piątek, 31 marca 2017

Amerykańskie cukiereczki

American Honey
USA, Wielka Brytania 2016
reż. Andrea Arnold
gatunek: dramat
zdjęcia: Robbie Ryan

Na ten film czekałem od dość dawna. Dobrych kilka miesięcy temu, jak nie ponad pół roku wstecz nawet w jednym z multipleksów wyświetlili zwiastun, więc wtedy na pewno nie myślałem, że będzie trzeba tak długo czekać na wejście pierwszej amerykańskiej produkcji Arnold do polskiej dystrybucji. Jednak trochę wody w Wiśle musiało upłynąć nim obraz zagościł na naszych ekranach. Czy warto było czekać?


Nastoletnia Star (Sasha Lane) wiedzie ciężką egzystencję mieszkając w biedzie z problematycznym ojcem i dwójką młodszego rodzeństwa. Gdy pewnego dnia w sklepie zauważa grupę nierozgarniętych młodych ludzi zagaduje do niej jej najstarszy członek, Jake (Shia LaBeouf), który rekrutuje ją do grupy mówiąc, że jeżdżą oni po Ameryce proponując ludziom kupno prenumerat gazet. Po krótkich rozterkach Star postanawia dołączyć do Jake'a i prowodyrki grupy, apodyktycznej Krystal (Riley Keough).


Cóż, moje oczekiwania w stosunku do tego filmu były całkiem spore. Wiele nagród, w tym ważne statuetki na festiwalu w Cannes to jednak duża nobilitacja. Także wielotygodniowe oczekiwanie na produkcję wyolbrzymiało zainteresowanie i pewien hype, który sam sobie stworzyłem wokół filmu. Ale czy było warto było czekać? Na to pytanie mogę jednak odpowiedzieć rozgoryczony zgodnie ze Zbigniewem Stonogą. Obraz Arnold jest owszem wyjątkowy, inny niż to, co dominuje w filmowym mainstreamie, jednak mam nadzieję, że ta produkcja nie zredefiniuje kierunku, jaki ma obrać współczesna filmografia. Dostajemy całkiem klasyczny film drogi podzielony na etapy podróż -> wydarzenie -> podróż - wydarzenie, jednak całość jest zaserwowana w nieklasycznej formie. Zarówno sam obraz filmu (format sprzed ponad pół wieku, boki obcięte są nie poziomo, a pionowo, dobrze, że zrealizowano w kolorze), jak i wszędobylska muzyka, której nie trawię z rapem i Rihanną na czele były dla mnie ciężkim filmowym doświadczeniem. Sama fabuła owszem istnieje, jednak o ile jest jakiś wstęp, jak i zawiązanie akcji nie ma tam żadnego zakończenia. Tak jak bohaterom brakuje jakiegoś większego celu (oprócz picia, ćpania i zarabiania), tak również samej fabule. Po prostu film mimo niemal 3 godzin trwania w pewnym momencie się urywa. Zabrakło tu jakiegoś zwieńczenia. Bohaterowie, których oglądamy to też wykolejeńcy, rednecki i ogólnie obraz Ameryki Trumpa, a nie Obamy. Ciężko tutaj spotkać jakąś pozytywną postać. Całość jednak ma jakiś wyczuwalny, bliżej nieokreślony plus, dzięki czemu chce się oglądać poczynania bohaterów. Może to właśnie ta nieuchwytna magia kina w tym momencie działa, sprawiając, że mimo wielu argumentów na nie dalej z pewnym zaciekawieniem ogląda się film. Myślę, że jest to więc średnio udany eksperyment, jednak wart obejrzenia i doświadczenia na własne oczy tej podróży (bo ten film jest z gatunku właśnie takich, których się nie ogląda, a właśnie doświadcza), Prawdopodobnie są ludzie, którym całość się spodoba. 





poniedziałek, 27 marca 2017

Ranking Tygodnia 104

I tym rankingiem wychodzę na prostą :)











Zamach

Anthropoid 
Czechy, Francja, Wielka Brytania 2016
reż. Sean Ellis
gatunek: wojenny, historyczny 
zdjęcia: Sean Ellis
muzyka: Guy Farley

