Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2000. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2000. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 grudnia 2017

Służąc i dając

Pantaleon i wizytantki (Pantaleón y las visitadoras) 
Peru, Hiszpania 2000
reż. Francisco J. Lombardi
gatunek: dramat, komedia
zdjęcia: Teo Delgado
muzyka: Bingen Mendizábal


Ile widzieliście do tej pory filmów pochodzących z Peru? Pewnie nie pomylę się o wiele jeśli napiszę, że równe zero. To tak jak i ja. Ale tym filmem zaczynam przygodę z kinem peruwiańskim. Jako że produkcja powstała na podstawie tamtejszego literackiego noblisty Mario Vargasa Llosy to należało z góry sądzić, że jakiś poziom, przynajmniej fabularny powinna trzymać.  



W Amazonii, na terenach nieopodal koszar szerzy się terror żołnierzy, którzy atakują cywili, gwałcąc przy okazji napataczające się kobiety. Sztab armii wpada na pomysł, jak zlikwidować po cichu problem. Tym rozwiązaniem ma być służba zorganizowana przez  kapitana Pantaleóna Pantoje (Salvador del Solar), który dostaje za zadanie przeprowadzić się rejon zadania i powołać zespół prostytutek, które na zlecenie armii obniżałyby poziom stresu stacjonujących tam żołnierzy. Pantoja wraz z burdelmamą (Pilar Bardem) kaptuje załogę, wśród której wyróżnia się wyzywająca Kolumbijka Olga (Angie Cepeda). Tymczasem żona Pantaleona, mieszkająca z nim Pachuga (Tatiana Astengo) nic nie wie o zadaniach swego męża...


Obawiałem się trochę tego filmu. Egzotyczne produkcje, a za taką uznałem film wyprodukowany w Peru z udziałem tamtejszych aktorów są obarczone pewnym ryzykiem. Nigdy nie wiadomo na co się trafi i czy przypadkiem nie wdepnęło się w minę. Jednak tym razem wybór filmu okazał się wyborem dobrym. Całość dało się bez bólu oglądać, a dodatkowo więcej było w niej plusów dodatnich, niż plusów ujemnych. Przede wszystkim to, co zwraca uwagę to oczywiście fabuła wygląd części tytułowych wizytantek (przede wszystkim pani Cepedy) oraz bohaterki granej przez Astengo. Naprawdę ładne panie. Fabuła także stoi tutaj na odpowiednim poziomie, umiejętnie żonglując między powagą,a elementami humorystycznymi. Postaci zostały napisane naprawdę dobrze, co jest zapewne zasługą autora - noblisty Llosy. Aktorzy dodatkowo całkiem przyzwoicie wtłaczają życie w bohaterów, dzięki czemu całość ogląda się przyjemnie. Zainteresowany filmem, który mi się podobał zainwestowałem w książkowy oryginał, który teraz wraz z innymi dziełami pisarza czeka na półce na swoją kolej. Ja tymczasem polecam każdemu obejrzenie tego nieznanego w naszym kraju filmu. Można naprawdę ciekawie spędzić przy nim te ponad dwie godziny.





niedziela, 29 stycznia 2017

Eksportowa yakuza

Brother
Japonia, USA, Francja, Wielka Brytania 2000
reż. Takeshi Kitano 
gatunek: gangsterski, dramat
zdjęcia: Katsumi Yanagijima
muzyka: Joe Hisaishi

Kontynuując swoją przygodę z filmami świętującego niedawno 70. urodziny Takeshiego Kitano tym razem sięgnąłem po nietypową dla niego produkcję, którą to nakręcił nie w Japonii, a w Stanach Zjednoczonych w koprodukcji z USA. To już czwarty film w reżyserii tego autora (i aktora). Zostało jeszcze czternaście.


