Szczęście świata Polska 2016 reż. Michał Rosa gatunek: dramat, komedia
Na pierwszy obejrzany w nowym roku film symbolicznie wybrałem produkcję krajową licząc, że polskie filmy w tym roku przyniosą wiele pozytywnych niespodzianek, a ilość dobrych produkcji będzie jeszcze większa, niż kinowe debiuty z 2016 roku. A że opisywany film otrzymał kilka nagród na festiwalu w Gdyni to można było przypuszczać, że seans będzie wartościowy.
Śledzimy losy mieszkańców pewnej ulokowanej na Śląsku kamienicy począwszy od czasów poprzedzających wybuch II Wojny Światowej. Stanowią oni prawdziwy tygiel kulturowy: żyją tam między innymi ponętna i próżna Żydówka Róża (Karolina Gruszka), typowy Ślązak - matematyk amator Rufin (Dariusz Chojnacki) wraz z rodziną, a także botanik Tomasz (Krzysztof Stroiński) czy Niemka Gertruda (Agata Kulesza) z synem.
Film ten zyskał na krajowych konkursach uznanie dzięki muzyce, zdjęciom oraz charakteryzacji i scenografii. I w istocie te elementy stoją na całkiem przyzwoitym poziomie. Także aktorsko wygląda to dobrze. Aktorzy grają tutaj w trzech, a jeśli uznać za język śląską gwarę to w czterech językach (polski, niemiecki, jidysz i właśnie ślonsko godka). Za te elementy należą się na pewno pochwały. Jednak film leży pod względem fabularnym. Jest strasznie bezpłciowy, nijaki. Ogląda się to bez żadnego zaangażowania w to, co dzieje się na ekranie. Bohaterowie są też nijacy i nie obchodziło mnie zbytnio to, co się z nimi w danej chwili dzieje. Jak na tak krótką produkcję, która trwa niecałe 100 minut dłużyło się to niemożliwie. Po wyjściu z sali myślałem, że minęło co najmniej da razy więcej czasu, niż minęło faktycznie. Naprawdę jestem zawiedziony, gdyż liczyłem po zwiastunie wiele, wiele więcej. A tak, na pierwszy dobry polski film obejrzany w tym roku będę musiał poczekać jeszcze trochę. Szkoda.
Jestem mordercą Polska 2016 reż. Maciej Pieprzyca gatunek: thriller, psychologiczny
Patrząc na polski biznes filmowy coraz bardziej rośnie serce. Robi się coraz więcej filmów (a komedie romantyczne nie stanowią już większości), praktycznie co weekend ma miejsce rodzima premiera, poziom tych filmów rośnie w górę, a i dzięki coraz większym budżetom widz ma wrażenie oglądać bardziej dopracowane dzieła. Co ważne też ludzie chętnie wybierają się do kin na polskie filmy, czego dowodem są boxoffice'owe liczby - takie filmy, jak Wołyń, Ostatnia rodzina, Pitbull, Moje córki krowy, Planeta singli czy nawet Smoleńsk prowadziły w weekendowych zestawieniach zostawiając za sobą zagraniczną konkurencję. Nowy film Pieprzycy liczbą widzów im nie dorównał, jednak po raz kolejny dostajemy dobre polskie kino.
Lata 70. ubiegłego wieku. Po Śląsku i Zagłębiu grasuje seryjny morderca kobiet. Major Stępski (Piotr Adamczyk) wyznacza nowym koordynatorem sprawy milicjanta na dorobku, Janusza Jasińskiego (Mirosław Haniszewski). Dzięki pomocy nowych technologii ekipa Jasińskiego ogranicza listę potencjalnych sprawców. Wkrótce milicjanci zatrzymują Wiesława Kalickiego (Arkadiusz Jakubik)...
Film jest fabularnie inspirowany wydarzeniami rzeczywistymi związanymi ze sprawą Wampira z Zagłębia, grasującemu pół wieku temu mordercy 14 kobiet, którym uznano Zdzisława Marchwickiego. Pieprzyca jest fanem teorii, iż skazano niewinnego człowieka i zresztą nakręcił niemal dwie dekady temu dokument pokrywający się z nazwą tego filmu, w którym stawiał pod znakiem zapytania winę Marchwickiego. W duchu wątpliwości i pewnego moralnego niepokoju osadzona jest też opowiedziana w filmie historia Kalickiego.
