Spiskowcy rozkoszy (Spiklenci slasti) Czechy, Szwajcaria, Wielka Brytania 1996 reż. Jan Švankmajer gatunek: czarna komedia
Nie tak dawno temu obejrzałem inny film czeskiego reżysera Jana Švankmajera, noszący tytuł Mały Otik. Produkcja ta zapowiadała, że i inne filmy tego twórcy mogą być bardzo...specyficzne. Słowem - nie każdemu przypadnie do gustu to, co w swych dziełach pokazuje autor. I o ile Otika jakoś kupiłem, nie mogę tego powiedzieć zupełnie o tym filmie.
Obserwujemy życie tak zwanych zwykłych ludzi (między innymi Pavel Nový, Anna Wetlinská, Barbora Hrzánová, Gabriela Wilhelmová, Petr Meissel), którzy oddają się swoim wstydliwym pasją, gdy akurat nikt nie patrzy.
Przez niemal półtorej godziny obserwujemy małe i duże dziwactwa grupy ludzi, i aż dziw bierze, że nie ma wśród nich tytułowych Guzikowcówz filmu Petra Zelenki. Bohaterowie bez słów wikłają się w realizację swoich najskrytszych grzesznych przyjemności. Niestety całość jest dla mnie całkowitym nieporozumieniem. Do tego w pewnym momencie na domiar złego dochodzą pokraczne, siermiężne animacje (reżyser swego czasu tworzył wiele animowanych filmów), których nie mogłem oglądać. Patrząc na zatrważająco wysoką średnią ocen filmu na filmwebie jestem zdumiony, że aż tak wiele osób mogło to oglądać. Mnie reżyser tym filmem nie tylko nie przekonał, ale i zraził, co zdarza się wyjątkowo rzadko. Dobrze więc radzę - trzymać się od tego czegoś z daleka.
Tym razem wziąłem się za pierwszy pełnometrażowy film jednego z najciekawszych hiszpańskojęzycznych reżyserów ostatnich lat, Chilijczyka AlejandrA Amenábara. Nazwisko to zapewne zbyt wielu osobom może nic nie mówić, jednak większość powinna go kojarzyć z nastrojowego filmu grozy Inni z Nicole Kidman. Amenábar ma w swym dorobku szereg filmów, które chcę obejrzeć więc zapewne w najbliższym czasie jeszcze kilka razy zagości na łamach bloga.
W filmie poznajemy kończącą szkołę filmową Angelę (Ana Torrent - bardzo filmowe nazwisko), która zbiera materiały do swojej pracy dyplomowej, w której chce pisać o zjawiskach przemocy w kinie i telewizji. W tym celu spotyka się ze szkolnym dziwakiem Chemą (Fele Martínez), który ma największą w okolicy kolekcję filmów porno i tzw. snuff filmów. Na filmie, który miał jej zaś dostarczyć promotor, który umarł podczas jego oglądania odnajduje scenę zabójstwa dziewczyny studiującej na swojej uczelni. Szybko zaczyna podejrzewać o popełnienie tej zbrodni uczelnianego przystojniaka, Bosca (Eduardo Noriega).
Fabuła filmu kręci się na wspomnianych wyżej filmów z kategorii snuff movies. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam, że są to filmy, które ukazują sceny prawdziwych tortur, gwałtów czy zabójstw lub samobójstw. Podobny wątek przewijał się między innymi w popularnym w Polsce filmie z Nicolasem Cagem 8 mm, który to często nasze stacje puszczają po nocach do dziś.
Lawirująca wśród pełnych przemocy filmów wideo bohaterka musi cały zachowywać czujność, gdyż zabójca z filmów znajduje się na wyciągnięcie ręki, choć Angela nie wie kto nim jest. Mnogość fałszywych tropów jakie serwuje nam w tym punkcie reżyser jest zatrważająca i naprawdę częstotliwość przeróżnych twistów fabularnych jest za duża. Także mam problem z samą bohaterką, której zdarzają się różne rzeczy, jak się zaś później okazuje tylko w jej imaginacji. Jedna taka scena by wystarczyła, tu zaś mamy ich przesyt.