Członek japońskiej yakuzy, Yamamoto (Takeshi Kitano) jest zmuszony do opuszczenia rodzimego kraju. Udaje się do USA, gdzie mieszka jego brat. Na miejscu okazuje się, że Ken (Claude Maki) wraz z kilkoma czarnoskórymi wspólnikami zajmuje się handlem narkotykami dla lokalnej mafii. Yamamoto zaprzyjaźnia się z jednym z Afroamerykanów, Dennym (Omar Epps)...


Lubię kino gangsterskie. Nawet nie ważne czy chodzi o mafię włoską, amerykańską, rosyjską, triady czy yakuzę. Dobrze zrealizowany, ciekawy fabularnie film o mafii zawsze powoduje u mnie uśmiech. Niestety amerykański eksperyment Takeshiego Kitano nie spełnił moich kryteriów dobrego filmu, mimo ciekawie zapowiadającej się na papierze historii. W rzeczywistości dostajemy jednak płytki film z prostą (a nawet prostacką) historią, słabo zagrany, nudny i przesadnie brutalny. Takeshi Kitano gra tutaj jak zwykle Takeshiego Kitano, więc praktycznie się nie odzywa (zresztą jego bohater nie mówi po angielsku), chodzi i bije ludzi, by później ich zabijać. Zabitych w filmie postaci jest tak dużo,że nawet nie wiadomo w sumie kto kogo pozbawia życia, a dlaczego to już w ogóle nie interesuje autorów. Wiadomo, że chodzi o jakieś porachunki mafijne, ale większych szczegółów widzom się nie serwuje. Niekiedy brutalność jest jednak tutaj plusem, szczególnie, gdy Kitano przenosi zachowanie yakuzy na grunt amerykański. Mamy tutaj więc standardowe dla niego odcinanie palców, harakiri i tym podobne atrakcje, które wypadły stosunkowo dobrze.
 Ogólnie jednak jestem bardzo rozczarowany tym filmem, który oprócz przesadnej brutalności wlecz się bardzo wolno, a zerowemu tempu towarzyszą niemal zerowe dialogi i równie szczątkowa fabuła. Tak słabego Kitano jeszcze nie widziałem.





czwartek, 3 listopada 2016

Narodziny Kręgu

The Ring - Krąg 0. Narodziny (Ringu 0: Bâsudei)
Japonia 2000
reż. Norio Tsuruta
gatunek: dramat, horror

Dla większości nawet niedzielnych miłośników filmu znana jest seria Ringu, zapewne dzięki hollywoodzkiemu remake'owi z Naomi Watts w roli głównej. Ringu jak i amerykański Ring są moim zdaniem jednymi z najlepszych horrorów, jakie powstały,ich kontynuacja także stoi na całkiem przyzwoitym (choć gorszym od podstawowej historii) poziomie, a Zachodnia wersja, co dziwne podobała mi się nawet chyba bardziej. Także do filmu będącego prequelem jedynki podchodziłem z pewnymi nadziejami, że znowu obejrzę przyzwoity film z tej serii. 


Sadako (Yukie Nakama) chodzi do szkoły średniej. Nieakceptowana przez rówieśników zapisuje się do kółka teatralnego, które przygotowuje aktualnie przedstawienie. Odtwórczyni głównej roli wkrótce potem ginie w dziwnych okolicznościach. Reżyser decyduje się przekazać jej rolę Sadako...


