Razie także sztywność głównej dwójki bohaterów, którzy nie są zbyt wiarygodni. Już lepiej spisał się chyba amator, jakim jest Nergal...


Od komedii ja jak i pewnie inni oczekuję tego, żeby była w wielu miejscach zabawna. Tu tego nie ma. Owszem, twórcy starają się od czasu do czasu silić na żarty, ale niestety nie wzbudzały one we mnie zbyt wiele śmiechu. W sumie nawet niespecjalnie mogę przytoczyć kilkanaście godzin po seansie cokolwiek sensownego. A tych pseudo żartów za to jest aż za dużo.Przykładowo scena tortur pochwyconego Hitlera (w tej roli eksploatowany ostatnio równi mocno jak niegdyś Piotr Adamczyk Robert Więckiewicz). Scena ta, gdzie Melania kręci za suty skrępowanego Adolfa z wrzaskiem 'To za Katyń' jest tak stosowna, jak klepnięcie po tyłku Katarzyny W. z okrzykiem 'To za Madzie!'. Już Zezowate szczęście czy Jak rozpętałem II wojnę światową pokazało, że z wojny da się śmiać tu, w Polsce, która tak wiele w tym czasie wycierpiała, ale na litość boską - niech to będzie zrobione z jakąś większą klasą! 
Generalnie oczekiwałem po filmie czegoś więcej. Jeden z najlepszych reżyserów, dobry aktor (Więckiewicz), kontrowersyjna rola (Nergal) plus ciekawe założenia fabularne (przynajmniej to co było podawane w zapowiedziach) dawało nadzieję na co najmniej solidny film ze średnią 7/10 na filmwebie. Wyszło niestety inaczej i możliwe, że to jedna z większych polskich rozczarowań filmowych 2013 roku.