Od czasu, gdy w naszym kraju rozpoczęła się dobra zmiana przedstawiciele obecnego rządu co jakiś czas przebąkują o potrzebie stworzenia zagranicznego widowiska filmowego z udziałem hollywoodzkich gwiazd, które to za polskie pieniądze przedstawi polskie dokonania narodowe czy też wojenne. Idea wydaje się słuszna, choć trochę niepokoi ewentualny wybór tematu i sposób jego pokazania. Tymczasem w pobliskich Czechach po cichu w zeszłym roku powstał taki film. Chociaż zapewne na jego nakręcenie nie wydano dziesiątek milionów zielonej waluty.


Rok 1942. Do okupowanej przez Niemców Pragi dociera dwóch zrzuconych spadochroniarzy, Jozef Gabčík (Cillian Murphy) i Jan Kubiš (Jamie Dornan) przybywają do stolicy dawnej Czechosłowacji w jednym celu, którym jest zabójstwo Protektora Czech i Moraw, Reincharda Heydricha. 


Reinchard Heydrich był najwyżej postawionym Niemcem zlikwidowanym w czasie drugiej wojny światowej. Heydrich był wyjątkowo podłym kawałem gnoja, jednak jego zabicie, choć symboliczne i wpływające na morale u obu stron doprowadziło do krwawego odwetu na ludności czeskiej. W Polsce podobna akcja udała się dopiero kilkanaście miesięcy później, gdy zabito dowódcę warszawskiego SS, Franza Kutscherę, o czym zresztą również powstał film (liczący niemal 60 lat Zamach). Opisywany właśnie film zaś choć traktuje o zamachu na Heydricha to skupia się na wydarzeniach sprzed, jak i po zamachu. Fragment zabójstwa jest kilkuminutową sceną, a sam zamach, zresztą zgodnie z historią przedstawiony jest jako niezbyt dobrze wykonany, lecz jednak szczęśliwie zakończony. Same sceny od zamachu do końca to najmocniejsze punkty filmu. Niestety w moim zdaniem zbyt dużo czasu poświęcono wydarzeniom sprzed asasynacji, gdzie głównie pokazuje się relację bohaterów z dwoma kobietami. Te relacje to zresztą najsłabszy moim zdaniem punkt programu. Za to dobrze wypadają aktorzy. Oprócz już wymienionych (na pewno obecność postaci Christiana Greya przyciągnęła sporo fanów tej filmowo-literackiej osoby) mamy choćby Toby'ego Jonesa oraz co ciekawe całkiem sporą rolę odegrał Marcin Dorociński. Ogólnie więc mamy pokazany ciekawy i ważny epizod drugiej wojny światowej, a anglojęzyczny film na pewno poprawi wiedzę świata o wydarzeniach wojennych na wschodzie. Dla fanów filmów wojennych oraz samej II Wojnie Światowej pozycja obowiązkowa,a i reszta też nie powinna się nudzić. Warto obejrzeć. 



niedziela, 26 marca 2017

Sprzedawca

Klient (Forushande)
Iran, Francja 2016
reż. Asghar Farhadi
gatunek: dramat
zdjęcia: Hossein Jafarian
muzyka: Sattar Oraki

Film ten otrzymał tegorocznego Oscara. Wielu, choć nie widziało wówczas (i pewnie nie nadrobiło tego do tej pory) z góry uznało, że to decyzja stricte polityczna, która ma utrzeć w jakimś stopniu nosa Donaldowi Trumpowi (którego to, kto akurat dostanie Oscara zapewne obchodzi mniej niż ulokowanie geopolityczne Burkina Faso).  Wszak przecież w tym roku był też Toni Erdmann oraz  Elle. A tu jednak dostało się Farhadiemu. I moim zdaniem zasłużenie. A dlaczego? O tym krótko poniżej. 