Totalnie zawiodłem się na tym filmie. Jeśli w oryginale po obejrzeniu kasety umierało się po siedmiu dni, to po obejrzeniu tego filmu trzeba będzie dochodzić przez siedem dni do siebie odzyskując powoli chęć na obejrzenie jakiegokolwiek filmu. To co zaserwował nam tutaj Tsuruta woła o pomstę do nieba. Nawet nie będę wypisywał minusów skupiając się tylko na plusach. A że plusów nie ma to i tę część pominę. Dostajemy niestraszny horror pozbawiony sensu i klimatu, doprawiony jakimś pseudodramatem głównej bohaterki, która zachowuje się jak prekursor emo. Zmuszałem się do oglądania kolejnych scen tej 100 minutowej produkcji, choć i tak zajęło mi to dwa dni. Niestety tym filmem producenci chcieli połasić się na łatwy pieniądz fundując widzom niesamowity bubel. Aż strach pomyśleć, jak wyglądaj kolejne filmy żerujące na naprawdę dobrym oryginalnym pomysłem zaczerpniętym z książki Suzukiego. Ale biorąc pod uwagę sam tytuł Jason vs Sadako czy Sadako vs Kayako musi to być bardzo wysublimowana rozrywka zarezerwowana tylko dla nielicznej elity intelektualnej...A co do opisywanego filmu - stanowczo odradzam! 





sobota, 29 października 2016

Czeski Pinokio

Mały Otik (Otesánek)
Czechy 2000
reż. Jan Švankmajer
gatunek: surrealistyczny, czarna komedia

Wszyscy chyba znamy opowieść o wystruganym przez Gepetta z drewna pajacu Pinokiu, który nagle ożywa stając się drewnianym chłopcem. Choć początkowo jest krnąbrny i nieznośny to w końcu po przebytej przemianie duchowej staje się prawdziwym człowiekiem. Czesi jednak mają swoją ludową baśń, trochę podobną do historii o Pinokiu - tam jednak prym wiedzie niejaki Ociosanek. 


Małżeństwo Karel (Jan Hartl) i Bożena (Veronika Žilková) nie mogą mieć dzieci, przez co kobieta nieustannie rozpacza. Pewnego dnia Karel wykopuje na działce znajduje pień przypominający niemowlę. Po obrobieniu go pokazuje go swej żonie. Ta uznaje pień za swoje dziecko i pragnie go wychować. Po dziewięciu miesiącach ociosanek ożywa i ciągle jest głodny. Bardzo głodny...


Jeśli miałbym porównać klimatem film Švankmajera do czegoś innego to chyba najbliżej będzie twórczość Jeana-Pierrea Jeuneta i Marca Caro. W sumie zamieszkujący kamienicę w Małym Otiku ludzie mogliby bez problemu przenieść się do kamienicy znanej z Delicatessen Francuzów. Ogólnie jednak historia żarłocznego pnia jest tak oryginalna i dziwaczna, że zaręczam, że czegoś takiego nikt wcześniej nie widział i raczej nie zobaczy. 
Mamy tu trochę dramatu, gdyż historia zrozpaczonej Bożeny i sekundującego jej Karela naprawdę jest pełna smutku. Ludzie ci sami nie mogący mieć dzieci widzą na każdym kroku maluchy, wózki pełne dzieci,a w jednej z początkowych scen nawet dzieci pakowane na straganie jak ryby - wyławiane i owijane w gazety. Naprawdę mimo wyższego poziomu absurdu może chwycić to za serce - tak samo, jak sceny pielęgnowania małego Otika przez jego matkę obcinającego mu palce - konary - bardzo to sugestywne. 
Niestety trochę kuleje pokazywanie Otika w ruchu - wygląda to po prostu słabo, rodem z niskobudżetowych filmów krótkometrażowych, z których swoją drogą reżyser się wywodzi. Animacje ociosanka w dniu premiery wyglądały już staro, a po 16 latach od premiery sytuacja jeszcze tylko się pogorszyła. Także trzeba uwierzyć w pewną baśniową umowność tej opowieści i uznać na słowo honoru zero jedynkowe postępowanie bohaterów, którzy wszystko przyjmują od razu i na serio. Ta pewna naiwność jest wpisana jednak w klimat każdej baśni. Także sposób montażu nie przypadł mi do gustu i czasem mnie te ujęcia irytowały.
Mamy do czynienia z filmem bardzo oryginalnym, stworzonym w niepowtarzalnym stylu. Zapewne wielu ludzi zrazi się bardzo szybko, dla innych będzie to ciekawa filmowa przygoda. Można zaryzykować i obejrzeć.  