Mamy tutaj dobrze odwzorowany portret psychologiczny kierującego sprawą milicjanta. Początkowo jest pełnym ideałów człowiekiem, który chce schwytać przestępce. Angażuje do tego całe swoje życie, stawia na nowatorskie metody, które w konsekwencji sprawiają, że udaje się zatrzymać wytypowanego przestępce, który zachowuje się dziwnie, nie ma nic na swą obronę, zdarza mu się mataczyć, a dodatkowo pogrąża go zdzirowata żona i przedmioty znalezione w jego domu. Nie ma jednak twardych dowodów na jego winę. Dlatego też oglądamy funkcjonariusza, którego zaczynają dręczyć wyrzuty sumienia wygaszane za pomocą hektolitrów wódki i setek papierosów. Także niewątpliwy awans społeczny, gratyfikacja finansowa i szacunek zwykłych ludzi, jak i władz działają na Jasińskiego korumpująco, przez co ten coraz bardziej odżegnuje się od dawnych ideałów...
Scenografowie i charakteryzatorzy spisali się na medal. Dostajemy tutaj skondensowaną wersję PRLu lat 70. ubiegłego wieku w wersji mini. Oprócz skręconych na wzór ówczesnych papierosów (których wypalono na planie 6000) czy alkoholi możemy podziwiać tutaj takie zdobycze małej stabilizacji, jak kolorowe telewizory czy komputer Odra. Wszystko to plus dopasowane ubiory i fryzury z epoki świetnie oddają ducha naszego kraju sprzed 40 lat.
Także aktorsko oglądamy naprawdę dobre widowisko. Jest tu miejsce dla dobrych, acz nieopatrzonych jeszcze aktorów, jak główna postać grana przez Mirosława Haniszewskiego (choć ten może się kojarzyć niektórym z Piotrem Cyrwusem) czy Michał Żurawski. Także aktorzy bardziej doświadczeni i znani, jak Agata Kulesza, Arkadiusz Jakubik czy osoba, o którą najbardziej się obawiałem, czyli Piotr Adamczyk dają radę. Szczególne brawa dla Kuleszy, która wcieliła się w rolę żony Kalickiego - świetna rola. Jakubik zaś, jak już zdążył w ostatnich latach przyzwyczaić wypadł bardzo dobrze - jego wersja podejrzanego mimo że oszczędna w środkach wyrazu jest postacią tajemniczą i nieodgadnioną, w sumie ciężko przez to stwierdzić, czy jest winny, czy nie.
Reasumując dostajemy naprawdę dobry dreszczowiec z pogłębionym rysem psychologicznym, który jest świetnie przedstawiony pod względem przeniesionej epoki, jak i równie dobrze zagrany. Warto wybrać się do kina!
Róża Polska 2011 reż. Wojciech Smarzowski gatunek: dramat
Film ten obejrzałem z powodu zbliżającej się premiery kolejnego filmu reżysera. Wojciech (wybaczcie, jakoś nie pasuje mi lansowany przez samego autora Wojtek w kontekście nieznanego mi osobiście faceta po pięćdziesiątce) Smarzowski w pięć lat po opisywanym właśnie filmie sięga ponownie po tematykę okołowojenną w zapowiadanym na jeden z ważniejszych i lepszych artystycznie rodzimych filmów dekady. Uznałem więc, że dobrym preludium do przyszłotygodniowej premiery będzie właśnie Róża.
Mazury, rok 1945. Na właśnie odzyskiwane przez Polskę ziemie zamieszkałe przez Niemców, Mazurów, Polaków i Rosjan wkracza dawny żołnierz AK, Tadeusz (Marcin Dorociński). Przybywa on do wdowy po żołnierzu Wehrmachtu, Róży (Agata Kulesza), by oddać jej pamiątki po zmarłym mężu. Mężczyzna postanawia pomóc kobiecie w obowiązkach oraz strzec jej domu przed szabrownikami licznie nawiedzającymi okolicę.
