Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 listopada 2018

Czas honoru

Czas mroku (Darkest hour)
USA, Wielka Brytania 2017
reż. Joe Wright
gatunek: dramat, biograficzny, historyczny
zdjęcia: Bruno Delbonnel
muzyka: Dario Marianelli

Oglądając zwiastun tego nagrodzonego dwoma Oscarami filmu w reżyserii twórcy m.in  ekranizacji Dumy i uprzedzenia pierwsze (i możliwe, że jedyne), co się rzuca w oczy to osoba głównego bohatera. Otóż objawia się nam, niemal jak żywy Winston Churchill, a co najlepsze pod kilogramami charakteryzacji gdzieś tam w środku ukryty jest sam Gary Oldman. I to on robi ten film. 


Fabuła nawiązuje do jednego z kluczowych fragmentów II Wojny Światowej toczonej na Zachodzie, a mianowicie wydarzeń w Dunkierce. Kamera koncentruje się jednak nie na walkach, lecz na sytuacji, w jakiej znalazł się brytyjski rząd i parlament, ze szczególnym uwzględnieniem osoby premiera Churchilla (Gary Oldman), którego obserwujemy zarówno jako polityka, jak i męża Clementine (Kristin Scott Thomas).


Niemal w jednym sezonie do kin wyszyły dwa udane filmy, które koncentrują się na wydarzeniach rozgrywających się w Dunkierce w roku 1940 oraz na operacji Dynamo. O ile jednak film Nolana Dunkierka koncentruje się na alianckim poświęceniu militarnym na lądzie, w powietrzu i na wodzie, to film Wrighta przenosi nas w ciasne, duszne sale parlamentu brytyjskiego i w jego kuluary, gdzie władza ustawodawcza mierzy się z dylematem, co zrobić w sytuacji, jaka spotkała żołnierzy uwięzionych na francuskiej plaży. I co ciekawe mimo tego, że zamiast argumentów siły mamy tu siłę argumentów to film ogląda się w pewnym napięciu (choć siłą rzeczy wie się, jak wszystko się skończy). Zasługa tutaj w bardzo precyzyjnym scenariuszu, który niemal sekunda po sekundzie relacjonuje nam napiętą sytuację polityczną tamtych dni. Ktoś zrobił dobrą robotę korzystając zapewne z materiałów, jakie zostały po owych wydarzeniach w Londynie. Drugim wielkim plusem jest charakteryzacja i scenografia, która wiernie odtwarza wygląd ludzi, jak i wnętrz. Film ten jest swoistym wehikułem czasu, który cofa nas niemal osiemdziesiąt lat wstecz. Kolejnym, może największym plusem jest gra aktorska, głównie Oldmana, który przebija się swą mimiką przez grubą powierzchnię warstw charakteryzacji ale także dobrą robotę robią otaczający go ludzie, ze Scott Thomas czy Ben Mendelsohn w roli króla Jerzego. Reasumując film ten to solidna, dwugodzinna dawka kinowej lekcji historii, która powinna usatysfakcjonować każdego kinomana. 







środa, 28 listopada 2018

W potrzasku

Madryt 1987 (Madrid 1987)
Hiszpania 2011
reż. David Trueba
gatunek: dramat
zdjęcia: Leonor Rodríguez
muzyka: Irene Tremblay


Jakiś czas po obejrzeniu Łatwiej jest nie patrzeć, który okazał się całkiem sprawnie nakręconym dziełem postanowiłem sięgnąć po jakiś wcześniejszy film reżysera, Davida Trueby. Wybór padł na powstały dwa lata wcześniej Madryt 1987, który udało się obejrzeć nawet za darmo na jednym z polskich serwisów VOD.


Film pokazuje zdarzenie z życia starzejącego się dziennikarza, Miguela (José Sacristán) oraz początkującej pisarki Angeli (María Valverde). Młoda kobieta liczy na to, że doświadczony i odnoszący sukcesy Miguel pomoże jej w karierze. Gdy akcja przenosi się z kawiarni do mieszkania mężczyzny nieszczęśliwy zbieg okoliczności sprawia, że oboje zatrzaskują się w łazience...


Czytając sam zarys scenariusza, w którym mowa o tym, że w zamkniętym pomieszczeniu niemal nago siedzą głodny być może ostatniego w życiu seksu stary mistrz i chcąca dzięki niemu wystartować z karierą młoda i atrakcyjna dziewczyna nastawiłem się pozytywnie na ten film. Lubię tego typu produkcje, gdzie w zamkniętym pomieszczeniu dochodzi do starcia osobowości, sceny są przegadane ale przegadane inteligentnie, a nad wszystkim unoszą się opary napięcia seksualnego. Nie wymieniając tytułów kilkukrotnie tego typu materiał to przepis na sukces. I przez to miałem całkiem duże oczekiwania co do tego filmu Trueby. Niestety rozczarowałem się tym, co musiałem obejrzeć. Dość mocno męczyłem się przy tym raczej krótkim metrażu, a każda minuta dłużyła się niemiłosiernie. Nie mam nic do przegadanych filmów, a często je lubię jednak jeśli tworzy się tego typu dzieło należy wsadzić w usta postaci coś ciekawego do powiedzenia. Reżyser i scenarzysta w jednym niestety tego nie zrobił i przez te sto minut słuchamy banałów, pseudo intelektualnych monologów, z czego na dodatek duża część jest silnie osadzona w kontekście Hiszpanii połowy lat 80. ubiegłego wieku, przez co niezbyt zrozumiała dla kogoś, kto nie zna kontekstu. Ładna i nawet w kilku momentach roznegliżowana kobieta owszem ratuje ten film, ale nie na tyle, by móc go polecać. Dzięki niej oglądanie nie boli, jednak nie czyni filmy innym niż do zobaczenia i zapomnienia. 






czwartek, 11 października 2018

Poza prawem

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri (Three Billboards Outside Ebbing, Missouri)
USA, Wielka Brytania 2017
reż. Martin McDonagh
gatunek: dramat, kryminał, komedia
zdjęcia: Ben Davis
muzyka: Carter Burwell


Kilka miesięcy przed premierą tego filmu przed kinowym seansem innej produkcji wyświetlono zwiastun 3 billboard'ów i ten zlepek scen sprawił, że zapamiętałem ten tytuł (co dzięki jego specyficznej, długiej nazwie nie było zresztą całkowicie trudne). Późniejsze przychylne recenzje wzbudziły we mnie jeszcze większe oczekiwanie na film McDonagh'a. Także po premierze nie kino nie musiało długo czekać na moją obecność na tym tytule.


Film przenosi widzów do zamieszkałego przez redneck'ów tytułowego małego miasteczka na amerykańskiej prowincji. Kilka miesięcy po zamordowaniu córki Mildred (Frances McDormand) policja wciąż nie odnalazła sprawców tej zbrodni. Rozgoryczona kobieta stara się wpłynąć na miejscowych stróżów porządku poprzez zamieszczenie przy wyjeździe z miasteczka prowokacyjne teksty uderzające w szeryfa Willoughby'ego (Woody Harrelson). Sytuacja ta powoduje zamieszanie w miasteczku...