piątek, 9 września 2016

Powrót do przeszłości

Weiser
Polska, Niemcy 2000
reż. Wojciech Marczewski
gatunek: dramat

Nie lubię oglądać filmów na podstawie wcześniejszej książki jeśli przed seansem jeszcze jej nie przeczytałem. To forma pewnej ignorancji i jednak zawsze uważałem, że żeby zrozumieć daną treść najpierw trzeba być po lekturze, którą można dopiero później dopełnić obrazem (który nie oddaje nigdy istoty całości prozy). Niestety w tym wypadku nie miałem okazji sięgnąć po oryginalną książkę, z której zaczerpnął reżyser - Weisera Dawidka autorstwa Pawła Huelle. A szkoda, bo może wtedy więcej wyniósłbym z filmu.


Akcja filmu toczy się dwutorowo. Raz obserwujemy dorosłe życie Pawła (Marek Kondrat), raz zaś oglądamy retrospekcję jego wspomnień z dzieciństwa. Dorosły Paweł wraz ze swoją kobietą (znana z Upadku Juliane Köhler) po latach spędzonych zagranicą wraca do Polski. Za sprawą przypadkowego spotkania z dawnym kolegą (Krzysztof Globisz) przypomina sobie pewne wydarzenia sprzed lat.


Marczewski skupił w swoim filmie gromadę czołowych polskich aktorów tamtych lat. Oprócz Kondrata i Globisza mamy tutaj między innymi Krystynę Jandę, Piotra Fronczewskiego, Zbigniewa Zamachowskiego czy Mariana Opanię. Przez moment na ekranie widzimy też jeszcze młodą Magdalenę Cielecką. Szkoda tylko, że materiał nad jakim pracowali aktorzy był moim zdaniem mierny. Wiem, że film ten zbiera(ł) raczej dość poprawne lub wręcz dobre oceny zarówno od krytyków, jak i widzów jednak mi zupełnie nie przypadł do gustu. Każda moja opinia i quasi recenzja jest oczywiście mocno subiektywna, jednak ta dotycząca opisywanego właśnie filmu jest chyba najbardziej osobista i kontrowersyjna. Odbiłem się od tego filmu jak od ściany.Nie przekonała mnie miałka fabuła, nijacy bohaterowie ani nudna historia. Rozumiem, że innym może przypaść do gustu arkadyjskie przedstawienie przeszłości (co w połączeniu z szarością dorosłości jawi się jako artystyczny zabieg) i historia tajemniczego głównego bohatera. Ja jednak widzę tu płaski film o niczym, który jest pozbawiony zarówno wstępu, jak i rozwinięcia, o zakończeniu nawet nie wspominając. Ale chyba warto samemu zobaczyć ten film, żeby wyrobić sobie zdanie samodzielnie.


sobota, 5 marca 2016

Wpuścić chamstwo na salony

Drobne cwaniaczki (Small Time Crooks)
USA 2000
reż. Woody Allen
gatunek: komedia

Moją opinię o filmach Woody'ego Allena w ostatnich latach uważni i stali czytelnicy (np. ja) mojego bloga już powinni znać (dla przypomnienia można przeczytać tu i tu). Dlatego żeby dać jeszcze jedną szansę temu cenionemu jednak wciąż przez wielu autorowi cofnąłem się kilkanaście lat wstecz, by obejrzeć trochę starszy film ze średniego etapu jego kinowej kariery. 