Film ten oprócz ukazania trudnego i problematycznego uczucia pomiędzy AK-owcem, a kobietą niemieckiego żołnierza pokazuje przeważnie zapominany przez historię fakt potraktowania Mazurów przez nowe powojenne władze Polski. Ogólnie pokazuje też w sposób naturalistyczny i często aż przesadnie brutalny metody wprowadzania nowej władzy na ten teren oraz samo odzyskiwanie ziem dla Macierzy. Jako dygresję polecę zaś dla wszystkich zainteresowanych tym, jak wyglądał rok zakończenia wojny książkę 1945. Wojna i pokój Magdaleny Grzebałkowiej - tam jest wiele tematów podobnych do tego, co ukazuje reżyser tego filmu.
W warstwie fabularnej jednak znajduje kilka zasadniczych usterek, które nie pasują mi do realiów. W warstwie, nazwijmy to miłosnej nie widzi mi się sam fakt udania się Tadeusza na Mazury, by przekazać jakieś zdjęcie i obrączkę obcej kobiecie. Żołnierz, na którego oczach zgwałcono i zabito żonę idzie sam pośród niebezpieczeństw, aby oddać przedmioty należące do przedstawiciela wrogiej armii? To się kupy nie trzyma. Gdyby jeszcze pokazano na jakiej stopie zażyłości opierała się znajomość Tadeusza z niemieckim mężem Róży może dałoby się to wyobrazić, jednak bez tego motywy bohatera są nieznane, a cała spajająca historię fabuła pozbawiona sensu. Natomiast jeśli chodzi o warstwę, powiedzmy historyczną mamy do czynienia z kolejnym filmem bardzo nieobiektywnie pokazującym bohaterów. Zgodnie z panującym ostatnimi laty trendem nie oglądamy tu ludzi z krwi i kości, a jakby walkę pociesznych hobbitów z wstrętnymi, na wskroś złymi orkami z Władcy Pierścieni. Wszyscy przedstawiciele polskiej armii, kombatant Armii Ludowej, rosyjskie wojska - każdy z nich jest brutalnym, przeważnie okropnie brzydkim wizualnie chamem skłonnym najpierw bić i pić, potem zaś stawiać pytania. Wszyscy bez wyjątku są przedstawicielami Imperium Zła, a ich charaktery pasują bardziej do sztampowej fantasy niż do aspirującego filmu, gdzie nic nie jest czarne lub białe, a jedynie mieniące się różnymi odcieniami szarości. W porównaniu z nimi biedni Mazurzy to szlachetni lecz bezradni ludzie skazani na łaskę krwawych zwycięzców. Jak nic pasuje tu porównanie orków z hobbitami. Hobbitami bronionymi tu przez Aragorna, tutaj przedstawionego jako bohater grany przez Dorocińskiego. Po Smarzowskim spodziewałem się bardziej realnego przedstawienia bohaterów.
Gra aktorska stoi tu na dobrym poziomie, Kulesza, jak i Dorociński wypadają tu bardzo dobrze, Także role poboczne są obsadzone nieźle, przeważnie przez aktorów mających pewne miejsce w filmach tego reżysera. Mamy tu więc między innymi Braciaka, Dziędziela czy Lubosa, ale też Dyblika i Rogalskiego. Nie zdziwiłbym się, gdyby przy kręceniu filmu o podboju kosmosu w roli dzielnych polskich kosmonautów Smarzowski postawił na wyżej wymienionych aktorów,
Także nie można się przyczepić do warstwy technicznej - odpowiednia muzyka, bardzo dobra praca kamery, ale także dobra scenografia i kostiumy. Ogląda się to dobrze. O ile dobrym oglądaniem można nazwać festiwal brutalności, który oglądamy niemal na każdym kroku. Sądzę, że w nadchodzącym Wołyniu może być pod tym względem podobnie.
Generalnie więc mamy dobrze zrealizowany i zagrany film, z ciekawym przyczynkiem historycznym, który mógł być podstawą do stworzenia bardzo dobrej, realistycznej fabuły, jednak właśnie fabularnie moim zdaniem film ten kuleje i to chyba nawet na obie nogi. Oczekiwałem jednak czegoś więcej, choć oczywiście namawiam do obejrzenia, gdyż ciągle to stylowe polskie kino.
Niewinne (Les Innocentes) Francja, Belgia, Polska 2016 reż. Anne Fontaine gatunek: dramat
Kiedy tylko przeczytałem o zbliżającej się produkcji będącej koprodukcją francusko - polską kręconą w naszym kraju przy dużym udziale polskich aktorek, a za reżyserię odpowiada w tym projekcie ciesząca się uznaniem na świecie urodzona w Luksemburgu Anne Fontaine to wiedziałem, że będę chciał zapoznać się z finalnym produktem. Choć tematy zakonnic nie należą do moich ulubionych to w tym wypadku postanowiłem zaryzykować.