Film reżysera Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj jest praktycznie pozbawiony słabych punktów. Może jako całość nie jest arcydziełem jednak żaden z punktów kinematograficznego rzemiosła u McDonagha nie szwankuje. Twórca ten świetnie w scenariuszu połączył historię dramatyczną, komediową i kryminalną i wręcz genialnie napisał postaci, które pojawiają się na ekranie. Jednak nawet najlepsze dialogi mogą położyć źle dobrani aktorzy. Na szczęście producenci filmu świetnie trafili z osobami występującymi w filmie. Mało kiedy widzi się tak dobrze zagrany przez tak wielu aktorów film. Zarówno wymienieni już McDormad i Harrelson, ale i wcielający się w Dixona Sam Rockwell, Peter Dinklage i nawet Lucas Hedges wypadają w swych rolach przekonująco. Nic dziwnego, że film, jak i jego twórcy zostali zauważeni na ceremonii oscarowej. Mało w tym roku było filmów aż tak absorbujących widza. A że już trochę minęło od jego premiery to tych, którzy jeszcze nie widzieli zachęcam do zapoznania się z tą produkcją.






wtorek, 9 października 2018

Twórca niechciany

Disaster Artist (The Disaster Artist)
USA 2017
reż. James Franco
gatunek: biograficzny, dramat, komedia
zdjęcia: Brandon Trost
muzyka: Dave Porter

Oczekując na premierę tego filmu specjalnie dzień przed jego obejrzeniem obejrzałem sprawcę całego zamieszania, czyli kultowy film - porażkę The Room. Wszystko po to, aby być jak najlepiej przygotowanym na to, co stworzył James Franco.


Film opowiada prawdziwą historię niejakiego Tommy'ego Wisseau (w tej roli sam reżyser) i jego perypetii przy tworzeniu swego magnum opus czyli filmu The Room. Niezbyt utalentowany aktorsko Tommy nie mogąc załapać się na castingu do jakiejkolwiek roli postanawia sam nakręcić film. Pomaga mu w tym dużo młodszy znajomy, Greg Sestero (brat reżysera, Dave Franco).


Nie jestem szczególnym fanem dorobku filmowego Jamesa Franco i całej jego stajni aktorsko-kumpelskiej, w skład której oprócz jego młodszego brata Dave'a wchodzi między innymi Seth Rogen. Panowie choć czasem mają błyskotliwe pomysły kojarzą mi się z tym co może być najgorsze w zwrocie amerykańska komedia. Jednak mając na uwadze, że starszy z braci Franco wciąż stara się działać (z różnym skutkiem) w niekomercyjnych projektach, a sam pomysł zekranizowania biograficzno-komediowej epopei o nakręceniu jednego z najpokraczniejszych filmów w historii wydawał mi się ciekawy uznałem, że na akurat ten film tej ekipy warto czekać. I generalnie rzecz biorąc nie zawiodłem się. Team Franco pokazuje, że może działać w kręgach okołokomediowych bez oklepanych pseudo żartów o pierdzeniu, upalaniu się i analnych żartów. Prezentowany film wydaje się bardzo wyważony pod względem komediowo-dramatycznym. Często jest śmiesznie, czasem smutno i nostalgicznie. James Franco naprawdę przygotował się do roli i niemal staje się odtwarzanym przez siebie bohaterem (nawiasem mówiąc sam Wisseau, któremu ten film dał drugie życie pojawia się na chwilę na ekranie). Nie spodziewałem się wiele, ale dostałem zaskakująco solidny, a nawet dobry film o marzeniach, przyjaźni, dążeniu do celu, pasji i graniczącej z manią. Jamesie Franco, Dave'ie Franco i ty, Seth'cie Roganie! Idźcie tą drogą! Idźcie!






wtorek, 2 października 2018

Antyfilm

The Room
USA 2003
reż. Tommy Wiseau
gatunek: dramat
zdjęcia: Todd Barron
muzyka: Mladen Milicevic

Film The Room to po latach już produkcja kultowa. Uznawana za najgorszy produkt okołofilmowy wszech czasów (choć znalazłoby się wiele godnych konkurentów do tego tytułu, wśród których znalazłyby się tytuły jeszcze gorsze) ma nawet armię fanów, którzy spotykają się cyklicznie na seansach filmu nijakiego Tommy'ego Wiseau. Za sprawą zaś Jamesa Franco i jego zeszłorocznemu filmowi, który odkurzył The Room film ten dzięki swej bylejakości wkroczył na salony światowego kina. Dlatego też będąc chwilę przed premierą filmu Franco wreszcie zdecydowałem się go zobaczyć.


W filmie poznajemy historię przyzwoitego Johnny'ego (w tej roli sam Wiseau), który to spełnia się w pracy zawodowej, jest wzorowym obywatelem, lojalnym kumplem i kochającym narzeczonym. Jednak jego sytuacja życiowa mocno wymyka się spod kontroli, gdy jego narzeczona Lisa (Juliette Danielle) zacznie zdradzać go z najlepszym przyjacielem Markiem (Greg Sestero).


Myślę, że poniekąd trwające zainteresowanie tym filmem może wynikać oprócz z jego antyjakości także z osoby twórcy. Na dobrą sprawę o reżyserze, scenarzyście, aktorze i producencie tego filmu nic nie wiemy. Nie wiadomo skąd wziął (i brawurowo zmarnował) całkiem duże pieniądze na stworzenie tego filmu, skąd pochodzi (istnieje dość prawdopodobny trop wiążący pochodzenie tego człowieka z naszym krajem, choć nie wiem czy to powód do dumy) ani w zasadzie jednego pewnego faktu z jego biografii. 
Sama produkcja jest kiczowata, leży w niej każdy aspekt tego, z czego powinien składać się film. Wiseau uwalił w tym filmie wszystko, co można było uwalić i co gorsza nie zrobił tego za garść dolarów, a zmarnował wiele milionów dolarów niewiadomego pochodzenia (co będzie przedstawione w filmie Jamesa Franco). Brak logiki w scenariuszu, brak logiki w dialogach, fatalna budowa postaci, jasełkowa gra aktorska, dramatyczne CGI (które w sumie nie było potrzebne, ale omnibus Wiseau się uparł, bo w dobrych filmach CGI być musi). Naprawdę patrząc na ten film serio nie ma w nim choćby jednego pozytywnego punktu zaczepienia. A twórca ponoć bardzo poważnie myślał o co najmniej oscarowej nominacji. Jednak jeśli podejdzie się do tego filmu w kategoriach humorystycznych to praktycznie w każdej scenie znajdziemy element, dzięki któremu będzie można się uśmiechnąć. Dlatego warto spędzić te 100 minut na produkcji Wiseau, choćby dla kultowej już sceny na dachu (Hi Mark!), pierwszego dialogu Johnny'ego z Markiem lub nadekspresyjnej gry aktorskiej. Inne filmy o podobnej antyjakości irytują i męczą - The Room nieświadomie dla zamysłu twórcy bawi. Jedyny film, który dostał ode mnie jeden punkt na dziesięć ale za to z serduszkiem. 





czwartek, 27 września 2018

Beatlemaniak

Łatwiej jest nie patrzeć (Vivir es fácil con los ojos cerrados)
Hiszpania 2013
reż. David Trueba
gatunek: dramat
zdjęcia: Daniel Vilar
muzyka: Pat Metheny

Za sprawą kilku reżyserów oraz aktorów i innych sprawnych twórców stanowiących obecną generację hiszpańskiej kinematografii bardzo lubię współczesne kino rodem z Hiszpanii. Pełen wachlarz gatunkowy, jaki oferuje w ostatnich latach oferują twórcy z Półwyspu Iberyjskiego potrafi zaspokoić wymagania najwybredniejszych widzów. Dlatego też, gdy nadarzyła się okazja zobaczyć film będący laureatem sześciu nagród Goya (najważniejsza hiszpańska nagroda filmowa) nie mogłem jej nie wykorzystać. 