W filmie całkiem dobrze radzi sobie muzyka, która potrafi zbudować ciekawy klimat. Szczególnie przypadły mi do gustu pojawiające się kilkakrotnie motywy rodem z kina noire, które występują w kluczowych momentach. Miło się tego słucha.
Fabuła filmu jest ogólnie ciekawa i widz może wsiąknąć w historię, jednak sposób w jaki reżyser prezentuje pewne rzeczy razi. Niestety film mimo wielu zwrotów jest też dość przewidywalny i czasem niezbyt dobrze funkcjonuje pod względem związków przyczynowo - skutkowych.
Sądzę jednak, że jak na pierwszy film nie jest tak źle i z chęcią obejrzę inne pozycje reżysera, szczególnie, że wiem że potrafi dużo (vide wspomniani już Inni). Mogę polecić Tezę nie tylko fanom kinematografii lat 90. czy kina hiszpańskiego ale też miłośnikom thrillerów. Film próbuje wskazać na problem przemocy lansowanej przez media więc w jakimś stopniu pełni funkcję hmm moralizatorską. Nie jest źle choć oczywiście szału też nie ma.
Skandalista Larry Flynt (The People vs. Larry Flynt)
USA 1996
reż. Miloš Forman
gatunek: biograficzny, dramat
Miloš Forman nie robi filmów masowo, rokrocznie. Okres między poszczególnymi produkcjami wynosi przeważnie kilka lat lub nawet całą dekadę. Jednak to jak ze studiem robiącym gry - Blizzard (które to dało światu serie Diablo i Warcraft), każdy kolejny tytuł Formana to gwarancja pewnego określonego poziomu. Z którego reżyser nie zszedł i tym razem.
Poznajemy historię życia założyciela pisma pornograficznego Hustler, tytułowego Larry'ego Flynta (Woody Harrelson). Wraz z bratem Jimmym (prawdziwy brat Woody'ego, Brett Harrelson) prowadzi on początkowo klub go-go. Poznaje tam miłość swojego życia - Altheę (wdowę po Kurcie Cobainie - Courtney Love), która to tańczy w jego przybytku. By zareklamować swój biznes postanawia wydać gazetkę, która przestawia nagie panie. Jeszcze nie wie, że jego pismo szybko odniesie sukces. Sukces którego ceną będą liczne procesy sądowe, w których będzie mu pomagać młody adwokat Isaacman (Edward Norton).
Nawet w naszym kraju niemal wszyscy znają twórcę i wydawcę innego z bardziej ekskluzywnych pism dla panów, Playboya - Hugh Hefner mimo 90 na karku dzięki viagrze wciąż pozostaje dziarskim dziadkiem. Jednak po Playboyu przyszła pora na coś odważniejszego - Hustler był pierwszym szerokokolportowanym czasopismem pornograficznym. Teraz, gdy w niemal każdym kiosku z witryn witają nas roznegliżowane cycate blondynki zabawiające się na okładce porem lub gaśnicą niemal nikogo to nie dziwi. Przed czterdziestu laty, gdy Larry Flynt startował ze swym pismem wywoływało to wieloletnie protesty i skandale. Dość przewrotnie więc pornograf stał się ikonom walki o wolność słowa w konserwatywnej lecz wciąż mówiącej o wolności Ameryce. To jego procesy i powtarzana przez niego i jego obrońcę jak mantra 1. poprawka do Konstytucji były punktem zwrotnym w historii i stworzyły dość ważny precedens w tamtejszym sądownictwie. O czym dość szczegółowo w filmie, który oprócz procesów pokazuje skrótowo drogę Flynta do sukcesu, cenę jaką musiał za to zapłacić (zamach na jego życie, przez który od wielu lat porusza się częściowo sparaliżowany na wózku), życie prywatne i jego stosunek do świata.
Bardzo spodobała mi się kreacja Woody'ego Harrelsona, który bardzo przekonująco odegrał Flynta (który to pojawia się w drobnej roli sędziego). Na drugim biegunie za to znalazła się odtwórczyni jego żony. Może jestem już za stary na Courtney Love, ale naprawdę nie mogłem znieść jej na ekranie, na którym niestety pojawiała się dość często. Za to minus dla produkcji.