Akcja toczy się gdzieś na polskiej prowincji tuż po wojnie, pod koniec 1945 roku. Poznajemy losy francuskiej sanitariuszki Czerwonego Krzyża, młodej Mathilde (Lou de Laâge), która to zostaje wezwana do znajdującego się nieopodal żeńskiego klasztoru zarządzanego przez apodyktyczną przeorycę (Agata Kulesza). Władające francuskim zakonnica Maria (Agata Buzek) i matka przełożona zapoznają przybyłą kobietę z sytuacją. Okazuje się, że zakonnice zostały zgwałcone podczas wyzwalania tych ziem przez czerwonoarmistów, a teraz część z nich jest w ciąży. Mathilde zostaje poproszona o tajemną opiekę nad kobietami...
Wart uwagi jest fakt, że za taką historię, która ma miejsce na ziemiach polskich i jak podaje informacja na początku filmu wydarzyła się naprawdę (choć moim zdaniem opowieść ta jest co najwyżej inspirowana faktami, a nie autentyczna na 100%) wzięli się twórcy z dość odległej Francji, a nie autorzy z Polski. Może jednak to i lepiej, że opowieść jest pokazywana jakoby z zewnątrz - zarówno reżyserka jak i scenarzyści pochodzą z francuskojęzycznych krajów, wydarzenia w filmie obserwujemy zaś z perspektywy francuskiej lekarki. To powinno dawać bardziej obiektywne warunki niż nasi twórcy kręcący w imię hasła 'Bóg, Honor, Ojczyzna'. Temat ten zaś wymaga przełamania pewnego tabu. Fontaine natomiast pokazuje sytuację, z jaką muszą zmierzyć się zakonnice jako sytuację,z którą spotkała się swego czasu Antygona. Bohaterki będą musiały wybrać pomiędzy nazwijmy to zgodnie z historią spisaną przez Sofoklesa prawem boskim,a prawem ludzkim. Pierwsze reprezentować będzie świetnie zagrana przez Agatę Kuleszę despotyczna matka przełożona, drugie to domena młodej lekarki, w którą wciela się śliczna Lea de Laâge (którą będę chciał obejrzeć w kilku innych produkcjach, bo zapowiada się dobrze).Fontaine skupia uwagę na hermetycznych, sztywnych od wieków prawach rządzących się w klasztorze. Mamy teokratyczną dyktaturę przeoryszy i anachroniczne prawa, jakimi rządzi się ta placówka. Oglądając jaki jest klasztorny porządek dnia i zasady, jakimi kierują się zakonnicę po prostu współczułem tym przeważnie młodym dziewczynom uwięzionym w tym ciężkim do życia miejscu. Sam pomysł zaś, by miejsce filmów umieszczać w klasztorach to strzał w dziesiątkę. Udowodniło to już świetne Imię róży na podstawie książki zmarłego niedawno Umberta Eco. Tak hermetyczne miejsce posiadające sztywne zasady to świetny plac dla przeróżnych kryminałów, thrillerów, dramatów czy nawet romansów. Inna rzecz, która bardzo mi się spodobała to dobrze zrealizowane zdjęcia, za które odpowiadała Caroline Champetier. Dobrze wykonana robota autorki zdjęć m.in. do Ludzi Boga. Fajną sprawą w filmie jest też umieszczenie w nim postaci żydowskiego francuskiego lekarza granego przez Vincent Macaigne, który wprowadza do filmu potrzebny aspekt humorystyczny.
Można tej produkcji trochę zarzucić. Na przykład skąd wśród prowincjonalnych zakonnic, gdzie przed wojną do zakonów w takich miejscach trafiały przeważnie niepiśmienne wręcz wiejskie dziewczyny aż trzy umieją bezbłędnie posługiwać się językiem Ludwika XIV? (oprócz dwóch wspomnianych jeszcze zakonnica grana przez Joannę Kulig). Także trochę razi mnie tendencyjne pojmowanie historii i ludzi w nich uczestniczących (jedni muszą być dobrzy, inni wszyscy bez wyjątku źli). Ale ogólnie nie żałuję kupna biletu do kina na ten film. Miło, że powstają kolejne koprodukcje europejskie z dużym udziałem naszych twórców.