Poznajemy lekko podstarzałego samotnika Antonia (Javier Cámara) - nauczyciela angielskiego, który przy okazji jest wielkim fanem zespołu The Beatles oraz Johna Lennona. Gdy dowiaduje się, że znany brytyjski muzyk przybywa do jego kraju, by w Almerii kręcić film rusza na spotkanie ze swoim idolem. W czasie podróży zabiera ze sobą dwoje autostopowiczów - Juanjo (Francesc Colomer) i Belén (Natalia de Molina).


Produkcja ta, która w tytule ma fragment tekstu z piosenki Strawberry Fields Beatlesów jest typowym filmem drogi i jako kino drogi spełnia on swoje wszystkie założenia. Mamy podróż z punktu A do punktu B, wartościowy cel czekający na końcu podróży oraz różne zdarzenia występujące po drodze. Owładnięty pewną obsesją Antonio spotyka się z mającymi pewne problemy ludźmi, a spotkania te wywrą ślad zarówno w nim, jak i w napotkanym nastolatku oraz młodej kobiecie. I chociaż dramatyczno - komediowa oś fabularna filmu nie zawsze trzyma równy poziom i czasami, jak to w filmach drogi w zwyczaju za dużo tu slow cinema to dzięki sympatycznym bohaterom i pięknym górskim widokom seans nie dłuży się aż tak bardzo. Plusem jest też pewien kontekst epoki generała Franco i jego opozycja względem osoby Lennona i poglądów, jakie głosił artysta. Całościowo sprawia to, że mamy do czynienia z sympatyczną, całkiem niezłą produkcją. Chociaż nagrodzenie jej w aż sześciu kategoriach na rodzimym rynku to moim zdaniem duża przesada. 



Feministyczne wychowanie

Kobiety i XX wiek (20th Century Women)
USA 2016
reż. Mike Mills
gatunek: dramat
zdjęcia: Sean Porter
muzyka: Roger Neill

W ubiegłym roku do pełnoprawnej kinowej dystrybucji trafiło 355 filmów z czego 45 z nich pochodziło z Polski. Daje to więc średnią około 30 premierowych tytułów, które każdego miesiąca trafiały do multipleksów i/lub kin studyjnych. To całkiem duża liczba jednak biorąc pod uwagę ile rocznie filmów kręci się na świecie to na nasze ekrany trafia tylko nieliczna cząstka tego, co jest produkowane we wszystkich krajach (w samym Nollywood,czyli nigeryjskiej wersji Hollywood powstaje przeszło tysiąc produkcji rocznie). Ograniczona liczba filmów trafiających do Polski powoduje to, że wiele wartościowych filmów nie trafia do polskich kin kosztem mało ambitnych filmów. Opisywanemu właśnie filmowi też nie dane było trafić do naszych kin, jednak moim zdaniem nikt zbytnio na tym nie stracił.


Film przenosi nas w czasie do Stanów Zjednoczonych lat 70. ubiegłego wieku, gdzie w miejscowości Santa Barbara dzieje się jego akcja. Starzejąca się hipiska, rozwiedziona Dorothea (Annette Bening) nie radzi sobie z właściwym wychowaniem swojego dorastającego syna, Jamie'go (Lucas Jade Zumann). Kobieta prosi więc mieszkającą w pobliżu Abbie (Greta Gerwig) oraz starszą przyjaciółkę Jamie'go Julie (Elle Fanning) o pomoc wychowawczą syna. 


Film przenosi nas do kolorowych lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, które to zostały sprawnie odtworzone przez filmowców. Generalnie zarówno charakteryzacja, jak i odpowiednie lokalizacje odwzorowane zostały solidnie, co jest jednym z plusów filmu. Technicznie ciężko cokolwiek zarzucić filmowi Millsa, gdyż wszystko tu jest rzemieślniczo poprawne. Także gra aktorska postaci z Gerwig, Fanning i grającego konkubenta matki bohatera Billy'ego Crudup'a nie budzi zastrzeżeń. Niestety scenariuszowo moim zdaniem ten film kuleje. Niby mamy tutaj ważne tematy społeczne, takie jak schyłek ery hippisów, rozkwit feminizmu, czy potrzeba wzorca męskiego w zrównoważonym rozwoju nastolatka, jednak niezbyt dobrze zostało to wkomponowane w język filmowy. Niestety sprawia to, że film nie angażuje widza, jest po prostu nudno. Wszystko to sprawia, że całość jest co najwyżej poprawna.




środa, 26 września 2018

Szczyt narodu

Północna ściana (Nordwand)
Niemcy, Austria, Szwajcaria 2008
reż. Philipp Stölzl
gatunek: dramat, przygodowy
zdjęcia: Kolja Brandt
muzyka: Christian Kolonovits

Co jakiś czas słyszy się o próbach śrubowania rekordów w alpinizmie. Niestety przeważnie głośno robi się nie wtedy, gdy komuś uda się spektakularne wejście lecz wtedy, gdy wydarza się tragedia wspinacza lub wspinaczy. O nieudanych próbach powstają książki i kręci się filmy, podczas gdy udane często pozostają w cieniu. Ta europejska koprodukcja pokazuje retro próbę zdobycia szczytu Eiger od niedostępnej wcześniej dla człowieka strony.


Alpy Berneńskie, rok 1936. Dwóch bawarskich alpinistów (Benno Fürmann i Florian Lukas) planuje wejść najtrudniejszym szlakiem - tytułową północną ścianą na górę Eiger. Nikt przed nimi nigdy nie dokonał tego wyczynu. Ewentualny sukces tej dwójki będzie propagandowo oddziaływać, jako sukces aryjskiej rasy i całej III Rzeszy. Losy alpinistów śledzi przybyła z Niemiec dziennikarka, Luise (Johanna Wokalek).


Dużo jest filmów katastroficznych tego typu, które opowiadają o próbach zdobywania wysokich gór i tragicznych reperkusjach tegoż zdobywania. Wiele z nich jest jednak dość wtórnych, ukazują podobny okres, podobne problemy i generalnie podobne sytuacje. Opisywany właśnie film jednak trochę wyróżnia się wśród natłoku analogicznych tytułów. To co cechuje pozytywnie Północną ścianę  jest data akcji filmu. Lata trzydzieste ubiegłego wieku to (abstrahując od klimatu politycznego) epoka romantyczna alpinizmu, gdzie ludzie musieli pozostać niemal sami przeciw sile gór. Klimat retro i historyczne konotacje to duże, jeśli nie największe plusy tej produkcji. Realizatorzy także nieźle poradzili sobie z odwzorowaniem tej wyprawy, przez co z ciekawością widzowie mogą cofnąć się o ponad osiemdziesiąt lat. Także jeśli ma się ochotę na niesztampowy film o górach to jest to jak najbardziej pozycja warta uwagi. 






poniedziałek, 21 maja 2018

Dwa światy

Gosford Park
USA, Wielka Brytania, Włochy 2001
reż. Robert Altman
gatunek: dramat, kryminał
zdjęcia: Andrew Dunn
muzyka: Patrick Doyle

Lubię utrzymane w starym, dobrym stylu kryminały brytyjskie, w których postaci pokroju Sherlocka Holmesa, panny Marple czy Hercules Poirot rozwiązują zawiłe sprawy mordów, kradzieży i szantaży wśród dawnych wyższych sfer tamtejszego społeczeństwa. Literacko podobało mi się też przeniesienie tego typu intryg do carskiej Rosji przez Borisa Akunina i jego bohaterów Erasta Fandorina i siostry Pelagii. Dlatego gdy wpadł mi do rąk film z nowszych już czasów, lecz oparty klimatem na klasycznych dziełach uznałem, że to pozycja w sam raz dla mnie.