Jednak ogólnie jeśli ktoś chce zobaczyć jak wyglądała najgłośniejsza walka o porno (i wolność jaką to porno ze sobą niosło) to myślę, że jak najbardziej warto poświęcić temu wydarzeniu dwie godziny.
Kontynuując zapoznawanie się z filmami, które mimo wysokich ocen, nagród i klasyczności jakimś cudem pominąłem do tej pory przyszedł czas na obejrzenie dużoekranowego debiutu uhonorowanego za ten film oscarową nominacją za najlepszą drugoplanową rolę Edwarda Nortona. Czy film po dwudziestu latach od premiery przetrwał próbę czasu i jest wart obejrzenia? O tym poniżej.
Brutalnie zamordowany ginie ceniony i szanowany przez lokalne społeczeństwo biskup. Szybko zatrzymany zostaje uciekający z miejsca popełnienia przestępstwa członek kościelnego chóru - młody Aaron (Edward Norton). Niemal natychmiast nazwany przez prasę Rzeźnikiem chłopak oczekuje na proces, w którym nie ma zbyt wiele szans na sukces, a na szali jest jego życie. W celu zdobycia rozgłosu jego obrony podejmuje się ceniony adwokat Martin Vail (Richard Gere). Vail ma też inny powód, by stanąć po stronie Aarona - prokuratorem w tej sprawie jest jego była kochanka - Janet Venable(Laura Linney).
Film ten mimo dwudziestu niemal lat od swej premiery nie zestarzał się i nadal ogląda się go dobrze. Porusza on kwestie bardzo ponadczasowe, więc nie będzie tak, by widz zastanawiał się o co w nim chodziło. W sumie akcja produkcji dzieje się nie licząc kilku przelotnych lokacji w trzech miejscach - na sali sądowej, w celi aresztu oraz w biurze adwokackim Vaila. Ascetyczność i skromność lokacji daje nam bardzo intymny, osobisty wymiar produkcji. Nie ma tu wielkich terenów, fajerwerków postprodukcyjnych etc. Wszystko jest stonowane i bardziej właściwe teatrowi niż filmowym superprodukcją. Akcji jest tutaj mało, ważniejsze są dialogi oraz mimika, To co dla jednych jest wielkim plusem, dla innych okaże się być nie do zaakceptowania. Ale nie od dzisiaj wiadomo, że jedni lubią pomarańcze, a inni jak im nogi śmierdzą.
Klasą samą w sobie jest tutaj gra wówczas 27. letniego Nortona, który wcielał się w rolę 19 letniego zamkniętego w sobie i zamkniętego w skorupie traumatycznych wspomnień Aarona. Norton przyćmił tutaj innych aktorów tym, w jaki sposób odegrał kilka różnych osobowości. Realizm jego postaci kwalifikuje go z miejsca do aktorskiego Olimpu. Przyćmił swą drugoplanową rolą wszystkich, w tym bardzo dobrego tutaj Gere'a.
Mamy do czynienia z filmem, który wymaga od widza ale też wiele w zamian daje. Filmem, od którego oczekiwać trzeba nie wartkiej akcji lecz całkiem czego innego. Filmu, który warto obejrzeć i samemu wyrobić sobie o nim zdanie, Dla samego Nortona warto, gdyż w sumie jego rola jest tu kluczowa. Bez niego byłby to po prostu film jakich wiele.
Trainspotting Wielka Brytania 1996 reż. Danny Boyle gatunek: dramat zdjęcia: Brian Tufano
W filmie Boyla będącym przeniesieniem prozy Irvine'a Welsha na ekran obserwujemy poczynania uzależnionego od narkotyków szkockiego marginesu społecznego lat dziewiedziesiątych ubiegłego wieku. Produkcja ta zyskała duży rozgłos na świecie i jest uważana obecnie za jeden z najważniejszych filmów europejskich ostatniej dekady minionego stulecia.