Małżeństwo aktorów: Emad (Shahab Hosseini) i Rana (Taraneh Alidoosti) muszą opuścić swoje mieszkanie, gdyż budynkowi, który zamieszkiwali grozi zawaleniem. Z pomocą przychodzi im współpracownik z teatru, w którym razem pracują, Babak (Babak Karimi): mężczyzna oferuje im zamieszkanie w mieszkaniu, które dotychczas wynajmował kobiecie, która do tej pory nie odebrała swoich rzeczy. Wkrótce okazuje się, że w mieszkaniu wcześniej mieszkała prostytutka, a co gorsze Rana zostaje napadnięta w nowym mieszkaniu przez jednego z jej klientów...


Na pewno polityczny wymiar decyzji o przyznaniu temu filmu Oscara był jakimś elementem składowym sukcesu tej produkcji, jednak nie głównym i na pewno nie jednym. Farhadi zrobił film, który po prostu może spodobać się Amerykanom. Bohaterowie Klienta grają w teatrze i sceny z garderoby, prób i przedstawień to całkiem duża część filmu. W USA lubi się filmy o świecie filmu, teatru, aktorstwa więc to na pewno też działało na plus. Co więcej teatr bohaterów wystawia klasyczną amerykańską sztukę, czyli Śmierć komiwojażera Arthura Millera - za to na pewno można zaplusować. Poza tym za filmem stało wcześniej wiele prestiżowych nagród, z tymi z Cannes na czele. I chyba najważniejsze - to naprawdę po prostu, bez żadnych podtekstów jest bardzo dobry film - aktorsko, fabularnie i zdjęciowo. Jest to film bardzo w stylu Farhadiego - intryga, która zaczyna się niczym z mokrego snu Hitchcock'a, od trzęsienia ziemi. I to realnego. Potem zaś problemy zaczynają stopniowo narastać wokół bohaterów, którzy wikłają się w coraz to nowe życiowe kłopoty, z których nie ma dobrego wyjścia. Niemal żywcem uwspółcześniona antyczna tragedia podlana irańskim sosem. Jednak jeśli ktoś nie lubi stylu reżysera i nie przypadły mu w ogóle poprzednie filmy tego twórcy raczej też i tutaj może się zawieść - to jednak przecież w dalszym ciągu stylistycznie to samo, lecz ze zmodyfikowaną historią. Sam nie mogę zaś znaleźć minusów tej produkcji, to naprawdę kawał mocnego, równego przez cały czas i trzymającego wciąż w napięciu filmu z najwyższej półki. Bardzo cieszy fakt, że na jednym z trzech przedpremierowych seansów zastałem pełną salę kinową. To znaczy, że jest zapotrzebowanie na takie filmy - wymagające ale także dużo dające od siebie. A przy okazji pokazuje też, że w naszym kraju ludzie nie zamykają się na film z islamskiego (szyickiego - są wrogiem ISIS) kręgu kulturowego. Naprawdę warto zobaczyć tę historię. Polecam. 












Zaślepienie

Zaćma 
Polska 2016
reż. Ryszard Bugajski
gatunek: dramat
zdjęcia: Arkadiusz Tomiak
muzyka: Shane Harvey

Najnowszy film Ryszarda Bugajskiego, który to niedawno obejrzałem, a teraz staram się opisać nie zebrał zbyt wielu przychylnych opinii, i generalnie został surowo oceniony przez widzów, jak i krytyków. Sam jednak chciałem mimo to zobaczyć ten obraz i samemu, na własnej skórze przekonać się o jakości tej produkcji. Bugajski to przecież autor wystarczająco uznany, by dać światu co najmniej przyzwoity film. Tak przynajmniej myślałem przed seansem. 


Końcówka lat 50. ubiegłego wieku. Do ośrodka dla niewidomych w podwarszawskich Laskach przybywa dawna oprawczyni z czasów stalinizmu, Julia Brystiger znana też z zawodowego pseudonimu jako Krwawa Luna (Maria Mamona). Kobieta chce spotkać się z przebywającym akurat w ośrodku prymasem Wyszyńskim (Marek Kalita).