Do tytułowej posiadłości Gosford Park zjeżdża się cała okoliczna śmietanka towarzyska, by wspólnie bankietować oraz wziąć udział w polowaniu. Nad tym, by wszystko szło sprawnie,a wyższe sfery mogli bez przeszkód próżnować czuwa cały tabun służby. Wszystko idzie wytyczonym torem, aż do czasu, gdy gospodarz imprezy (Michael Gambon) zostaje znaleziony martwy w swojej pracowni.


Dziwny to kryminał. Bo praktycznie pytanie kto zabił. A jednak w klasycznych działach kryminalnych w stylu brytyjskim to było dość istotną sprawą. Tutaj zaś scenarzyści skupiają niemal całość uwagi na odwiecznym konflikcie między uprzywilejowanym światem bogaczy i podrzędną rolą usługujących ich ludzi. Obie te grupy żyją obok siebie, mieszkają w tych samych budynkach i stykają się przez całe swe życie jednak nie ma między nimi choćby grama porozumienia - są różni jak woda i ogień, mają inne cele, aspiracje i sposób postrzegania. I właśnie o tych różnicach, tych dwóch światach jest ten film. Więc jako pokazanie społecznych różnic między tymi dwoma różniącymi się klasami społecznymi film Altmana zdaje egzamin. Dramatyczna strona filmu jest ukazana jak najbardziej okej. Szkoda, że twórcy z takimi detalami nie odwzorowali wątku kryminalnego. 
Producentów należy za to pochwalić za to, jaką kadrę aktorską udało się zebrać w tym filmie. Na ekranie pojawiają się naprawdę mocne nazwiska brytyjskiej sceny filmowej: Maggie Smith, Emily Watson, Charles Dance, Kristin Scott Thomas, Helen Mirren czy Kelly Macdonald. Warstwa aktorska więc jest tutaj naprawdę dobrze wykonana. Tak samo jak dobrze odwzorowana posiadłość i stroje z epoki. Także jeśli nie nastawia się na opowieść kryminalną to jest to film, który można jak najbardziej obejrzeć.





niedziela, 4 lutego 2018

Ta ostatnia niedziela

Party (The Party)
Wielka Brytania 2017
reż. Sally Potter
gatunek: dramat, komedia
zdjęcia: Aleksei Rodionov

Są w kraju i na świecie ludzie, którzy lubują się w filmach nakręcanych w teatralny sposób. Doceniają w nich perfekcyjnie skrojony scenariusz oraz nienaganną grą klasowych aktorów (nie tych celebrytów pokroju Rocka Johnsona z pierwszych stron lifestylowych gazet). Nie dziwi fakt, że najwięcej teatralnych filmów powstaje w kolebce nowożytnego teatru, Wielkiej Brytanii.


Janet (Kristin Scott Thomas) organizuje przyjęcie by uczcić na nim ukoronowanie swojej kariery politycznej - została nominowana na posadę ministra zdrowia.  Na imprezę przybywają jej współpracownice - April (Patricia Clarkson) wraz z Gottfriedem (Brunoz Ganz), Martha (Cherry Jones) wraz ze swą partnerką Jinny (Emily Mortimer) oraz mąż nieobecnej pracownicy, Tom (Cillian Murphy). Nim wszystko zacznie się rozkręcać mąż Janet, Bill (Timothy Spall) oznajmia zgromadzonym, że jest śmiertelnie chory...


Ten kameralny film (rozgrywa się w kilku pomieszczeniach domu i pod jego drzwiami) rozprawia się z prawdziwymi intencjami polityków oraz ich osobistym stosunkiem do głoszonych publicznie tez oraz odkrywa prawdziwe oblicza znających się często przez lata bohaterów. A czyni to wszystko z zacięciem tragikomicznym. Pochodzący z jednej frakcji politycznej bohaterowie prywatnie nie kryją się we własnym gronie z całkiem innym podejściem do wielu spraw, niźli podaje je linia partii. Ogłoszenie Billa odnośnie swojego terminalnego stanu doprowadza zaś do całej spirali niecodziennych wypadków i wypowiedzi. Jako że jest to idealnie, kunsztownie wręcz zagrane przyjemnie patrzy się na coraz to nowe tajemnice wychodzące na światło dzienne. 
Niestety nie przekonuje mnie w kinie ten teatralny sznyt. Tego typu scenariusze nadają się idealnie do wystawiania na teatralnych deskach, zaś w oglądane na wielkim ekranie kinowego multipleksu w dużej części tracą swój urok. Oczywiście gdyby film ten nie powstał, a aktorzy zagraliby go w jednym z londyńskich teatrów to nie mógłbym dzisiaj o nim pisać, bo bym go nie po prostu nie zobaczył, jednak wydaje mi się, że tego typu sztuka przewyższa jednak multipleks z popcornem, siorbaniem i smartfonami - jej miejsce jest w godniejszym miejscu. Także samo nakręcenie filmu w czarno białych barwach wydaje mi się trochę kontrowersyjne, lecz w sumie w pewnym momencie można się do niej przekonać. Wydaje mi się, że dobrze obejrzeć ten film w kameralnym kinie studyjnym, na małym ekranie, w ciszy i spokoju. Wtedy ma się małą namiastkę teatru.





sobota, 3 lutego 2018

Poza kontrolą

Atak paniki
Polska 2017
reż. Paweł Maślona
gatunek: dramat, komedia
zdjęcia: Cezary Stolecki
muzyka: Radzimir Dębski

Od dłuższego czasu dochodziły do mnie opinie o tym filmie. Ktoś gdzieś widział go na festiwalu, krytycy chwalili nową jakość w rodzimym kinie, później wyszedł intrygujący zwiastun. Także na film Maślony, który napisał go wraz z kilkoma występującymi w filmie aktorami poszedłem jak na spotkanie ze świętym Graalem.


Film opowiada historię kilku ludzi (Artur Żmijewski, Dorota Segda, Małgorzata Popławska, Grzegorz Damięcki, Julia Wyszyńska, Małgorzataa Hajewska-Krzysztofik, Bartłomiej Kotschedoff, Aleksandra Pisula), którzy w pewnym momencie swojego życia znaleźli się w mocno stresujących sytuacjach. 


Jakbym miał jakoś porównać produkcję Maślony uznałbym ją za pewne połączenie 11 minut  Jerzego Skolimowskiego z argentyńskim filmem Dzikie historie Damiana Szifrona. Z tą drugą produkcją łączy go pewien fakt tematyczny, a więc opowieści o frustracji często przechodzącej w gniew. Myślę, że nieudany film Skolimowskiego aspirował właśnie do tego, co pokazał w swoim filmie Maślona. Mamy tutaj rozgrywające się niemal w czasie rzeczywistym (jest kilka przeskoków w późniejszej części filmu) historie ludzi z różnych grup społecznych. Ludzie ci narażeni są na stresowe sytuacje, takie jak podróż samolotowa z siedzącym obok zagranicznym grubasem-gadułą (brawa dla producentów za zatrudnienie w tej roli znanego w Europie Duńczyka Nicolasa Bro), wizyta koleżanek w baaardzo nieodpowiednim momencie czy...groźba przegrania w trwającej non stop grze internetowej (obstawiam OGame). Wszystko to zostało sprawnie zagrane (szczególne brawa dla Żmijewskiego, Popławskiej i Kotschedoffa) lecz nie każda historia wciąga i interesuje widza jednakowo. Jako że film nie ma jednego czy dwóch głównych bohaterów, a jest ich cała garść kamera skacze po świecie przedstawiając ich losy (w stylu 11 minut, nie jak w Dzikich historiach, gdzie oglądaliśmy kilka etiud połączonych klimatem i reżyserem). Sam najbardziej czekałem na sceny rozgrywane w samolocie, trochę mniej na kelnera-gracza i historię rozgrywaną w restauracji czy u odwiedzanej przez koleżanki dziewczyny. Była też jeszcze scena wesela (gdzie poruszał się też kelner-gracz ale jego wątek był inny) oraz z dziećmi próbującymi miękkie narkotyki jednak te wątki mnie w ogóle nie ruszyły. Napięcie w każdej ze scen rośnie powoli, jednak nie wszystkie tytułowe ataki paniki wyglądają przekonująco. Film zapowiadano jako komedię i wielu tak go odebrało. Są tam pewne aspekty komediowe, jednak ogólnie wydaje mi się, że bliżej mu do dramatu z elementami humorystycznymi. Realizatorsko jest to coś innego w polskim kinie więc na pewno warto ten film zobaczyć. Jednak nie uważam go za coś szczególnie wybitnego.