Podstarzały drobny kryminalista Ray (Woody Allen) wyciąga pieniądze od swej żony Frenchy (Tracey Ullman), by wraz z niezbyt błyskotliwymi kolegami wynająć lokal po upadłej pizzeri. Miejsce to sąsiaduje z bankiem, który panowie chcą obrobić wykonując z piwnicy budynku podkop. Dla przykrywki Frenchy zaczyna prowadzić w lokalu sklep z ciasteczkami. Ostatecznie z napadu nic nie wychodzi, jednak małżeństwo niespodziewanie dorabia się na sprzedawanych ciasteczkach. Małą fortuną zaczyna interesować się światowiec David (Hugh Grant).


Woody Allen w tym filmie nie zaskakuje dając nam po prostu produkcję w stylu...Woody'ego Allena. Mamy więc neurotycznego bohatera, w którego wciela się sam Woody Allen bohater ten jest więc typowym Woodym Allenem. Mała różnica polega na tym, że zamiast z inteligentem mamy do czynienia z niezbyt bystrym cwaniakiem - prostakiem. 
Same założenia komediowe obfitują w różne komiczne scenki sytuacyjne czy humor słowny. Jest to typ humoru lekkiego i bez specjalnego polotu. Aż żałuję, że nie ma tu salw śmiechu rodem ze slapstickowych produkcji, które uświadomiłby mnie kiedy dokładnie miałbym się śmiać. 
Fajnie za to pokazano świat nowobogackich i to co się dzieje, kiedy chamstwo przedostaje się na salonie. Bohaterowie to ikony kiczu i pretensjonalnego zachowania. Pokazywanie ich bezguścia i braku elementarnej wiedzy to chyba najfajniejsze momenty filmu. Także aktorstwo stoi tu na solidnym, dobrym poziomie i do tego przyczepić się nie można. 
Dobrze, że sam film, jak przeważnie u tego autora jest dość krótki, 90 minutowy więc mija to szybko. Równie szybko zapewne mi wyleci z głowy ta produkcja jako całość, jednak zapewne dla fanów nowojorskiego komika to pozycja obowiązkowa.








poniedziałek, 5 października 2015

Uczelniane tajemnice

Purpurowe rzeki (Les rivières pourpres)
Francja 2000
reż. Mathieu Kassovitz
gatunek: kryminał, thriller

Tym razem czas na opisywanie ekranizacji powieści o tym samym co film tytule, której reżyserii podjął się autor znanej wielu Amelii czy Piątego elementu. Od dawna miałem chrapkę na ten film, jednak nie miałem okazji obejrzeć go do teraz w całości (kilka lat temu zacząłem oglądać, jednak w telewizji z bardzo długimi reklamami nie doczekałem jego końca). Teraz nadszedł czas by nadrobić zaległości. 


Poznajemy relegowanego z Paryża na prowincję znanego policjanta o nazwisku Pierre Niémans (Jean Reno). Na miejscowym uniwersytecie dochodzi do makabrycznej zbrodni, której ofiarą padł pracownik uczelni. W 200 kilometrów dalej swoje śledztwo prowadzi młody policjant Max Kerkerian (Vincent Cassel). Jego śledztwo prowadzi go w pewnym momencie w to samo miejsce, co Niemansa. 


To pierwszy film od dawna, który (przez większość czasu) oglądałem z większym napięciem. Początek jest świetny, środek dobry, końcówka słaba, jednak przez większość trwania produkcja trzyma naprawdę dobry poziom.
Wielkim plusem jest sam klimat tego filmu, którego akcja toczy się wśród zamkniętej społeczności w wyizolowanym od świata miejscu (taki pomysł niemal zawsze działa!). Cudownie (o ile tak można powiedzieć) prezentują się trupy, które jak na rok 2000 zostały genialnie ucharakteryzowane i do dzisiaj ciężko mi wymienić filmy, gdzie wyglądałoby to lepiej.
Kolejnym wielkim atutem jest świetny duet aktorski w postaci Jeana Reno oraz Vincenta Cassela. Szkoda że ci panowie nie pokazali się razem w większej ilości produkcji. Aktorom partneruje tutaj Nadia Farès oraz nieżyjący już ojciec Vincenta, Jean-Pierre Cassel. Do gry aktorskiej nie ma więc możliwości się zawieść.
Głównym minusem jest ostatni kwadrans filmu, gdyż zakończenie jest po prostu głupie. Nie czytałem książki, ale z tego co udało mi się dowiedzieć, to tam logicznie wszystko wytłumaczono i uargumentowano, tutaj tego zabrakło. Jednak mimo wszystko warto zobaczyć ten film, gdyż jest to kawał naprawdę mocnego kina, który zapewni kilka solidnych wrażeń.