Krawa Luna to wyjątkowo trudna do ogólnej oceny postać. Wykształcona, światła kobieta, która lubowała się zawodowo w biczowaniu i przypalaniu petem swych często niesłusznie oskarżanych ofiar, zaś w ostatnich latach życia nawracająca się na katolicyzm i sama inwigilowana przez dawnych mocodawców, jako potencjalne zagrożenie dla systemu. Osoba wielu kontrastów, o której w sumie mógłby powstać ciekawy film stricte biograficzny. Film, jakim obraz Bugajskiego absolutnie nie jest. Niestety reżyser koncentrując się tylko na jednym aspekcie jej życia i pokazując historię spotkania (z którego nic nie wynika) jej z prymasem tysiąclecia, do którego udaje się, jak Henryk IV do Kanossy 900 lat wcześniej ogranicza pokazanie pełni postaci Julii. A niestety wtedy, gdy pokazuje coś więcej niż ośrodek i jego okolicę i cofa się do retrospekcji z krwawej przeszłości antybohaterki jest jeszcze gorzej. Jakieś metafizyczne doznania, jakich doświadcza Julia, wizje i inne dziwne rzeczy. Naprawdę wygląda to źle. Ogólnie zaś wszystko w tym filmie jest dwubiegunowe - źli ludzie wspierający system kontra prawdziwi Polacy i patrioci - oczywiście z krystalicznymi księżmi w roli głównej. Nie lubię tak łopatologicznie przedstawionych postaci, u każdego można znaleźć przecież plusy dodatnie i plusy ujemne. Z samych plusów można wymienić tutaj grę mało eksploatowanej na ekranie Marii Mamony, która stara się jak może i Janusz Gajos w drugoplanowej roli, który też wypada dobrze. Także czasem można pochwalić dekoracje i pracę kamery. Niestety to wszystko, co jestem w stanie docenić w tym filmie. Nie polecam. Każdy, kto chce zobaczyć w miarę nowy film, którego akcja toczy się w podobnych warunkach, to zdecydowanie polecam polsko - francuskie Niewinne.






sobota, 25 marca 2017

Z miłości do złota

Gold
USA 2016
reż. Stephen Gaghan
gatunek: dramat
zdjęcia: Robert Elswit
muzyka: Daniel Pemberton

Od czasu występu w oscarowym Witaj w klubie z 2013 roku aktorska kariera Matthew McConaughey'a nabrała sporego rozpędu. Chociaż wcześniej zagrał dziesiątki ról małych i dużych to dopiero cztery lata temu wkroczył do hollywoodzkiej pierwszej ligi. Zbliżający się do pięćdziesiątki aktor ma w sobie coś, co sprawia, że chce się oglądać go na ekranie. Także z chęcią wybrałem się na najnowszy film z jego udziałem. 


Starzejący się zapuszczony Kenny Wells (Matthew McConaughey) jest właścicielem liczącej kilka pokoleń tradycji uznanej przed laty kompanii zajmującej się wydobyciem surowców mineralnych. Jednak ostatnie lata to czas posuchy w jego chylącej się do upadku firmie. Wells za ostatnie pieniądze wylatuje do Indonezji, by przekonać do współpracy uznanego geologa, Michaela Acostę (Edgar Ramírez). Mężczyźni po wielu dniach trudu odkrywają ogromne złoże złota...