piątek, 2 lutego 2018

Utopia liliputów

Pomniejszenie (Downsizing)
USA 2017
reż. Alexander Payne
gatunek: dramat, sci-fi
zdjęcia: Phedon Papamichael
muzyka: Rolfe Kent 



Na ten film czekałem od czasu, gdy pierwszy raz zobaczyłem przy jakiejś okazji jego zwiastun. Może nie był to najwyższy poziom ekscytacji, który towarzyszy niektórym zapowiedziom filmowym jednak wiedziałem, że jak tylko produkcja trafi do kin może być pewne, że i ja zamelduję się na sali kinowej. Niestety jednak film okazał się być czymś innym, niż się po nim spodziewałem. 


Skandynawskim naukowcom udaje się zmniejszyć żywe organizmy. Paul Safranek (Matt Damon) zafascynowany zmniejszeniem się i związanym z tym życiu w luksusowej kolonii dla liliputów przekonuje żonę (Kristen Wiig), by razem poddali się zabiegowi zmniejszenia. Gdy przychodzi co do czego ta jednak wycofuje się z przedsięwzięcia, o czym sam Paul dowiaduje się już po swoim zminimalizowaniu. Zmuszony jest więc podjąć samotne życie w pełnym przepychu mikro świecie. Zaprzyjaźnia się ze swym wpływowym sąsiadem, pochodzącym z Bałkanów Dusanem Mirkoviciem (Christoph Waltz).


Film wyszedł spod skrzydeł nietuzinkowego reżysera Alexandra Payne'a. Facet może nie jest z gatunku tych rozpoznawalnych przez ogół reżyserów - celebrytów pokroju Tarantino, jednak nakręcił kilka znacznych tytułów (jak choćby świetna Nebraska czy Bezdroża. W sumie jest to jeden z najlepszych ludzi jeśli trzeba nakręcić film drogi. Pomniejszenie choć bohater prawie stale się przemieszcza jednak filmem drogi nie jest. W sumie zaś produkcja ta cierpi na pewną przykrą dla dzieł filmowych przypadłość - kryzys tożsamości. Twórcy nie identyfikują się z jedną narracją filmu, często zmieniają jego ciężar gatunkowy, niezbyt skutecznie mieszają ramami gatunkowymi. W rezultacie całość jest nieco niestrawna. Zwiastun zapowiadał raczej uroczą komedyjkę o małych ludziach żyjących w wielkim świecie pod jakąś kopułą. Jednak komedii jest tutaj mało. Film czasem uderza w tony apokaliptyczne (nieuchronna zagłada ludzkości, nawet jeśli ta się zmniejszy oszczędzając tym samym zasoby naturalne), czasem zaś angażuje się społecznie pokazując nierówności społeczne nawet w wydawać by się można idealnym, zmniejszonym świecie. Film trochę ujawnia też pewien problem rasizmu w obecnym Hollywood, który ma coraz mniejszy problem z pokazywaniem relacji par biało-czarnych jednak chyba dalej uprzedzony jest do Azjatów. Bohater grany tutaj przez Damona poznaje uciekinierkę z Wietnamu (graną przez pochodzącą z Tajlandii Hong Chau) i w pewnym momencie między nimi zaczyna iskrzyć i dochodzi nawet do seksu, a finalnie zakochania i w domyśle spędzenia ze sobą przez parę reszty życia. Jednak wszystko to można wywnioskować tylko z dialogów, świeżo zakochane w sobie postaci w filmie nie składają sobie nawet pocałunku. Czyżby to w mainstreamowym kinie wciąż był o jeden most za daleko?
Nie jest to jednak film słaby. Broni się w sumie ciekawym pokazaniem świata, jest po rzemieślniczu przyzwoicie nakręcony, postaci są sympatycznie napisane i dobrze zagrane (wyróżniłbym tu też ciekawą dalszoplanową rolę Udo Kiera). Także jak najbardziej można obejrzeć, jednak nie powinno się spodziewać Bóg wie czego. Typowy hollywoodzki przyzwoity przeciętniak. 







środa, 31 stycznia 2018

Rzeźnia numer dwa

Zieloni rzeźnicy (De Grønne slagtere)
Dania 2003
reż. Anders Thomas Jensen
gatunek: komedia, dramat
zdjęcia: Sebastian Blenkov
muzyka: Jeppe Kaas

Po obejrzanym w zeszłym miesiącu filmie Mężczyźni i kurczaki postanowiłem kontynuować moją filmową przygodę ze skandynawskimi czarnymi komediami. Tym razem udało mi się sięgnąć po kolejny film z Danii, który jednak pochodzi z wcześniejszej dekady niż przytoczony chwilę temu tytuł.


Svend (Mads Mikkelsen) i Bjarne (Nikolaj Lie Kaas) pracują jako rzeźnicy w rzeźni prowadzonej przez Holgera (Ole Thestrup). Mężczyźni są jednak niezadowoleni z tego, jak traktuje ich pracodawca więc zwalniają się i otwierają własną sklep mięsny. Na ten cel pozbywają się wszystkich oszczędności, poza tym Bjarne decyduje się na poddanie eutanazji swojego brata, który od lat pozostaje w śpiączce. Dzięki temu trafi do niego kolejna część spadku po rodzicach. Gdy udaje się w końcu otworzyć sklep interes nie idzie najlepiej. Przynajmniej do czasu, gdy Svend serwuje potrawę z...mięsa człowieka.