Według encyklopedycznej definicji służby specjalne to cywilne i wojskowe służby prowadzące działania wywiadowcze i kontrwywiadowcze, których domeną jest pozyskiwanie i ochrona informacji kluczowych dla zapewnienia wewnętrznego i zewnętrznego bezpieczeństwa państwa. Kontrowersje budzą niektóre techniki stosowane przez służby specjalne, szczególnie te niedozwolone przez prawo ich państwa macierzystego, jak przekupstwo, szantaż, tortury, skrytobójstwo oraz nielegalny handel bronią i narkotykami. Praktyki te są niekiedy usprawiedliwiane ochroną interesów państwa i jego obywateli i dotyczą służb specjalnych zarówno krajów demokratycznych, jak i reżimów dyktatorskich.
Czasy okołowspółczesne. Poznajemy pracę i życie trzech agentów zbliżonych do zlikwidowanych Wojskowych Służb Informacyjnych: zmaskulinizowaną podporucznik Aleksandrę Lach (Olga Bołądź), kapitana Janusza Cerata (Wojciech Zieliński) oraz pułkownika Mariana Bońkę (Janusz Chabior). Wszyscy troje wykonują polecenia wydawane przez generała (Wojciech Machnicki). Oprócz spraw służbowy widz poznaje też osobiste problemy bohaterów.
Vega na szczęście wziął się za tematykę, w jakiej o wiele lepiej się czuje i nie zmaltretował widza kolejnym filmem pokroju Ciacha. Tym razem pokazuje nam od kuchni świat ludzi, których oficjalnie nie ma. Ludzi którzy po usłyszeniu rozkazu bez wahania przyjdą popełnić czyjeś samobójstwo lub zostaną lekarzami ostatniego kontaktu. W tym filmie ci swoiści ludzie z cienia mieszają się do wielu owianych aurą tajemniczości spraw, jakimi żyła w ostatnich latach opinia publiczna. Nie padają żadne nazwiska ale wszyscy powinni z grubsza wiedzieć o kogo chodzi. Miłośnicy teorii spiskowych powinni być zachwyceni. Minus tego jest taki, że w trwającym mniej niż dwie godziny nagromadzenie różnych sytuacji jest za duże. Mamy kilka scen dziejących się w Polsce, do tego misja jednego z agentów w Afganistanie, wysłanie bohaterów do Rygi czy działania we Włoszech to naprawdę za dużo. Lepszym rozwiązaniem byłby skupienie się na dwóch, maksymalnie trzech sprawach a resztę ukazanie dokładniej w serialu, który przecież też powstał i wyemitowała go publiczna telewizja. A tak to oprócz spraw zawodowych mamy ukazane życie prywatne bohaterów, które też nie jest usłane różami. Jeden wraz z żoną (ciężka do pozytywnej weryfikacji Kamila Baar) stara się o adopcję dziecka, drugi dowiaduje się o śmiertelnej chorobie i próbuje szukać wsparcia u zakonnika na którego ma kwity(Andrzej Grabowski), kolejna postać zaś szuka swego miejsca w życiu i ogólnie jej wątek jest mocno nijaki. Nijaki jak stan państwa polskiego ukazanego w kraju. Pokazuje to sam fakt, że nie wiadomo kto wydaje kluczowe dla biegu spraw narodowych decyzje czy jak wygląda stan polskiej służby zdrowia (która ma tu twarz Agaty Kuleszy).
Bohaterowie posługują się właściwym dla swej pracy slangiem, wydaje się że Vega chce wtedy pokazać widzom Ha! Patrzcie! Wiem jak oni mówią, wiem wszystko jednak często jest to zagranie pod publiczkę. Pojedyncze slangowe zwroty padają przeważnie typowo na pokaz, z dodatkowym natychmiastowym tłumaczeniem u dołu ekranu. Trochę to sztuczne i noszące znamiona kujońskiej zapchajdziury w wykonaniu reżysera.