Film reklamowany był jako połączenie Wilka z Wall Street z American Hustler. Chociaż wpływy tych tytułów na pewno są zauważalne, to nie powiedziałbym, że w dużym stopniu opisywany właśnie Gold był kalkowaniem ich. Co najwyżej jest między tymi produkcjami jakieś dalsze pokrewieństwo. Jest to też przede wszystkim film typu przegadanego, bez większego napięcia dawkowanego przez akcję. Co nie znaczy, że napięcia nie ma w ogóle, bo owszem istnieje - jednak bardziej w sferze krasomówczej i mimicznej, szczególnie dzięki postaci Kenny'ego świetnie sportretowanego przez McConaughey'a. Aktor musiał przejść uwielbianą przez Hollywood i widownię makabryczną metamorfozę, by do roli obrzydzić się i mocno spaść. Efekty są piorunujące i widoczne na pierwszy rzut oka, gdyż Kenny lubi sobie pobiegać w samych bokserkach z obwisłym brzuchem piwosza pasibrzucha. Za samą taką transformację akademia oscarowa była w przeszłości już wręczyć swoją nagrodę. Aktorsko film ogólnie daje radę, bo mamy też dobrą rolę Ramireza oraz supportujących głównych bohaterów Bryce Dallas Howard i znanego m.in. z pierwszego sezonu House of Cards Corey Stoll. Sam film ma swoje lepsze i gorsze momenty, często zalicza mielizny, jednak dużym plusem fabularnym jest same zakończenie, a wizualnym ładnie przedstawiona natura Indonezji. Jest to taki film, jakich do kin trafia dość dużo w każdym roku - poprawnie wykonanych, dobrze oglądających się i całkiem szybko wyparowujących z głowy. Jednak posiada wystarczająco dużo mocnych punktów, by można było wybrać się na seans. 




Klasyka po latach

Obcy - 8. pasażer 'Nostromo' (Alien)
USA, Wielka Brytania 1979
reż. Ridley Scott
gatunek: horror, sci-fi
zdjęcia: Derek Vanlint
muzyka: Jerry Goldsmith

W maju do polskich i światowych kin zawita film Obcy: Przymierze, który będzie przybliżał nam uniwersum ksenomorfów. Co ciekawe 80. letni reżyser zapowiedział, że nie będzie to jednorazowy powrót, a planuje w sumie jeszcze pięć filmów o Obcym. Czy będą to zapowiedzi typu opowiadania Camerona o powstaniu Avatara 2,3,4, czy bajdurzenia Axla Rose'a o Chinese Democracy 2 i 3 ciężko stwierdzić, jednak zapowiedź tych filmów skłoniła mnie do odświeżenia sobie serii, z której w sumie nie wszystkie filmy widziałem.


Daleka przyszłość. Międzygalaktyczny statek handlowy 'Nostromo' powraca na Ziemię wraz z ładunkiem zabranym w innym punkcie Wszechświata. Załoga statku w pewnym momencie odbiera sygnał, po czym ląduje na planetoidzie, z której dochodził. Podczas rekonesansu jednego z członków załogi atakuje obca forma życia. Gdy na statku pojawia się ósmy pasażer regularna załoga musi stawić mu zagrożeniu. 


Pamiętam, gdy lata temu kilkukrotnie oglądałem późną porą film na emitującym go Polsacie. To było uczucie, jakiego chyba żaden inny film u mnie nie powodował. Może to zasługa młodego wówczas wieku, może fakt, że ogląda się coś zakazanego (bo przecież z ikonką 18+), możliwe, że przez klaustrofobiczną ciasnotę całości i samą osobę Obcego. Nie wiem czemu, ale jednak fakt jest taki, że wiele razy towarzyszyło mi uczucie gęsiej skórki przy seansie przerywanym męczącymi reklamami. Od tego czasu jednak zdążyłem dorosnąć, obejrzeć ponad tysiąc filmów i inaczej odbierać medium filmowe. Dodatkowo po niemal 40 latach, jakie minęły od premiery filmu widać też, że pod pewnymi aspektami czas odcisnął swe bezlitosne piętno na produkcji Scotta. Przeważnie widać to w warstwie nie aktorskiej czy fiction, ale samej science. Statek kosmiczny wygląda dzisiaj bardzo przedpotopowo, a mamy przecież do czynienia z zaawansowaną technologią setki lat po czasach nam współczesnych. Jednak mimo że ta niedziesiejszość odbiera pewną przyjemność to i tak nie powoduje, że da się to oglądać po latach. Już oczywiście nie z taką samą satysfakcją grozy i klaustrofobicznego zaszczucia, jak przed laty ale jednak wciąż dobrze. Aż zazdroszczę tym poszczególnym okazom człowieka, które to jeszcze nie widziały tego filmu - może nie każdy go polubi, ale znać trzeba. A w przyszłości zamierzam kontynuować rendez-vous z Obcym.