Ten kto oglądał wcześniejsze filmy Andersa Thomasa Jensena powinien szybko odnaleźć się także w nieco groteskowych realiach i tej produkcji. Reżyser wspomnianych już wcześniej Mężczyzn i kurczaków oraz Jabłek Adama serwuje po raz kolejny swoje autorskie kino oparte na miksie komedii, dramatu oraz pewnego rodzaju ironicznego absurdu. Po raz kolejny też oglądamy żelazny zestaw duńskich aktorów, którzy pojawiają się niemal w każdej znaczącej produkcji z tego kraju. Jest więc i Mads Mikelsen, który choć urodą normalnie nie grzeszy to w tym filmie ucharakteryzowany jest wręcz odpychająco, jest Nikolaj Lie Kaas czy też w jednej z mniejszych, choć znaczących ról pojawia się Nicolas Bro. Każdy z wymienionych panów jest dobrym aktorem więc i tutaj trzymają poziom dzięki któremu łatwo uwierzyć w opowiadaną w filmie historię.
W produkcji tej wszystko idzie dobrze, gdy realizowana jest ta makabryczno-komediowa jej część. Można się wtedy uśmiechnąć i z satysfakcją oglądać dalsze losy nieudaczników, jakimi są główni bohaterowie. Niestety ciężej ogląda się dalszą część filmu, który w pewnym momencie skręca z drogi komedii w ścieżkę dramatu rodzinnego. Może i poruszany temat jest ważny, jednak trochę kłóci się z trupio-lekką formą pierwszej części filmu. Gdyby twórcy szli dalej drogą komediową tylko trochę wplatając dramatyczne wstawki myślę, że osiągnęliby więcej. A tak mamy w rezultacie film tylko niezły. Choć fani skandynawskich filmów z pogranicza komedii i dramatu powinni go jak najbardziej obejrzeć.





wtorek, 23 stycznia 2018

Upadek

Śmierć prezydenta
Polska 1977
reż. Jerzy Kawalerowicz
gatunek: dramat, biograficzny, historyczny
zdjęcia: Jerzy Łukaszewicz, Witold Sobociński
muzyka: Adam Walaciński

Postać Gabriela Narutowicza jest w Polsce a co gorsze wśród samych Polaków mało znana. Wszyscy znamy pierwszego prezydenta Stanów Zjednoczonych, zaś wielu ludzi w Polsce nie wie nic o pierwszym prezydencie własnego kraju. Sytuacja w USA nie do pomyślenia. Dlatego też dobrze, że przed czterdziestu laty powstał ten film, który przybliża postać Narutowicza i burzliwe czasy, w których żył (a przede wszystkim musiał umrzeć).


W polskim Sejmie trwają ostre dyskusje na temat wyboru historycznego, pierwszego prezydenta niepodległego kraju. Sytuacja jest patowa, gdyż każde stronnictwo opowiada się za swoim kandydatem. W kryzysowej sytuacji lewica i ludowcy proponują wystawienie w wyborach ówczesnemu ministrowi spraw zagranicznych, Gabrielowi Narutowiczowi (Zdzisław Mrożewski). Ten niechętnie zgadza się kandydować, z czego otwarcie niezadowolone są środowiska prawicowe.


Film Kawalerowicza jest niemal dokumentalnym zapisem ostatnich dni życia Gabriela Narutowicza. Skupia się nie tylko na osobie ministra i późniejszego prezydenta ale pokazuje też nastroje społeczne, które panują w Warszawie zimą roku 1922. Wydaje się, że film ten będący aktorską wersją prawdziwych wydarzeń sprzed stu lat powinien być dla współczesnego widza nie tylko lekcją historii a przestrogą. Przestrogą przed skrajnościami i nienawiścią polityczną, która od lat trawi Polskę. Widząc co spotkało nieszczęsnego prezydenta może warto pomyśleć nad tym, gdzie są granice konfliktu politycznego.
Film mimo powstania w poprzednim ustroju wydaje się uczciwie i wiernie pokazywać zdarzenia z początku funkcjonowania II Rzeczypospolitej. Wydarzenia na ekranie śledzi się jak kronikę, a oglądanie gry aktorskiej dostarcza przyjemności. Doskonale została nie tylko poczciwa postać prezydenta została zagrana przez Mrożewskiego, ale i świetnie wpasował się w rolę marszałka Piłsudskiego Jerzy Duszyński, który nie tylko wygląda ale i mówi, jak odgrywana przez niego postać. Warto zaznaczyć też emocjonalną, wyrazistą rolę Marka Walczewskiego, który wcielił się w mordercę Eligiusza Niewiadomskiego. Generalnie ciężko znaleźć tutaj słaby punkt aktorski. Co ważne nie tylko dobrze odwzorowano postaci historyczne ale i zadbano odpowiednio o wskrzeszenie Warszawy roku 1922. Kostiumy, dekoracje, przedmioty, oręż wojskowy - przywiązanie twórców do detalu świetnie wprowadza w klimat minionych czasów.
Reasumując jest to film trudny. Na pewno część osób może się oglądając go zacząć wstydzić za Polskę (i jej niechlubną przeszłość, która niestety miała miejsce w czasie zawartym w filmie). Jednak uważam, że każdy mieszkaniec naszego kraju powinien obejrzeć ten film. Może nawet w szkole. 




niedziela, 21 stycznia 2018

Chore społeczeństwo

Obłąkany świat (Yi Nian Wu Ming)
Hongkong 2016
reż. Chun Wong
gatunek: dramat

.Film ten nie trafił (i zapewne nigdy nie trafi) w Polsce do szerokiej dystrybucji kinowej w multipleksach, ani nawet w kinach studyjnych. Prawdopodobnie nie zawita też w wydaniu DVD (chyba, że jakiś alternatywny wydawca się o to pokusi ale raczej wątpię). Jednak ten hongkoński kandydat do nieanglojęzycznego Oscara (wiadomo już, że tak jak nasz Pokot film ten nie ma szans na nominację) zawitał do naszego kraju w ramach Festiwalu 5 Smaków, także kilku szczęśliwców mogło go obejrzeć w Warszawie na dużym ekranie.


Film opowiada historię Tunga (Shawn Yue), który właśnie opuszcza szpital psychiatryczny po leczeniu choroby dwubiegunowej, która to zrujnowała jego karierę zawodową. Nie mający gdzie się podziać mężczyzna trafia pod opiekę swojego ojca (Eric Tsang). 


Film przedstawia trudny temat choroby psychicznej (nawet już kontrolowanej, a może i zaleczonej), który jest tematem wstydliwym w każdej kulturze, ale chyba w Azji Wschodniej ostracyzm względem chorych jest stosunkowo największy Także film pokazujący perypetię Tonga ma pełnić pewną terapeutyczną funkcję w tamtejszym społeczeństwie. Wątek fabularny dzieli się na dwie części - pokazuje relacje Tunga z ojcem (odbudowa zaufania i stosunków między rodziną to ciekawsza część filmu) oraz z dawną narzeczoną (Charmaine Fong) (ten wątek akurat nie przypadł mi do gustu) oraz nieufny, bojaźliwy stosunek społeczeństwa do powracającego do domu mężczyzny (tu bywają lepsze i gorsze momenty).
I choć fabularnie nie jest moim zdaniem perfekcyjnie i czasem jest więcej minusów niż plusów to film najwięcej zyskuje dzięki scenografii i pracy kamery. Przyzwyczailiśmy się do traktowania Hongongu jako enklawy bogaczy, jednak trzeba sobie zdać sprawę, że w tym wielkim mieście jednak przeważa biedota, która na tych bogaczy robi. W mieście panuje olbrzymi tłok, a wszyscy gdzieś muszą mieszkać. Trafiamy więc z kamerą do mającej kilka metrów kwadratowych klitki, gdzie pokazana jest skromna egzystencja ojca Tunga (oraz samego Tunga). Czuć to poczucie klaustrofobii i przytłoczenia bohaterów w czterech ścianach. Operatorowi udała się sztuka odpowiedniego pokazania rzeczywistości w tego typu budownictwie mieszkalnym. I choćby dlatego warto było obejrzeć ten film. 






sobota, 20 stycznia 2018

Dystopia

Kieł (Kynodontas)
Grecja 2009
reż. Yorgos Lanthimos
gatunek: dramat
zdjęcia: Thimios Bakatakis

Po obejrzeniu dobrze przyjętych zarówno przez krytyków, jak i przeze mnie (oraz moją żonę) Lobstera i Zabiciu świętego jelenia postanowiłem sięgnąć po wcześniejszy film z dorobku greckiego reżysera: kontrowersyjną produkcję wyprodukowaną jeszcze w jego rodzimej Grecji, z udziałem tamtejszych aktorów oraz języka. 