W produkcji obserwujemy życie kilkorga przyjaciół, ze szczególnym uwzględnieniem Rentona (Ewan McGregor), który to ciągle musi wybierać między próbą rzucenia nałogu, a zdeprawowane towarzystwo swoich znajomych. Znajomi ci to przegląd różnych form patologii społecznej, groteskowo wręcz różniący się od siebie. Mamy tutaj agresywnego Bagbiego (Robert Carlyle), całkiem już odjechanego Spuda (znany ze Zgonu na pogrzebie czy Pearl Harbor Ewan Bremmer czy kombinujący nieustannie Sick Boy (Johnny Lee Miller). Czy spotkanie przez Rentona młodej
Diany (w tej roli znana z Zakazanego Imperium Kelly Macdonald) coś wniesie w jego życie?
O obrazie Boyla w czasie premiery było na świecie bardzo głośno, Tematyka ta wywoływała wówczas spore kontrowersje. Inna ekranizacja dzieła Welsha, niedawny Brud z James'em McAvoyem w roli szelmowskiego policjanta nie wzbudził choćby połowy takiego zainteresowania.
Opisywany film jednak mimo, że rozgrywa się bez jakoś mocno zarysowanego ciągu fabularnego połyka się momentalnie, obrazowo pokazane sceny z życia narkomanów wciągają widza, który ze zgrozą ogląda poczynania bohaterów ulokowanych w różnorakich spelunach i melinach. Nie uznaję tego filmu za wybitny, jednak zdecydowanie polecam go do obejrzenia każdemu, jako szczegółowa wiwisekcja narkomanii. Ku przestrodze.
Fargo USA 1996 reż. Ethan Coen, Joel Coen gatunek: thriller, dramat zdjęcia: Roger Deakins muzyka: Carter Burwell
Tytułowe Fargo to zabita dechami mieścina w Dakocie Północnej, gdzie na samym początku filmu jesteśmy świadkami dziwnego układu. Grany przez Williama Macy'ego Jerry Lundegaarden zawiera układ z dwoma zbirami, w ramach którego ci mają porwać jego żonę i wymusić okup od bogatego teścia Jerry'ego. W roli jednego ze zbirów późniejszy bohater serialu Zakazane Imperium - Steve Buscemi, którego rola w produkcji zapadła mi najbardziej w pamięć. Później akcja przenosi się do stanu Minnesota a sam plan zaczyna się poważnie komplikować...
W filmie braci Coen mimo zaledwie trochę ponad 90 minut akcji fabuła biegnie nieśpiesznie i tylko w kilku kluczowych momentach mknie niczym rasowe Ferrari. Umiejętnie dawkowana akcja pozwala widzowi odpocząć między najważniejszymi momentami, pokazując monotonne życie mieszkańców amerykańskiej prowincji. Śledząc tę produkcję widzimy, że każdy bohater, zarówno pierwszo, jak i drugoplanowy wygląda tutaj nieszczególnie twarzowo, każdy jest tutaj brzydki, zniszczony życiem. Czy to główny bohater, jego żona, bandyci, biznesmeni, policjanci (i policjantki), prostytutki. Życie doświadcza każdego...
Brawa należą się też za świetny montaż i pracę kamery. Wspaniale widzimy, a momentami wręcz czujemy fantastyczny klimat zimy, czy to w zabitych dechami mieścinach, czy też na ośnieżonych pustkowiach. Zima w tym filmie zarówno przeraża, jak i fascynuje jednocześnie. W żadnej innej produkcji nie widziałem tak dobrze przedstawionego śnieżnego, zamglonego pustkowia.
Reasumując w Fargo mamy do czynienia z filmem dobrym, a momentami wręcz bardzo dobrym. Sama intryga czasem schodzi na drugi plan, by pokazać skrawki życia występujących na ekranie postaci. Twórca pokazuje tutaj, że mimo tragedii, jaka ma miejsce, każdy musi toczyć dalej własne życie. A jak już się z nim upora to zależy wyłącznie od niego. Po seansie zostają w głowie dwa pytania - do czego zdolny jest człowiek, by zgarnąć pewną ilość pieniędzy oraz ile tak naprawdę warte jest ludzkie życie?