piątek, 24 lipca 2015

Smutny ideał

Malena (Malèna) 
Włochy 2000
reż. Giuseppe Tornatore
gatunek: dramat

Oglądając naprawdę sporo europejskich filmów z różnych stron naszego pięknego kontynentu uświadomiłem sobie, że w ogóle nie znam kinematografii włoskiej. Dlatego też postanowiłem zobaczyć w najbliższym czasie kilka produkcji z tego kraju. Na pierwszy ogień padł właśnie ten film, prawdopodobnie przez udział w niej wtedy jeszcze stosunkowo młodej (wówczas 36 lat) zjawiskowej Moniki Bellucci. 


Akcja przenosi nas do roku 1941 do jednego z miasteczek w rządzonych przez Benito Mussoliniego Włochach. Film ukazuje młodego Renato (Giuseppe Sulfaro), który w tym trudnym okresie wkracza w wiek dojrzewania. Osobą, która staje się katalizatorem wkraczania Renata w kolejny etap życia jest tajemnicza i piękna Malena (Monica Bellucci) - córka nauczyciela chłopaka ze szkoły. Renato każdą wolną chwilę poświęca na myśleniu o tej kobiecie, a także śledzeniu jej jeśli tylko się da. 


Film ten ciężko nazwać popołudniową rozrywką dla masowego widza. Mamy tu raczej do czynienia z pozycją dla koneserów, którzy wyłowią liczne smaczki w produkcji Tornatore. Rola Moniki Bellucci jest w każdej z miar genialna, mimo że Włoszka w sumie tylko snuje się (ale w jaki sposób się snuje!) ulicami miasteczka, wypowiadając przez cały film tylko kilka zdań lub półsłówek. Aktorka po mistrzowsku odegrała rolę kobiety, która chciałaby być niezauważona, która kroczy wśród ludzi ale jednocześnie jest poza nimi, wyrażającą niemy krzyk w swym milczeniu. Maestria, tego nie da się opisać, trzeba zobaczyć. Szczególnie, że całe życie miasteczka toczy się wokół bohaterki. Każda rozmowa, czy to męska, czy damska jest właśnie o niej, kobiety oskarżają ją o nierząd i uwodzenie mężów, mężczyźni śliniącym się wzrokiem odprowadzają ją po ulicy komplementując jej walory estetyczne. Ma się wrażenie, że gdy Malena wchodzi wśród ludzi świat na chwilę zatrzymuje się, wszystko zamiera, dla każdego liczy się tylko ona. A ona jest wciąż nieobecne i nieszczęśliwa. Jest to też opowieść inicjacyjna przedstawiająca dojrzewanie chłopca Renato. Wcielający się w niego Suflaro zagrał w taki sposób, że wciąż czuje się sympatię do starającego się dorosnąć bohatera. Jego liczne przygody i utrapienia są też nierzadko załącznikiem komediowym (na przykład sceny z ojcem) do smutnej historii tytułowej bohaterki. Miejsce akcji (sycylijskie Syrakuzy) także potęguje wspaniały klimat całości. Jak dla mnie pozycja obowiązkowa dla każdego fana kina, jednak raczej inaczej rozumianego niż chcą to przedstawiać producenci wakacyjnych blockbusterów. A scena z odpalaniem przez Malenę papierosa - genialna!