W okalanym wysokim murem domu gdzieś na przedmieściach mieszka bardzo nietypowa rodzina. Ojciec (Christos Stergioglou) i Matka (Michelle Valley) całkowicie izolują w nim od świata swoje córki (Aggeliki Papoulia i Mary Tsoni) oraz syna (Hristos Passalis). Dzieci pary nie wiedzą nic o realnym świecie poza murami domostwa.


Grecki reżyser w tym filmie z 2009 roku nie ma jeszcze tego samego stylu, jak w dwóch ostatnich anglojęzycznych produkcjach (na przykład brak tutaj barokowej, wżerającej się w mózg muzyki) jednak i tak specyficznie wyróżnia się w budowaniu struktury świata przedstawionego w obrazie. A świat bohaterów zamkniętych w domu jest światem na pewno niezwykłym, choć niezwykłość ta z całą pewnością nie jest zbyt dobra. Tak jak w swych późniejszych filmach Yanthimos bazuje na niedopowiedzeniach, zadaje pytania, które nie doczekują się w czasie sensu odpowiedzi. Nie wiemy dlaczego zamożni rodzice izolują swe dorosłe dzieci i serwują im brutalną edukację (według swojego, dość specyficznego rozumowania). Czy oni chronią swoich potomków przed współczesnym światem czy po prostu są chorymi psychopatami więżącymi swoje dzieci? Każdy w czasie seansu musi sobie sam odpowiedzieć, bo reżyser nie wyłoży odpowiedzi na tacy. 
Oglądając ten film czułem się źle. Widz patrząc na filmową rodzinę wychodzi ze strefy komfortu, czuje swego rodzaju niepewność, czasem oglądanie wręcz boli. Jest to jeden z tych filmów, którego nie umiem jednoznacznie sklasyfikować - podobał mi się czy nie? Sean Kła jest pewnego rodzaju przeżyciem, które nie musi przynosić przyjemności, jednak chyba wypada obejrzeć. Nawet jeśli wraz z napisami końcowymi zostaniemy z pustką w głowie.



Born to run

Najlepszy
Polska 2017
reż. Łukasz Palkowski
gatunek: dramat, biograficzny
zdjęcia: Piotr Sobociński Jr.
muzyka: Bartosz Chajdecki


Szeroka publiczność lubi filmy budujące, dające nadzieję. Filmy, które zainspirują widza do walki o lepsze jutro. Tworząc historię z cyklu od zera do bohatera lub od bohatera przez zero do znowu bohatera można podnieść na duchu dużą część społeczeństwa. Nic dziwnego, że za oceanem jest to jeden z najczęściej produkowanych typów filmu. Palkowski zaś próbuje przenieść go na polski grunt. 


Oparty na prawdziwej historii film pokazuje koleje losu Jerzego Górskiego (Jakub Gierszał), który w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku przeszedł długą i trudną drogę od narkomana do zwycięzcy prestiżowego turnieju triathlonowego. 

Po udanych Bogach i pierwszym, cenionym sezonie serialowego Belfra Łukasz Palkowski powrócił do kin z fabularnym pewniakiem. Po raz kolejny serwuje nam film biograficzny w amerykańskim stylu, co w polskim półświatku filmowym wydaje się być pewniakiem. Film sprzedał się w kinach całkiem dobrze, zebrał dobre oceny widzów i generalnie był chwalony przez krytyków. W wielu aspektach zasłużenie, bo zrobiony jest na odpowiednio wysokim poziomie realizacyjnym: dobra praca kamery Sobocińskiego, niezła gra aktorska Gierszała (który początkowo nie pasował mi do tej roli) oraz partnerujących mu plejady aktorów z wyróżnieniem Arkadiusza Jakubika, Kamili Kamińskiej, Anny Próchniak, Janusza Gajosa, Adama Woronowicza i Szymona Piotra Warszawskiego. 
Nie jest źle, jednak do ideału też dużo brakuje. Niestety sama historia cierpi na to samo głupie podrasowanie, co Gwiazdy. Samo życie Górskiego jest na tyle ciekawe do zobrazowania, że niekoniecznie trzeba było dodawać kolejne wymyślone epizody, które jeszcze bardziej udramatyczniają historię. Także te oklepane motywy monologów ze swoim złym alter ego, które Gierszał prowadzi z odbiciem w lustrze źle wpływają (moim zdaniem) na całość. Oczywiście w pewnym momencie jest też scena rozbijania lustra. Ogólnie Górskiemu ciągle rzuca się kłody pod nogi. Cały film to schemat problem->upodlenie->podnoszenie się ->problem-walka z przeciwnością->już jest na prostej -> jednak nie, bo problem -> rozwiązywanie problemu etc. Ciągle coś stoi na przeszkodzie happy endu. A ostatnia scena przy finiszu finałowego biegu to już woła o pomstę do nieba Wszystkie te braki i minusy moim zdaniem sprawiają, że jest to film tylko niezły. Choć oczywiście warty obejrzenia. Gdyby twórcy nie szli na schematową łatwiznę byłoby z pewnością tylko lepiej, bo potencjał był na coś więcej.








piątek, 19 stycznia 2018

Rodzina na swoim

Cicha noc
Polska 2017
reż. Piotr Domalewski
gatunek: dramat
zdjęcia: Piotr Sobociński Jr.
muzyka: Wacław Zimpel

Święta Bożego Narodzenia to magiczny czas przeżyć religijnych i rodzinnych. Czas pojednania, w którym wszyscy stają się lepsi dla bliźnich, czas, w który spotyka się z rodziną, kiedy nawet zwierzęta zaczynają mówić ludzkim głosem. Już od początku listopada z nadzieją na komercyjny zysk tą narrację używają sklepy, w których trzeba kupić prezenty czy kina, gdzie akurat leci specjalnie szykowana na ten okres kolejna komedia romantyczna. Jednak cała ta dobroć to przeważnie tylko fasada. O czym przekonuje widzów ten film.


Żyjący na stałe w Holandii Adam (Dawid Ogrodnik) choć nikt się go nie spodziewa wraca do rodzinnego domu gdzieś na Warmii, by spędzić z rodziną wigilię Bożego Narodzenia. Głównym powodem powrotu mężczyzny jest jednak sprawa sprzedaży należącego do rodziny domu. Adam próbuje w tej sprawie dogadać się z ojcem (Arkadiusz Jakubik), bratem (Tomasz Ziętek) i siostrą (Maria Dębska). 