Reasumując mamy całkiem niezły film akcji osadzony w typowo polskich warunkach. Gra aktorska głównych postaci jest dobra, reszta zaś leży i kwiczy. Nagromadzenie scen oraz misji zarówno zawodowych jak życiowych jest za duże. Mimo to film całkiem dobrze się broni swą treścią i nie zaszkodzi go obejrzeć.
Ida Polska, Dania 2013 reż. Paweł Pawlikowski gatunek: dramat zdjęcia: Ryszard Lenczewski, Łukasz Żal muzyka: Kristian Eidnes Andersen
W ostatnich latach co głośniejsze rodzime filmy opierają się na tematyce okołożydowskiej. Dobre, choć uznawane przez część społeczeństwa (w postaci prawdziwych Polaków) Pokłosie dotykało problemów relacji polsko - żydowskich, ostatnia ekranizacja Ziarna Prawdy również odwoływała się do domniemanych rytuałów żydowskich i postaci złego Żyda, którym można straszyć dzieci. Tak samo zdobywająca pęk nagród na całym świecie opisywana właśnie Ida dotyka tematyki żydowskiej. Czy naprawdę polska kinematografia nie ma światu nic więcej do zaoferowania? Jak to dobrze, że niedługo swą premierę będzie miał prawdziwie polski film Disco Polo :)
Główną bohaterką jest młoda dziewczyna (Agata Trzebuchowska), która jest nowicjuszką w klasztorze. Siostra przełożona wysyła ją przed złożeniem ślubów zakonnych w podróż, w celu odwiedzenia jedynej żyjącej krewnej. Dopiero po powrocie będzie mogła przystąpić w szeregi zakonnic. Nowicjuszka udaje się do ciotki Wandy (Agata Kulesza), która w pierwszym zdaniu wyjawia się, że jest ona Żydówką i zdradza jej prawdziwe imię dziewczyny - Ida. Razem ruszają do rodzinnego miasteczka Idy, w poszukiwanie grobu jej rodziców. W jej dawnym domu zamieszkuje obecnie rodzina Skibów, której senior Szymon Skiba (Jerzy Trela) w czasie wojny pomagał ukrywać się rodzinie Idy. Gdy okazuje się, że Szymona nie ma w domu obie panie ruszają na jego poszukiwania. Po drodze zabierają ze sobą młodego muzyk jazzowego - Lisa (Dawid Ogrodnik).
Mamy w filmie zderzenie dwóch typów postaw. Sacrum i profanum. Młodą przyszłą zakonnicę i jej ciotkę - dawną prokurator stalinowską. Dwie odmienne charakterologicznie osoby ruszające w podróż w poszukiwaniu własnego ja. Widz oglądając produkcję zastanawia się pewnie cały czas, czy któraś z nich złamie swe postanowienia i przejdzie na drugą stronę?
Film ten jest typowym kinem drogi. Mamy podróż tam i z powrotem od Punktu A do Punktu B zahaczając przy okazji kilka podpunktów, które pokazują bohaterkom rzeczywisty świat. Oglądający Idę zastanawiają się wtedy, jak dziewczyna, która spędziła całe życie w klasztorze odnajdzie się w innej rzeczywistości, i który z dwóch światów wybierze.
Jest to produkcja bardzo oszczędna. Zarówno w akcję jak i dialogi. Dominuje tutaj cisza, odgłos piosenek z radia czy dźwięki codzienności. Nie ma tu wyszukanych dialogów ani wielominutowych rozpraw. Tytułowa bohaterka przez ponad 80 minut trwania filmu wypowiada ledwie kilkanaście zdań złożonych. Cała ascetyczna forma dialogów współgra z powojennym wizerunkiem naszego kraju, który jest w stanie dopiero podnoszenia się z ruin. Wszystko to świetnie obrazują zdjęcia Ryszarda Lenczewskiego, który moim zdaniem zasługuję bardziej na nagrodę Amerykańskiej Akademii Filmowej niż ogólnie cała produkcja Pawlikowskiego. Bo nie jest to film zły, ale jeśli ktoś uzna, że nie było lepszego nieanglojęzycznego dzieła przez cały rok, to chyba jednak drobna przesada. Osobiście po tylu nagrodach i zachwytach jednak spodziewałem się czegoś więcej po Idzie.
P.S. Najlepsze wrażenie i tak zrobiła na mnie muzyka jazzowa, którą to co jakiś czas możemy słuchać w tym filmie. To polecam zdecydowanie.