Jak dobrze obejrzeć w polskim kinie okołoświątecznym coś tak świeżego i przy okazji prawdziwego. Po masie radośnie głupich komedyjek o potrzebie bliskości prawdę o życiu pokazuje nam tutaj pełnometrażowy debiutant - Piotr Domalewski. Ten film to typowa Smarzowszczyzna, tylko tym razem bez udziału reżysera Smarzowskiego i kilku jego żelaznych aktorów (choć Jakubik się pojawia). Już od pierwszych scen wiemy, że będzie ostro. Czasem komicznie czy wręcz śmiesznie, jednak po zastanowieniu będzie to raczej śmiech przez łzy. Domalewski w filmie pokazuje wszystko co w statystycznych Polakach najgorsze. A jako że statystyczny Polak nie istnieje to mamy tu nagromadzenie narodowych cen ujemnych, trochę ich przerysowanie i obdzielenie nimi licznych bohaterów. Jest zawieść, jest pijaństwo, pieniactwo, lenistwo, chamstwo i wiele innych przywar. Najgorsze jednak w tym wszystkim jest to, że patrząc na zachowanie tej rodziny widzimy w nich cząstkę otaczającego nas świata, jeśli nie wprost siebie i swoich najbliższych. Ten obraz Polaków ma widza boleć. I boli.
Film jest któryś z kolei obejrzanym przeze mnie, w którym jedną z ról pełni dom, w którym dzieje się akcja. Wraz z powracającym do niego Adamem poznajemy go, uczymy się jego siermiężnej topografii i zachwycamy bogactwem detalu. Brawa dla scenografów. Jednak na równi z domem zachwycać można się kreacjami aktorskimi. Po raz kolejny dobrą rolą pochwalić może się Ogrodnik,  a partnerujący mu filmowy brat w wykonaniu Ziętka wcale nie odstaje. Wrażenie robi fizyczne podobieństwo obu aktorów, oraz pewne zbliżenie do fizjonomii grającego swoją firmową postać Arkadiusza Jakubika. Do tego dodać trzeba naprawdę solidne role Tomasza Schuchardta i Agnieszki Suchory oraz kradnącego show Pawła Nowisza w roli dziadka. Cieszy fakt, że postaci dziecięce zostały nieźle odegrane, co w polskim kinie jest rzadkością oraz to, że bohaterów wyraźnie słychać - w rodzimych produkcjach wciąż niestety nie jest to normą.
Także mamy do czynienia z kawałem mocnego, dobrego kina przedstawiającego spory fragment Polski AD 2017. Można się z przekazem twórców zgadzać lub nie, jednak nie zmienia to faktu, że ten film trzeba obowiązkowo obejrzeć. Choćby dla świetnego monologu Jakubika o Polsce i polskości.




niedziela, 14 stycznia 2018

W rodzinie ojca mego

Mężczyźni i kurczaki (Mænd og høns)
Dania, Niemcy 2015
reż. Anders Thomas Jensen
gatunek: komedia, dramat
zdjęcia: Sebastian Blenkov
muzyka: Frans Bak

Lubię skandynawskie komedie. Oglądając je wiem, że nie będę miał do czynienia z humorem podobnym do fekalno-seksistowskich bromanców rodem z USA, czy mdłych komedii romantycznych jakie masowo wytwarza polski przemysł filmowy. Komedie z krajów skandynawskich są przeważnie mocno ironiczne, czasem groteskowe czy przerysowane i pełne wisielczego humoru. Te słodko-gorzkie opowieści z północy generalnie zasługują na filmowy znak jakości. Tu mamy kolejny tego przykład. 


Diametralnie od siebie różni Elias (Mads Mikkelsen) i Gabriel (David Dencik) po śmierci mężczyzny, którego uznawali za ojca dowiadują się, że zostali w dzieciństwie adoptowani. Trafiając na ślad swojego biologicznego ojca postanawiają złożyć mu wizytę. W domu na wyspie, na której mieszka staruszek zastają swoich pozostałych braci Gregora (Nikolaj Lie Kaas), Josefa (Nicolas Bro) i Franza (Søren Malling). Specyficznie zachowujący się mężczyźni nie dopuszczają gości do swojego rodziciela...


To co rzuca się w oczy już niemal od samego początku filmu to jego klimat. Jest naprawdę niesamowity, urzekający i wciągający. Film Jensena ma tą właśnie trudną do opisania rzecz, która sprawia, że po prostu chce się go oglądać. Później zaś, gdy dwoje bohaterów zaczyna poznawać swoją przyszywaną rodzinę oraz dom rodzinny ojca już w ogóle ciężko oderwać się od ekranu. Wielka w tym zasługa scenarzystów ale też speców od kostiumów i całej dekoracji. Szczególnie, że bardzo ważny w kontekście całości jest sam dom, w którym dzieje się akcja oraz jego okolice zamieszkane przez tytułowe kurczaki, gęsi, byki i inną faunę. Dom jest zaś pełnoprawnym bohaterem filmu i z ciekawością wraz z przybyszami poznajemy każdy jego zakamarek. Silną stroną filmu są także postaci drugoplanowe w osobach przyrodnich braci bohaterów - intrygujące połączenie troglodytów z intelektualistami. Dodając do tego niebanalny lecz pozbawiony obrażających inteligencję widza humor pozbawiony tematów tabu i olewający poprawność polityczną i mamy przepis na komedię doskonałą. Nic tylko oglądać. A przy okazji zobaczyć Nikolaja Lie Kaasa i Madsa Mikkelsena w innych niż zazwyczaj rolach. 





środa, 10 stycznia 2018

Samotność pedofila

Cisza (Das Letzte Schweigen)
Niemcy 2010
reż. Baran bo Odar
gatunek: dramat, kryminał
zdjęcia: Nikolaus Summerer
muzyka: Michael Kamm

Ostatnimi czasu oglądam ciekawy niemiecki serial wyprodukowany dla Netflixa noszący tytuł Dark. Reżyserem serialu jest pochodzący ze Szwajcarii Baran bo Odar. Tak się akurat złożyło, że przed rozpoczęciem oglądania pierwszego niemieckiego serialu produkowanego przez i dla Netflixa widziałem film pełnometrażowy stworzony przez tego reżysera kilka lat wcześniej. I teraz kilka zdań będzie właśnie o nim. 


W 1986 roku zostaje zgwałcona i zamordowana dziewczynka o imieniu Pia. Sprawcy tej zbrodni nigdy nie wykryto. Po niemal ćwierć wieku w podobny sposób ginie inna dziewczynka, Sinnika, a policja podejrzewa działania tego samego sprawcy. W śledztwo angażuje się śledczy David Jahn (Sebastian Blomberg), zaś działania policji czujnie śledzi Timo Friedrich (Wotan Wilke Möhring), który zna tożsamość sprawcy sprzed lat, Duńczyka Peera Sommera (Ulrich Thomsen).


Film Barana bo Odara nie jest typowym kryminałem. Przynajmniej dla mnie, gdyż za jeden z wyznaczników filmów/książek tego gatunku jest moim zdaniem to, że morderca (czy ogólniej mówiąc sprawca, nie zawsze przecież chodzi o mord) nie jest początkowo znany. Tutaj praktycznie od samego początku wiemy kto i w sumie dlaczego, możemy się zastanawiać tylko ewentualnie kto w jakim stopniu odpowiedzialności. 
Jednak nie dyskwalifikuje to filmu Szwajcara, gdyż w jego dziele nie chodzi o to kto czy nawet dlaczego robił drugiemu co sobie nie miłe tylko bardziej skupia się na emocjach bohaterów, oddawania ich rozterek, wahań psychicznych i nastrojów. Tutaj leży chyba prawie największa siła filmu. Największą zaś są piękne kadry, artystyczne zdjęcia, niemal poetycka praca kamery. Film ten jest po prostu świetny pod względem wizualnym. 
Tempo filmu natomiast jest dość nierówne, rwane. Pierwsza połowa wlecze się, wręcz nudzi, trzeba czasem ze sobą walczyć, by nie odejść od ekranu (na szczęście piękne zdjęcia powstrzymują od wstania), zaś druga część przyspiesza i sprawia, że od tego momentu ogląda się to emocjonująco. 
Cieszy fakt, że bo Odar nie ocenia, nie stawia od początku tezy, pod którą robi cały film. Bardziej sprawia wrażenie neutralnego dokumentalisty - stawia kamerę i przygląda się swoim bohaterom. Trudne, skłaniające do refleksji ciężkie gatunkowo kino bliskie wizualnej perfekcji. Warte obejrzenia.